Taco Hemingway, a właściwie Filip Szcześniak, to najgłośniejsze nazwisko ostatnich miesięcy na polskiej rap scenie. Młody artysta z Warszawy ma na swoim koncie świetnie przyjęta EPkę, w planach kolejną, a przed nim jeszcze występ na tegorocznym Open’erze. Porozmawialiśmy z nim o trójkątach, umowach o dzieło i… pewnym klasyku polskiego YouTube’a.


Pojawiłeś się znikąd i z miejsca zawojowałeś polską rap scenę. Skąd wziął się pomysł na Taco Hemingwaya?

Rapowałem od dawna, tylko że po angielsku i raczej dla siebie. Owszem, uploadowałem te rzeczy do internetu, ale nie liczyłem raczej na sławę, która miałaby płynąć z tych projektów. W międzyczasie, od 2011 roku, pisałem po polsku. Wszystkie te rymy, szkice i szkielety gromadziły się w iCloudowym czyśćcu i liczyły na lepsze jutro. Po powrocie do Polski z Londynu, pod koniec 2013, zacząłem zagadywać Rumaka o rozmaite instrumentale. Tak powoli zaczął rodzić się projekt znany dzisiaj jako Trójkąt Warszawski, który ostatecznie nagrałem w październiku i listopadzie. Jeśli chodzi o “zawojowanie” polskiej rap sceny, to przyznajmy sobie szczerze, że jestem absolutnym niemowlakiem w tej kwestii. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. Póki co mam tysiąc płyt i jeden teledysk, który jakoś tam się rozszedł, także nie ma mnie co porównywać z kocurami, które wykręcają 15 kafli per płyta.

Można powiedzieć, że Taco to duet Twój i Rumaka. Jak zaczęła się wasza współpraca?

Jeszcze w liceum. Przesyłał mi swoje produkcje, ja próbowałem pod to pisać. Mieliśmy plany, z których niewiele się krystalizowało. Chadzaliśmy razem na koncerty, przyglądając się temu, co dzieje się na scenie i wymieniając się uwagami. “O, tak powinniśmy grać” albo “O, tak nam grać nie wolno.” Gdy zacząłem rapować po angielsku, Rumak pomagał mi zdalnie z technicznymi kwestiami. Nagrywałem na instrumentalach MF DOOMa zwrotki w piwnicy domu mojej mamy, pakowałem to w rara i słałem mu. On wklejał na bity i miksował. Tak pomagał mi również w kolejnym projekcie (Young Hems, już jako Taco Hemingway), z tym, że tam już rapowałem na jednym jego bicie. Potem, na Trójkącie, bitów Rumaka było już jakieś pięć z siedmiu, a na nadchodzącym projekcie – wszystkie, oprócz jednej piosenki zostały przez niego wyprodukowane.

Właśnie, DOOM. Nie ukrywasz swojego zamiłowania do zachodniego rapu, skąd więc decyzja, żeby nagrywać po polsku? Twoja początkowa twórczość była w języku angielskim.

Chcesz nagrywać w Polsce rap po angielsku? Fajnie, winszuję zajawki, robiłem to samo. Chcesz, żeby ktoś słuchał twoich wersów i mógł się z nimi utożsamiać? Pisz w języku lokalnym. Musiałem do tej świadomości dorosnąć.

Twoje losy w początkowej fazie życia były dość przewrotne – urodziłeś się w Kairze, mieszkałeś przez kilka lat w Chinach. Ma to wpływ na postrzeganie przez Ciebie świata, co za tym idzie, na Twoją twórczość?

Ciężko powiedzieć jak wpłynęło to na mój światopogląd. Nie mam pojęcia, kim byłbym teraz jako człowiek, gdybym całe życie mieszkał w Polsce. Mogłoby być ze mną lepiej, gorzej, mógłbym równie dobrze być tym samym człowiekiem. Skłaniam się ku tej ostatniej opcji, bo wierzę, że człowieka wychowuje w pierwszej mierze dom, a nie najbliższa okolica. Jeśli chodzi o twórczość – wczesne nauczenie się języka angielskiego wpłynęło na moją bardzo intymną relację z anglosaskim rapem. Ta relacja nieustannie oddziałuje na to, czego słucham i jak tworzę. Przecież pierwotnie nagrywałem po angielsku nie ze snobizmu, lecz dlatego, że z taką formą byłem oswojony.

Co Cię ostatnio muzycznie inspiruje?

Łatwiej będzie wyliczyć moich idoli. Z zachodnich artystów nałogowo słucham Kanye, Kendricka, Drake’a, DOOMa, wczesnego Eminema (czuję się jak snob, że muszę to rozróżnienie wprowadzać, ale spójrzmy prawdzie w oczy), Gambino, Bronsona, Earla, Tylera i Biggiego. Z polskich Sokoła, Pezeta, Małpy, Łony, Fisza i Mesa. Ostatnio tłukę nowy Rasmentalism i Mielzkyego. Ten ostatni ma tyle stylu w sobie, że boję się go oglądać na klipach.

Ubiegłoroczne wydanie Trójkąt Warszawski to, jak sam określiłeś, „najprościej rzecz ujmując fabularna rap płyta”. Myślę, że było to niezwykle potrzebne, by przełamać mainstreamową „swagową” twórczość. Jak zapatrujesz się na sukces albumu?

Nie mam nic do wożenia się. Absolutnie. Ani odrobinę. Tyle że bragga ma sens tylko jak już coś osiągnąłeś. Tede rapujący o swoim sukcesie? Bardzo proszę, ma prawo. Jakby Małpa chciał wrócić z singlem o tym, jak bardzo jest z siebie dumny, że zrobił złotą płytę na nielegalu? Będę słuchał i potakiwał. Sęk w tym, że braggować chcą wszyscy, co nie ma sensu. Gdy siada się do pisania rymów po raz pierwszy, naturalnym pierwszym odruchem jest napisanie braggi. “Wchodzę i zjadam scenę”, albo “inni raperzy to klakierzy, ja jestem Gargamel”, cokolwiek. Rozumiem ten impuls, ale trzeba być szczerym z samym sobą. Co ty, kurwa, zdążyłeś tej rap scenie odgryźć, tak szczerze? Stąd moja decyzja o przedstawieniu się scenie rapowej projektem storytellingowym. Oprócz tego, że lubię być narratorem.

Twoje flow jest unikalne na naszej scenie, uciekasz od dogmatu panującego w polskiej twórczości. Miły powiew świeżości.

Dogmat – dobre słowo. Większość sceny leci na strukturze AABBCCDD, więc większość słuchaczy tego oczekuje. Ja miewam ambicję, żeby przejść całą zwrotkę na jednym rymie, podwójnym, potrójnym albo poczwórnym. Jestem bardzo nastawiony na sylabizm, mam wręcz obsesję. Słucham Łony, pauzuję, liczę mu sylaby w rymie, których bywa po 4 i 5, mruczę “Jebany.” i słucham dalej. Niektórzy nie chcą zrozumieć, że na przykład, weźmy linijkę z “6 zer”, “czarne Rosze / marne grosze” to jest rym czterosylabowy. Rejestrują rym “rosze / grosze”, sam w sobie mierny, jednocześnie komentując, że “kurwa, no takie rymy proste, a tak się dobrze słucha”. Moim zdaniem słucha się dobrze dlatego, że reszta linijki jest przemyślana, rym jest bardziej multi-sylabiczny niż to widać na pierwszy rzut oka w tekście, a akcenty odpowiednio poustawiane. Stąd te zarzuty o dziwne flow. Jest po prostu inne.

Z którym z trójki bohaterów Trójkąta utożsamiasz się najbardziej? Masz swojego faworyta?

Łamano mi serce i ja łamałem serca. Utożsamiam się z każdym. Teraz ubolewam jedynie, że jakoś dałem się porwać tej patriarchalnej kulturze i nie dałem głosu kobiecej części trójkąta, tej całej “Eks”, która pozostaje niejako marionetką w tej historii. Więc to do niej obecnie czuję najszczerszą sympatię. Wybacz, Eks.

Jak odbierany jest Trójkąt w pozostałych częściach kraju? Materiał jest jednak naznaczony rdzennie warszawskim klimatem.

Odbiór jest całkowicie zaskakujący. Najwidoczniej ludzie w pierwszej kolejności słuchają tego, co chciałem przekazać, czyli tej historii miłosnej, która jest bardzo schematyczna i uniwersalna. Warszawa staje się całkowitym tłem. I, fakt, jestem zaskoczony, że płyta z Warszawą w tytule tak fajnie się rozeszła. W sumie ma to sens, bo koniec końców liczy się historia. To tak jakbym nie chciał oglądać Rodziny Soprano, bo “chuj mnie obchodzi jakieś New Jersey, jak nigdy tam nawet nie byłem.” Eldo dzisiaj wrzucił Trójkąt na swój fanpage. Ktoś w komentarzach napisał, że mega warszawska płyta, na co on odpowiedział, że w sumie to średnio warszawska, bo jakbyś podłożył pod to jakieś inne miasto i inne lokale, to historia zachowałaby sens. Trudno się z tym nie zgodzić.

“6 zer” w końcu pozwolił Ci przebić się przez ścianę. Zapowiada Twoją nową EPkę,  Umowa o dzieło, planowaną jeszcze na ten miesiąc – czego możemy się na niej spodziewać?

Brak fabuły, to po pierwsze. Nie chcę dostać łatki rapowego barda, tfu tfu. Umowa o dzieło jest jednak spójna dźwiękowo i nastrojowo. Kilka piosenek o błądzeniu, niedotrzymywaniu obietnic wobec innych i samego siebie, o naszym niepewnym przyszłości pokoleniu. Pierwsza pełnoprawna piosenka na płycie, o tytule “A mówiłem ci”, jest swoistym pożegnaniem z Trójkątem warszawskim, ale trzeba ją przesłuchać, żeby zrozumieć sens powyższych słów. Na Umowie jest przede wszystkim więcej wtrętów autobiograficznych. Zobaczymy, co z tego będzie. Moim zdaniem jest dobrze.

Klip do utworu ma mocno trapowo–psychodeliczny klimat, co świetnie zgrywa się z charakterem Twojej muzyki.

Za klip odpowiada mój ukochany przyjaciel Łukasz Partyka. To jemu należą się wszelkie komplementy. Też tak czuję, że rewelacyjnie zinterpretował nastrój i brzmienie utworu.

 

Nie ma się co rozwodzić nad tym co było, bo przed Tobą masa nowych wyzwań; czeka Cię m.in. koncert na tegorocznym Open’erze, na Alter Stage. Jak się czujesz przed występem przed tak liczną publicznością?

Widzisz, ja nawet nie wiem jak liczna ta publiczność będzie. Jeżdżę na Open’era od siedmiu lat, byłem na wielu świetnych koncertach, które z różnych powodów odbywały się przed niewielkimi grupami widzów. Czuję stres, bo to kolosalny kamień milowy. Od lat obiecywałem sobie, że kiedyś wystąpię na Open’erze. Wciąż nie wierzę, że to marzenie niedługo się spełni. Sam koncert zamierzam jednak potraktować tak, jak wszystkie inne.

Z pewnością zarówno figurowanie w line-upie Open’era, jak i sukces artystyczny błyskawicznie wpłyną na Twoją popularność. Przygotowany na sławę?

Trochę mnie to martwi. Chyba nie jestem dość silny psychicznie, ale trzeba też pamiętać, że z muzyką, którą gramy nie ma co liczyć na status narodowego celebryty. Póki co jest dobrze. Fani są niesamowici, wspierają okrutnie. Jeśli tak to będzie się rozwijać – będę przeszczęśliwy.

Tak na koniec dwa luźne pytania: Taco czy Ernest?

Wciąż Ernest, bo na pierwszych nielegalach rozpierdalał mikrofony. Potem za bardzo wpadł w kodeinę i stracił rachubę.

No i drugie: co uważasz za swój największy sukces – Trójkąt Warszawski czy jednak kultową już przeróbkę Hitler w poszukiwaniu elektro?

Nie wolno pytać rodzica o to, które dziecko kocha bardziej. Nie da się tego porównać. Jestem dumny z obu tych tworów. Niech mają się dobrze.