Nie do końca sprawiedliwe jest zestawianie i porównywanie ze sobą pełnych albumów z krótszymi formatami EP-ek. W tym roku, tak jak z resztą i w każdym poprzednim, na rynku pojawiło się wiele wartościowych produkcji będących właśnie mini-albumami. Aby więc docenić również te krążki, postanowiliśmy stworzyć dla nich osobną kategorię podsumowań. W ten sposób wyłoniliśmy dziesiątkę najlepszych wydawnictw nieprzekraczających półgodzinnego materiału.

znaczek

10. Sheer Mag – III 7″

Dwa lata działalności tego filadelfijskiego składu przyniosły światu trzy mini-albumy, i co niezwykle istotne w kwestii tak świeżych bandów, każda następna EP-ka jest lepsza od swojej poprzedniczki. Niekończące się fale naprawdę nośnych riffów każą szukać w muzyce Sheer Mag inspiracji w późnym The Stooges, jednak maniera wokalna i chwytliwość melodii wskazuje bardziej na girlsbandy początku lat ’80. Istotne w kontekście odbioru tej muzyki są też również mocno anty-kapitalistyczne poglądy wokalistki, Tiny Halladay. Wszystkie dotychczasowe produkcje grupy obeszły się bez jakichkolwiek planowanych kampanii, a każda propozycja nagrywkowa, wychodząca od poważniejszych wytwórni została przez zespół odrzucona. Być może nieco oddala to wizję pierwszego długogrającego krążka od Sheer Mag, ale z pewnością dodaje autentyczności całemu wizerunkowi składu. – I. Knapczyk [Posłuchaj]


9. Majical Cloudz – Wait & See

Jeżeli mieliście kiedykolwiek chęć wybrać się w baśniową wyprawę, to jak najszybciej powinniście zgłosić się do Devona Welsha. Twórca projektu Majical Cloudz zna bowiem zaklęcia, dzięki którym zanurzycie się w świecie tak odmiennym i pięknym, że nie będziecie chcieli z niego wrócić. Wait & See to hołd dla statycznych emocji – wewnętrznego przeżywania ekstazy, biernej fizycznie tęsknoty i żalu pozbawionego jakiegokolwiek grymasu na twarzy. Pozostałości po nagraniach do wydanego w ubiegłym roku krążka Are You Alone? okazały się kolejnym mini-konceptem – niezwykle spójnym i w żadnym razie przypadkowym. – M. Rypel [Posłuchaj]


8. Floating Points – Kuiper

Śledząc rozwój muzycznej kariery Sama Shepherda można odnieść wrażenie, że jego naukowa działalność i neurologiczne badania nad wrażliwością ludzkiego układu nerwowego na czynniki zewnętrzne poniekąd przenikają się z tą bardziej interesującą nas odnogą. Poprzedzona mnóstwem singlowych publikacji debiutancka Elaenia zabrała nas w świat precyzyjnej, minimalistycznej elektroniki, która spotkała się na niemal równej stopie z elementami jazzowymi, osiągając swój szczytowy moment w imponującym „Silhouettes (I, II & III)”. Najlepszym wyznacznikiem jakości tytułowego „Kuiper” jest to, że wspomniany wcześniej utwór wygląda przy nim raptem jak przystawka przed daniem głównym. To prawdopodobnie opus magnum Shepherda, scalające w porywającej mieszance nu jazz, abstrakcyjną elektronikę i post-rockową kodę, unoszone przez niebywały perkusyjno-basowy groove. Z bólem serca należy przyznać, że aż prosiło się o lepszego partnera niż „For Marmish Part II”, duchową kontynuację jednego z highlightów Elaenia, który w zestawieniu z zawodnikiem wagi ciężkiej wypada jako TYLKO nastrojowa, urzekająca kompozycja. – M. Drohobycki [Posłuchaj]


7. Carly Rae Jepsen – E·MO·TION: Side B

Zagadkową postacią jest młoda Kanadyjka. Protegowana Justina Biebera (zajmuje się biznesowymi aspektami jej kariery i aktywnie uczestniczy w produkcji) przypuściła w 2012 roku atak na listy przebojów komercyjnie skrojonym albumem Kiss, który niestety okazał się artystyczną wydmuszką, mająca jednak w zanadrzu wirusowy diament w postaci „Call Me Maybe”. Następna próba była już dużo ciekawsza – zeszłoroczny, niedoceniony longplay E.MO.TION to popowy produkt bez znaczących słabych punktów, dopieszczony przez potężny sztab producencki. Zadowalającego materiał było jednak dużo więcej – „Higher”, „Body Language” czy „First Time” trudno nazwać odrzutami, bo w niczym nie ustępują swoim poprzednikom. EP-ka wypchana jest po brzegi znakomitymi hookami, dziewczęcymi tekstami, ejtisowymi syntetycznymi teksturami i jak najbardziej współczesną produkcją. – M. Drohobycki [Posłuchaj]


6. Porter Ricks – Shadow Boat EP

17 lat po premierze Symbiotics, niemiecki duet Köner – Mellwig z powrotem gości na światowej scenie i po raz kolejny pokazuje się jako szaleni naukowcy. Spośród ich dotychczasowych eksperymentów z muzyką techno, najnowsze EP wypada bez wątpienia najbardziej wyraziście. O ile debiutanckie Biokineticks operowało na niuansach i „monochromatycznym” szumie, o tyle coraz to kolejne wydawnictwa, wliczając i najnowsze, zdawały się wybrzmiewać coraz mocniej. Shadow Boat to nie byle jaka wyprawa – wraz z naszymi przewodnikami zapuszczamy się do doliny mitycznego Styxu. To, co nasi zachodni sąsiedzi tym razem sprezentowali, jest w równym stopniu intrygujące i niepokojące. – M. Rypel [Posłuchaj]


5. Vince Staples – Prima Donna

Vince Staples w pełni wykorzystał potencjał, jaki artyście daje EP-ka. Gdyby wyczyścić to określenie z negatywnego wydźwięku, można by ją nazwać półmateriałem, czyli przystankiem pomiędzy jednym a drugim albumem. Momentem dla eksperymentów, przetestowania pomysłów odstających od wcześniej obranej stylistyki. Pomimo wielu nietypowych dla Staplesa zabiegów wyszło zarówno spójnie, jak i ciekawie: niezwykle melodyjna linia wokalna w „Smile” zestawia rockowy pogłos z cyrkowym impetem, flow w „Big Time”, wyprodukowanym przez Jamesa Blake’a, sprawia, że zastanawiasz się nad tym, czy ciągle słuchasz Staplesa. Czasem bardziej przypomina Danny’ego Browna albo Meechy’ego Darko z Flatbush Zombies, tworząc wielowarstwową szybką narrację. Vince po raz kolejny potwierdza, że nie ma kompozycji, której by nie podołał – równocześnie realizuje swoją wizję, zróżnicowaną zarówno produkcyjnie, jak i konstrukcyjnie (do budowania niektórych utworów użył nawet wokali nagranych iPhonem). – M. Staniszewska [Posłuchaj]


4. Coldcut – Only Heaven

Po 10-letniej przerwie studyjnej stawianie najnowszej EP-ki założycieli Ninja Tune obok ich wcześniejszych dokonań mogłoby okazać się zbyt zgubne dla odbiorcy. Materiał z Only Heaven EP warto potraktować w kategoriach dokonania projektu, który ewoluował i wybrał nieco inną muzyczną drogę. Jednak pojawiły się też niezaprzeczalne elementy wspólne – świetnym rozwiązaniem była chociażby ponowna współpraca z Rootsem Manuvą, dopełniona obecnością czarującej Roses Gabor. To jej wokal wybija się na pierwszy plan wraz z singlem „Donald’s Wig”, kontrastującym z resztą leniwego brzmienia. Lenistwo to jawi się zarówno jako atut, jak i wada, stąd różnorodność pojawiających się po premierze opinii. My skłaniamy się ku pierwszej z opcji – rozciągnięcie kompozycji nadaje im pociągającego nocnego klimatu, komputerowe cymbałki dbają o dziwną baśniowość, a Coldcut do końca czuwają nad spójnością zróżnicowanej brzmieniowo wizji. – M. Staniszewska [Posłuchaj]


3. Okzharp & Manthe Ribane – Tell Your Vision

Kilka lat temu w południowej Afryce narodził się gqum, taneczne brzmienie miasta Durban, surowe, brokenbeatowe, przywodzące na myśl muzyczny szamanizm. Dzięki mocnej pozycji basu znalazło wspólny mianownik z brytyjskim grimem, jednak prawdą jest, że większość afrykańskich producentów reprezentujących scenę gqum o istnieniu grime’u dowiaduje się… przypadkiem. W kulturze europejskiej takie dźwięki są słusznie postrzegane jako niesztampowe, tym samym pożądane, a najlepiej wie o tym wytwórnia Hyperdub. W tym roku pozwoliła im odrodzić się na kolejnej kolaboracyjnej EP-ce urodzonego w południowej Afryce Gervase’a Gordona i pochodzącej z Johannesburga Manthe Ribane. Tell Your Vision EP to sprawny dialog między gqumową produkcją Okzharpa i charyzmatyczną przeplatanką melorecytacji i wokalu Ribane – wzajemne dopełnianie się tych dwóch aspektów tworzy nasycony ekspresją muzyczny trans, podjudzany przez hipnotyczną linię basu i wybrudzone synthy. – M. Staniszewska [Posłuchaj]


2. Hoops – EP

W czasie nagłego, ale i dość oczekiwanego zjazdu sceny indie lo-fi w dół rynkowej hierarchii, Hoops jest w tym roku trochę jak ostatni Mohikanin, który dzielnie – a przede wszystkim dość skutecznie – nawiązuje do najlepszych czasów Real Estate czy DIIV. Pięcioutworowa EP-ka zatrzymuje uwagę słuchacza spójnością materiału i zupełnie podświadomą przyjemnością odsłuchu – kwadrans spędzony przy tym mini-albumie jednocześnie subtelnie rozleniwia, z drugiej strony wartkim tempem doprowadza do finału w najlepszym na krążku „Gemini”. Ktoś, kto chciałby zarzucić Hoopsom braku tzw. momentów, powinien bardzo szybko zdać sobie sprawę, że nie o momenty w grze tej amerykańskiej kapeli chodzi. Ważne, by w powietrzu unosił się sympatyczny vibe końcówki lat ’70, który w towarzystwie współczesnych soft rockowych aranżacji może sprawdzić się również na dłuższym dystansie pełnego albumu. – I. Knapczyk [Posłuchaj]


1. Massive Attack – Ritual Spirit

Powrót gwiazdy wielkiego formatu zawsze ekscytuje fanów – szczególnie, gdy możemy nazwać go udanym. Również nasze zachwyty nad pierwszym od lat materiałem Massive Attack zostały zintensyfikowane absencją studyjną, jednak faktem jest, że Ritual Spirit EP jest po prostu wybornym materiałem. Pionierzy trip-hopu postawili na połączenie brzmienia, które swego czasu dostarczyło im popularności z połamanym rytmem i etnicznymi naleciałościami. Każdy z czterech utworów proponuje fenomenalny klimat, w dużej mierze uwarunkowany stylami artystów gościnnych – wspólnym mianownikiem jest mniej lub wyraźniej zaznaczona plemienność, muzyczne voodoo, pojawiające się nie tylko w utworze nagranym z Young Fathers. Ujmują gra basu i precyzyjnego politycznie ukierunkowanego flow Rootsa Manuvy, soulowy falset Azakela i chropowaty wokal Tricky’ego. Całość napędzają bezbłędna rytmika i świeżość, która wyróżnia dokonania Massive Attack na niemal każdym etapie ich działalności. – M. Staniszewska [Posłuchaj]