Kiedy na początku tego roku zaprezentowali singiel „Who You Are”, niewielu z nas wiedziało, czego dokładnie i kiedy tak naprawdę możemy się po nich spodziewać. Niektórzy znali solową twórczość Szatta, inni kojarzyli Pawła z projektów takich jak Night Marks Electric Trio czy Trylion. Wrocławska publiczność kibicowała reprezentantowi regime, którym jest Jaq Merner. I on, i Paweł pojawili się na „Bloom”, czyli ostatnim albumie pierwszego z wyżej wymienionych. Po kilku miesiącach oczekiwania za sprawą wytwórni Kayax światło dzienne ujrzał mini-album Stairs.  7 utworów łączących brzmieniową przestrzeń, melancholię, euforię i znakomite melodie. Kroki, czyli Łukasz Palkiewicz, Paweł Stachowiak i Kuba Goleniewski. Produkcja, gitara, bas i wokal,  na koncertach częściowo wzbogacane o podkręcającą show perkusję. Po jednym z nich usiedliśmy, żeby porozmawiać – o muzyce, o ludziach, o procesie tworzenia i o festiwalach.

znaczek

Magda: Jak narodził się pomysł na Kroki? Pierwsza współpraca wywiązała się pomiędzy Łukaszem i Kubą?

Łukasz: I między Kubą i Pawłem…

Paweł: …i między Pawłem i Łukaszem.

Łukasz: Skracając naszą wypowiedź – zaprosiłem i Kubę, i Pawła na mój ostatni album. A jeżeli chodzi o to, kto na pomysł Kroków wpadł, odpowiedzi nie ma. Wspólnie robiliśmy numery i poczuliśmy, że jakoś nam to idzie. Nikt nie podjął ostatecznej decyzji. To tak jak między chłopcem a dziewczyną. Nie trzeba pytać “czy będziesz ze mną chodzić?”, po prostu nagle jest się razem.

Kuba: Tak naprawdę powiedzieliśmy, że będziemy ze sobą chodzić dopiero po Sofarze. To był okres, w którym musieliśmy coś zrobić i jakoś to nazwać, bo “szło do internetu”. Ania Wysocka, która jest inicjatorem warszawskiego Sofaru, powiedziała “chłopaki, szukajcie nazwy, my to wydajemy”. Mieliśmy dwa miesiące i jak to w życiu bywa, wymyśliliśmy nazwę, a konkretniej Łukasz wymyślił, dwie minuty przed deadlinem.

Łukasz: Musieliśmy odesłać ostateczną nazwę, bo materiał wchodził na kanał Sofaru i rzeczywiście zrobiliśmy to w ostatnim momencie. Rzutem na taśmę.

Jak The Rolling Stones. Oni zerknęli na album Muddy’ego Watersa na kilka godzin przed oddaniem nazwy na plakat zapowiadający pierwszy koncert

Paweł: Dokładnie tak!

Łukasz: Piękna analogia.

Jak było z Waszym brzmieniem na początku? Mieliście na to podobny pomysł, który teraz słyszymy na Stairs, czy to trochę inna bajka?

Paweł: Nasza muzyka jest cały czas generowana i modyfikowana podczas prób. Wszystko odbywa się na zasadzie jednej wielkiej analizy. Koncerty, które gramy, dają nam możliwość poznania materiału, dowiedzenia się, jak tak naprawdę ma brzmieć. Także analizujemy i koncerty, i próby, a potem robimy jedną wypadkową, która daje nam owoce w postaci… wave’a.

Czyli sporo w tym improwizacji!

Łukasz: Łał, ta wypowiedź też chyba była improwizowana.

Kuba: Masakra (śmiech). Dochodzę do wniosku, że jeszcze go nie znam.

Łukasz: Tak to wygląda – pracujemy, poznajemy – i muzykę, i siebie.  

Ludzie też poznają Waszą muzykę, coraz lepiej, coraz szybciej. Jest taka śmieszna rzecz, z nazywaniem muzyki w ogóle, z gatunkowaniem jej…

Łukasz: No właśnie.

…jeżeli chodzi o Was, to słyszałam różne rzeczy: przede wszystkim, że sobie jazzujecie, elektryzujecie i do tego śpiewacie. Ale zastanawia mnie, jakich, niekoniecznie mocno muzycznych, słów użylibyście, żeby to opisać?

Kuba: Chyba w końcu przygotujemy się na to pytanie, bo pada dosyć często

Paweł: Muzyka dla ludzi od ludzi.

Kuba: Gdzieś ostatnio powiedzieliśmy, że niech to będzie kolektyw beatu, jazzu i wiary?

Łukasz: Coś w tym stylu!

Paweł: Uber-pop.

Łukasz: A ja zamknę wątek słowami, że to smutne piosenki wesołych chłopaków.

O, i to mi się podoba. Bo wasza muzyka bądź co bądź jest odbierana jako smutna, ale jednak dużo euforii w tej melancholii

Kuba: Staramy się być prawdziwi na scenie. Jak gramy utwór “Jungle” na żywo, to są tam bębny, które nas porywają i sprawiają, że dosłownie chcemy być w tej muzyce.

Muzyce, która jest niesamowicie przestrzenna, za co w dużej mierze odpowiada Łukasz

Łukasz: To prawda, w jakimś stopniu na pewno. Bardzo lubię szerokie, panoramiczne miksy…

Paweł: Panoramiksy!

Łukasz:… (śmiech) czyli panoramiksy. Tak, jestem od nich specem.

Paweł: A gdzie Twój kociołek?

Łukasz: Kociołek mam w Poznaniu, tam czaruję, tam mieszam, tam miksuję.

Co z tego kociołka zabierasz na koncerty?

Łukasz: Z tych ciekawszych rzeczy, to mam super nową zabawkę, pierwszy w życiu, w pełni analogowy syntezator Korg Miniligoue, który daje nam dużo radości. Przede wszystkim mi, choć mam nadzieję, że chłopców również raduje.

Kuba: Daje nam dużo radości, bo używanie syntezatora na żywo daje możliwość zabawy wspomnianą przestrzenią.

A jak się czuliście w dosyć otwartej przestrzeni Open’era?

Paweł: Tak naprawdę i Kuba, i ja byliśmy pierwszy raz na tym festiwalu. Zawsze chciałem się wybrać, bo artyści pojawiający się w line-upie to przeogromna część moich inspiracji. Nigdy nie było okazji, więc super rzeczą była możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu. M.in. w koncercie Red Hot Chili Peppers, zespołu, od którego zaczynałem granie na gitarze basowej. Flea jednak po części na mnie wpłynął. Niestety… koncert był tragiczny i się popłakałem. Bo wypadli, niestety, fatalnie. Musiałem to powiedzieć – a wiem, że moi koledzy basiści czują to samo. Ale Open’er sam w sobie – super.

Kuba: Wypada też powiedzieć o stronie technicznej festiwalu. Wszystko było na mega wysokim poziomie, jeżeli chodzi o przygotowanie. Cała scena, backstage, obsługa sceny, nagłośnienie, odsłuchy czy fronty. Wszystko profesjonalne, z najwyższej półki. To była godzina, a ja nie musiałem mówić, czego dokładnie potrzebuję w odsłuchach, ktoś potrafił to szybko zrobić. Bardzo fajne. Fajne było też to, że ludzie, którzy przyszli na ten koncert, byli świadomymi odbiorcami naszej muzyki. Były momenty, w których reagowali inaczej niż ludzie na poprzednich koncertach, bardziej otwarcie. Żądni dźwięku, społeczności, jakiegoś pojednania z zespołem.

A na jakie miejsca lepiej reagujecie Wy? Jak dla mnie, przynajmniej na etapie Stairs, pasujecie do takich kameralnych miejsc na kształt patio Miłości Kredytowej bardziej niż na festiwalową, trochę niespokojną jeśli chodzi o publiczność, scenę

Łukasz: Ktoś już kiedyś to powiedział i chcielibyśmy, żeby nasza muzyka sprawdzała się również na ogromnych scenach. Przede wszystkim dążymy do tego, żeby koncerty nie brzmiały identycznie jak Stairs. Chcemy, żeby działo się coś więcej, żeby to było ciekawe i porywało słuchaczy nie tylko w małych klubach.

Paweł: Na festynach też zagramy.

Kuba: Cały czas pracujemy nad tą stroną całego live actu, Łukasz kupił nowy syntezator, więc chcemy to rozwijać tak, żeby na koncercie na dużej scenie, na której być może kiedyś zagramy, pokażemy to, że w trójkę, albo i z jakimiś gośćmi, możemy zrobić fajne show. Tam dochodzą światła, wizualizacje, różne dźwięki, improwizacja, także nie określiłbym się teraz.  Rozwijamy się.

Paweł: To tak naprawdę nasz początek, trudno określić, co będzie dalej. Musimy się spotkać i zacząć pracować nad kolejnym materiałem. Wszystko ewoluuje, my też przez cały czas się poznajemy. I to jest w tym wszystkim najfajniejsze – że każdy poznaje siebie muzycznie, poznajemy też stronę, w kierunku której chcemy podążać.

Kuba: Do rozwoju potrzebujemy ludzi, bardzo, bo to ludzie dają energię, emocje, feedback, także im więcej żądnych muzyki ludzi na koncertach, tym my możemy robić lepsze show. Można powiedzieć, że przez ich emocje będziemy na swego rodzaju haju. Przez nie i przez to, że chcą nas słuchać.

Wiadomo, formuła koncertu jest czymś, nad czym pracuje się bez przerwy. Na tym etapie mogę powiedzieć, że świetnie przenosicie Stairs na scenę, a konkretniej jego intymną i trochę magiczną, brzmieniowo migoczącą stronę. To materiał, którego powinno się słuchać na raz. Tam nie ma jednego odpowiedniego singla, który mógłby reprezentować resztę. Na taki poniekąd wybraliście “Who You Are”, a ten właśnie tymi migoczącymi gwiazdkami użytymi w klipie naprowadził mnie na to, że od “stairs” niedaleko do “stars”

Łukasz: Najlepsze jest to, że Ty zauważyłaś rzeczy, których nie zauważyliśmy my.

W sumie nic dziwnego, tak chyba jest często w relacji twórca-odbiorca

Kuba: Ale właśnie to jest świetne, że przy tego typu interpretacji, taka osoba jak Ty wyciągnie z niej więcej. Dlatego potrzebujemy ludzi, żeby dalej się rozwijać i widzieć, że to co robimy, to nie zawsze nasza dokładnie przemyślana zasługa – że to jednak jest w Nas i sobie leci.

Łukasz: Te gwiazdy są świetnym przykładem na to, co zostało teraz powiedziane. Nie zastanawiamy się nad tym, co robimy. Po prostu to robimy. To, co gdzieś tam siedzi, w środku, głęboko w nas.

A kto Wam okładkę tych Stairs zaprojektował?

Łukasz: Patryk Hardziej, wielkie brawa.

Kuba: Patryk jest uważany za jednego ze zdolniejszych ludzi, jeżeli chodzi o grafikę młodego pokolenia, uważam, że słusznie. Zrobił zupełnie inną rzecz niż te, które ma w portfolio. Miał tam bardzo dużo obrazów, które nam się podobały i myśleliśmy, że pójdzie w stronę zbliżoną do tego, co już widzieliśmy. A po zainspirowaniu się materiałem ze Stairs zrobił ten twardy rysunek.

Paweł: Linoryt.

Kuba: Linoryt, rysunek, szkic.

Łukasz: I udało się nas usatysfakcjonować, bardzo, i to za pierwszym razem.

Kuba: Pamiętam trzy propozycje. Pierwsza, o której od razu powiedzieliśmy, że to jest to. Drugą i trzecia… też były okej. Ale ta pierwsza? “Zrobiłeś to, zuchu!”

Inspiracje muzyką z albumu widać. Właśnie dlatego pytałam o okładkę – najczęściej jest tak, że czy to grafika, czy kolorystyka z góry określają klimat danego albumu, w Waszym przypadku, ciemne, stonowane Stairs

Łukasz: Może i masz rację.

Kuba: Oczywiście że tak. Muzyka to też są kolory. Kiedy dostajemy okładkę brązową, z jakimiś pozłacanymi elementami, to może się wydawać, podświadomie, że to, co jest w środku, jest ciemniejsze. Ale spoko, wydaje mi się, że dobrze, w końcu album wyszedł jesienią, a jesienią spadają liście – także mamy “Cover Me”, jest smutno, a wokół leżą kasztany.

Na słuchawkach smutno i melancholijnie, ale potem hop na koncert, a tam moc, radość, energia

Łukasz: Właśnie o tym mówiliśmy wcześniej. O to w tym chodzi. Chcemy, żeby te doświadczenia się różniły. Płyta od koncertu. Żeby tego nie przenosić w stu procentach, żeby nie było nudno.

Kuba: Na koncertach ludzie chcą się bawić.

Paweł: A nie płakać.

A Wy jak się bawiliście na koncertach tegorocznych? Na OFFie chociażby

Łukasz: Przepięknie

Paweł: Razem z Kubą zamknęliśmy ten festiwal, w sensie bramek festiwalu, byliśmy ostatnimi, którzy opuścili teren.

Kuba: Coś wspaniałego, byliśmy na koncercie Thundercata, gdzie prostu straciliśmy głos, były łzy szczęścia.

W końcu mamy tu Pawła, który spokojnie może ubiegać się o tytuł największego fana Thundercata w Polsce

Kuba: Tak, Paweł spełnił swoje marzenie, a my spełniliśmy je z nim. Dla nas fajne jest to, że zrobiliśmy to razem.

Paweł: Na samą myśl – a czekałem na to prawie 6 lat – aż chce mi się płakać. Kiedy zobaczyłem pierwszy raz Thundercata na scenie, pamiętacie…

Kuba: “Jest-Thun-di-na-sce-nie!”

Łukasz: A wcześniej “Próbują, próbują!” (śmiech)

Paweł: To był najlepszy koncert w moim życiu, bo naprawdę zagrał praktycznie wszystko to, co chciałem usłyszeć. Jako trio sprawiali wrażenie, jakby grali w dziesięć osób. To był poziom muzyczny, do którego u nas w Polsce niestety cały czas daleko i to bardzo daleko. To smutne. W sumie każdy muzyk z Polski powinien, moim zdaniem, być na takim koncercie i przemyśleć swoje życie i to co robi – czy to w ogóle jest warte zachodu (śmiech).

Kuba: Chcieliśmy zostawić granie. Przecież nie ma sensu grać. Nie po tym, co usłyszeliśmy. W pewnym momencie łapaliśmy się z Łukaszem za głowy i mówiliśmy, że to za dużo, weszło najzwyklejsze “Gościu, skończ”. Ale to było piękne. Jak najbardziej piękne, wspaniałe. No i ten koniec…

(w tym miejscu czekaliśmy chwilę, aż Kuba i Paweł odśpiewają stosowny kawałek „O Shiet, It’s X”)

Kuba:… i jeszcze zagrali to trzy razy szybciej niż normalnie!

Elektronicznie ten OFF też Wam się podobał?

Wszyscy: Kiasmos!

Paweł: Ale to Łukasz jest największym fanem Kiasmos.

Łukasz: Bez przesady oczywiście. Byliśmy w sumie na Thundim właśnie i na Kiasmos. A ja jeszcze świetnie bawiłem się na Kaliber 44. Dla mnie to było dzieciństwo, jeżeli chodzi o polski rap.  Super przeżycie.

To może by tak na następną płytę Kubę i po polsku, i rapującego, najlepiej naraz

Kuba: (śmiech) Rapującego na pewno nie. Ale po polsku? Jak najbardziej.

Na razie po polsku się nie pojawia

Kuba: Ale o tym marzę.

Łukasz: Też dlatego, że trochę nie wychodzi.

Kuba: Codziennie o tym myślę, szczerze powiedziawszy. Naprawdę – chcę zrobić to po polsku.

Łukasz: Jak poczujemy, że brzmi naprawdę fajnie i nie będziemy się tego wstydzić, to pokażemy to Tobie i nie tylko.

Kuba: Ja tylko chciałem jeszcze na chwilę do tych festiwali wrócić. Bo byliśmy na jednym, w Czechach, graliśmy tam akurat przed OFFem. Mały festiwal, w zupełnie innym klimacie, bo tam było błoto, bagno, trzy sceny, i ludzie z przeróżnym gustem – przed nami zespół, który grał coś na kształt punku. Więc mówię wystraszony do chłopaków “Ej, my chyba tu nie pasujemy, wyjdziemy i będziemy grać takie…

Łukasz:… pitu pitu.

Kuba: “Jeszcze nas wygwiżdżą w tym błocie”. Ale odbiór taki, że coś pięknego, ludzie się super bawili. Przeżyliśmy fajne festiwale w te wakacje.

A teraz będziecie jechać do Warszawy, także standardowo zapytam – przy czym?

Łukasz: Odpalimy Radio Pogoda, to moje u l u b i o n e  radio.

Kuba: A jak nam się znudzi Radio Pogoda, to odpalimy płytę Ram Cafe 8, która leci u nas już przez pół roku. No, jeszcze są piątka i dziewiątka.

Łukasz: Więcej płyt w samochodzie nie mamy.

Swojej też nie macie?

Kuba: Czasem mamy

Paweł: Ale to tylko na pendrivie (śmiech).