25. Danny Brown – Really Doe (ft. Kendrick Lamar, Ab-Soul, Earl Sweatshirt)

Przy niektórych kolaboracjach ma się ochotę powiedzieć (albo wykrzyczeć) jedno – pozjadane!. Single takie jak “Really Doe” po prostu nie mogą okazać się słabe, a o ich świetności jesteśmy przekonani jeszcze przed pierwszym odsłuchem. I co najlepsze, bardzo rzadko się mylimy. Zestaw, w którym w ciągu paru minut otrzymujemy wersy Danny’ego Browna, Kendricka Lamara, Earla Swetshirta i Ab-Soula umieszczone na brutalnym surowym instrumentalu Black Milka to wybuchowe zetknięcie różnych stylów i osobowości. O tak wyrazistym spotkaniu marzy niemal każdy fan hip-hopu – przy którymś z kolei zetknięciu z utworem, napędzany ogromną dawką słyszalnej ekspresji wykrzykiwać będzie brownowskie “I’ll be on my chemicals, she’ll be on my testicles”. To gra przekleństw, prostactwa, narkotycznego flow i artyzmu osadzonego gdzieś pomiędzy kwaśnym undergroundem a przebojowym mainstreamem. – M. Staniszewska


24. Leon Vynehall – Blush

Pełen dzikiej inspiracji Rojus przyniósł nam prawdziwie rajski house’owy majstersztyk w postaci singla „Blush”. Linia utworu pędzi jak szalona w egzotyczne rejony amazońskich dżungli i ciężko oprzeć się wrażeniu, że odsłuch jest w tym wypadku doznaniem wielozmysłowym. Wystarczy zanurzyć się w bogaty świat wykreowany przez autora, by jednocześnie poczuć zapach mokrych od deszczu lian, usłyszeć śpiew niezwykłych ptaków i zobaczyć całą paletę wielobarwnych drzew. Vynehall stworzył kompozycję naładowaną całą masą dźwięków, sampli i rozwiązań, która w zupełnie nienachalny sposób ani trochę nie ciąży w głośnikach. Poczucie prawdziwej przestrzeni w tak gęsto zagospodarowanej muzyce daje pole do dzikich tańców, bo „Blush” potrafi zatrzymać na parkiecie na dużo dłużej, niż na albumowe 8 minut. – I. Knapczyk


23. Kanye West – No More Parties In LA

Jeżeli mieliście kiedykolwiek ochotę usłyszeć Lamara i Westa w jednym numerze, to na początku tego roku przeżyliście ekstazę. Jeden z pierwszych singli promujących The Life of Pablo, stworzony jeszcze w 2010 wspólnie z Madlibem, to, zważając na samego producenta, pewniak w kontekście mixu i samplingu. Użyty i przewijający się przez całość fragment utworu „Suzie Thundertussy” autorstwa Junie Morrison świetnie zaostrzył charakter kawałka. Długie, bardzo dynamicznie zaprezentowane wersy K. Dota mogą bez wątpienia się podobać i, w finalnym rozrachunku, przyćmiewaja nawet samego Westa.M. Rypel


22. Rae Sremmurd – Black Beatles (ft. Gucci Mane)

Przy niektórych utworach nie mamy żadnych wątpliwości co do ich popowości – dodatkowo jeśli jest ona prawie w pełni zgodna z pewnym przyjętym schematem, jawi się jako absolutna zaleta. Nie inaczej stało się z “Black Beatles” od Rae Sremmurd, utworze, którego w żadnym wypadku nie powinniśmy uznawać za produkt przemysłu hip-hopowego, a właśnie popowego. Ten spełnia wszystkie oczekiwania przeciętnego odbiorcy mainstreamu, na czele z przebojowością. To pozycja z kategorii “party anthems”, co warunkują ponadprzeciętna chwytliwość, tym samym zaraźliwie melodyjne wokale i naprawdę porządna produkcja Mike Willa. Nie wiem, czy referencja do jednych z potęg zjawiska, jakim jest szeroko rozumiany pop, powinna być odbierana bez żadnego zgrzytu zważywszy na status i wiek RS (choć samemu McCartneyowi kawałek bardzo się spodobał). Wiem jednak, że zatrzymywanie się przy ogólnej lirycznej wartości (czy jej braku) nie miałoby najmniejszego sensu. Dobra muzyka obroni nawet najbardziej bezsensowny tekst, a jej siłą jest banalna repetycja. – M. Staniszewska


21. David Bowie – I Can’t Give Everything Away

Trudno oceniać muzykę, która jest w zasadzie nierozerwalną częścią pewnego, niezwykle intymnego procesu, jakim było odchodzenie Davida Bowiego. Bolesne, pełne niedopowiedzeń i piętrzących się pytań doświadczenie zostało przez tego, nie bójmy się tego słowa, geniusza, zamknięte w formie albumu Blackstar, który zamykała właśnie kompozycja „I Can’t Give Everything Away”. Traktowana jak ostatnie tchnienie lub definitywny testament, kompozycja jest niezwykle prostym, ale przejmującym motywem, tekstowo w miarę jasnym i niosącym przesłanie wymieszane z chłodnym podsumowaniem. Mamy do czynienia ze wszystkim, do czego przyzwyczaił nas Bowie: romantyzmem, chłodnymi spostrzeżeniami i dużą gościnnością, z którą za każdym razem zapraszał nas do swojego świata. – M. Rypel


20. Schoolboy Q – THat Part

„Okay, okay, okay, okay, okay, okay”. Ten nieskomplikowany wers na długo zapadł w pamięć wszystkim oczekującym tegorocznego krążka ScHoolboya Q. Atmosferę podsycił nie tylko mocny i bezbłędny w produkcji singiel „THat Part”, ale i zaproszony do współpracy Kanye West. Money talks. Stare powiedzenie wciąż aktualne, a o współczesnym fenomenie gotówki w powyższym utworze mówi się bez ogródek. Nie poraża może flow Q, ale za to wjazd Kanyego rozpoczynający się od kilku okejek potem przybiera wariacki wręcz charakter i nie pozwala nam na zatrzymanie w połowie. Ekscytujący, komercyjnie trafiający w punkt numer. – M. Rypel


19. Jessy Lanza – It Means I Love You

Mamy tu do czynienia ze szczytowym póki co momentem kariery Jessy Lanzy. Duża w tym zasługa Jeremy’ego Greenspana z Junior Boys, który footworkową estetykę wsparł znakomitym samplem rodem z RPA. Za wszystkim stoi pochłaniający od samego początku groove, działający jak bezceremonialne zaproszenie do tańca. Z biegiem czasu centralną pozycję przejmuje wokal Lanzy, przebijający się bez większego problemu między dynamicznymi, momentami piskliwymi synthami i zręcznie dostosowujący się do gwałtownych zmian tempa. – M. Drohobycki


18. BADBADNOTGOOD – Time Moves Slow (ft. Sam Herring)

Każdy kto miał styczność z Future Islands wie doskonale, że Sam Herring ma wiele cech przydatnych frontmanowi. Takie utwory jak „Time Moves Slow” udowadniają jednak, że przed jego zachrypnięty głos i niepodrabialne taneczne ruchy wysuwa się niewiarygodna pasja, z jaką wyśpiewuje kolejne linijki tekstu. BADBADNOTGOOD trafili w dziesiątkę z doborem gości na IV, ale to właśnie ta kolaboracja uciekła peletonowi. Charyzma Herringa nie jest tu przesadnie eksponowana, ale nadal ma magnetyczną moc. Kanadyjczycy po raz kolejny udowodnili też, że jak mało kto potrafią łączyć współczesną, hip-hopową produkcję z klasycznym brzmieniem – tutaj oprócz standardowych dla nich wpływów jazzowych mamy pełen duszy groove R&B. – M. Drohobycki


17. Kaytranada – GLOWED UP (ft. Anderson .Paak)

Dwóch gigantów, którzy rozświetlili pierwszą połowę 2016 swoimi błyskotliwymi krążkami – Anderson .Paak oczywiście dzięki Malibu oraz Kaytranada z debiutanckim 99.9% – dali wspólny popis właśnie w ramach pierwszego LP w karierze Kanadyjczyka. Mowa o opływającym zmysłowością i otulonym przez bas numerze „Glowed Up”, gdzie pełną równowagę utrzymują przebojowa robota Kay’a i charyzma wokalna Paaka. Ramię w ramię, przemierzając groove’owe bezdroża, odnaleźli harmonię bez pośpiechu, bez presji. I to wszystko odbiło się dokładnie w efekcie końcowym. – M. Rypel


16. Angel Olsen – Shut Up Kiss Me

Najmocniejszy fragment rewelacyjnego My Women przywodzi na myśl nasze ulubione nagrania samej PJ Harvey, ustawiając Angel Olsen w pierwszym rzędzie do przejęcia swoistej schedy po Brytyjce. Brutalne zerwanie z niewinnością na rzecz buntu, osadzone w nieco teatralnej, groteskowej stylistyce dawno nie brzmiało tak dobrze i wiarygodnie. Sekret sukcesu tego utworu jest zresztą bardzo prozaiczny – po prostu retro barwa głosu Angel idealnie współgra z brudnymi gitarami elektrycznymi. – I. Knapczyk

Następna strona