Zeszły Piątek #82: Kali Uchis, Rina Sawayama, Fiona Apple i inni

W ramach Zeszłego Piątku przedstawiamy zwięzłe spojrzenie na nowe wydawnictwa, które z rozmaitych powodów uznaliśmy za interesujące. Subiektywny radar premier w (nie)regularnej formule.


Kali Uchis – To Feel Alive

Wytwórnia: Universal Music
Gatunek: R&B
Długość: 10 min

Jako, że moja opinia na temat tej EP-ki zyskała aprobatę naszego redakcyjnego maniaka twórczości Kali Uchis, czyli Wojtka, to ją przywołuję: to jest najgorsze z dotychczasowych wydawnictw Amerykanki, co nie oznacza jednak, że jest słabe. Po prostu nie ma co się spodziewać fajerwerków po czterech naprawdę przyzwoitych demówkach, które nie są wystarczająco doszlifowane, by pełnoprawnie reprezentować wciąż jeszcze skromny (ale bardzo dobry i równy) katalog artystki. Najmilszą rzeczą jaką można w tych dziesięciu minutach odnaleźć jest ta charakterystyczna atmosfera poranka w pokoju hotelowym, którą fantastycznie emulowało Por La Vida (czyli najlepsze, co Uchis kiedykolwiek zrobiła). Do To Feel Alive można przeczytać kilkanaście stron „Pani Dalloway”, spalić specjał własnej selekcji i oczekiwać na pukanie do drzwi. Los zadecyduje, czy za drzwiami stać będzie ukochana osoba, czy recepcjonista czekający z pożegnalnym listem, który zostawiła na blacie. – P. Ćwikliński

Najlepsze utwory: „honey baby (SPOILED!)”, „TO FEEL ALIVE”


Fiona Apple – Fetch the Bolt Cutters

Wytwórnia: Epic
Gatunek: art pop / singer-songwriter
Długość: 51 min

Ponoć najgorszym rodzajem łamanych obietnic są te, które złożyło się samemu sobie. Traf chciał, że gdy kilka lat temu pewien wysoko postawiony tu i ówdzie nestor rzucił propozycję o treści “cho popisać o muzyczce, będzie fajnie”, postanowiłem, że choćbym tu bazgrał jakieś głupoty, to nigdy, ale to nigdy nie będę się sugerował ani odnosił do zdania innych, bo sensu w tym brak. I dziś muszę te zasadę nagiąć – muszę, bo opinia publiczna z trójzębną redakcją na czele zrobiła nowej płycie Fiony Apple krzywdę, a jak krzywda się dzieje, to warto reagować. Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z czymś tak świetnym, bo przede wszystkim: Fiona dokonała niezwykle udanej reinterpretacji dorobku Joni Mitchell i Patti Smith, osadzając ją w pierwszorzędnym, kabaretowym anturażu – Rain Dogs, a może zwłaszcza Frank’s Wild Years, anyone? Bardzo chciałbym, żeby ten album właśnie tak został zapamiętany, bo bez dwóch zdań na to zasługuje. Problem pojawia się wówczas, gdy do nagłówków artykułów najbardziej poczytnych, branżowych portali trafiają zdania typu “no music has ever sounded quite like it”, a cyferki lokują Fetch the Bolt Cutters na tej samej półce, co absolutnie topowe dzieła powstałe odkąd ludzkość zaczęła bawić się w muzykę. Bardzo dobry materiał – bardzo dobry, zaznaczmy to wyraźnie – ale w kategorii najbardziej innowacyjnych jabłek palmę pierwszeństwa nadal niesie to nadgryzione przez Steve’a Jobsa lata temu – mniej więcej wtedy, gdy Tom Waits wymyślał patent na przeniesienie atmosfery dark cabaretu do muzyki. Wówczas, istotnie, brzmiało to jak nic co powstało wcześniej. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Shameika”, “Fetch the Bolt Cutters”, “Ladies”


Ulcerate – Stare Into Death and Be Still

Wytwórnia: Debemur Morti
Gatunek: technical death metal
Długość: 58 min

Ile lepszych albumów metalowych słuchałem w życiu? Paracletus, Buiikikaesu, Excercises in Futility i With Hearts Toward None, Somewhere Along the Highway… albo tego jest faktycznie tak mało, albo nowa płyta Ulcerate tak skutecznie sprawia, że zapomina się o dotychczas poznanej muzyce. Obstawiam drugie, ale to już samo w sobie świadczy o tym, że mamy do czynienia z prawdopodobnie najlepszym metalem tego roku. To nie jest redefinicja wszystkich standardów, jakie znamy, ale też w żadnym wypadku powielanie schematów lub czcze kultywowanie tradycji. Ulcerate zrobiło swoje i nikt ich najwyraźniej nie próbował w tym szaleńczym pędzie ku rubieżom doskonałości zatrzymać. Stare Into Death… jest takie, jakie są tytuły znajdujących się na nim utworów: potężne, piękne, groźne, długie i wyczerpujące w najlepszy możliwy sposób. Jest bezlitosnym i miażdżącym riffowym kombajnem, tornadem błędów w matriksie, godziną piekielnej zamieci, czymś, na co niecierpliwie czekaliśmy od długiego czasu. Jest powodem, dla którego warto w 2020 pochylić się nad pieprzonym death metalem. Gdybyśmy w Kinkyowl uciekali się do skali ocen, walczyłbym o najsilniejszą dziewiątkę w historii dziewiątek. Miód, słuchać! – P. Ćwikliński

Najlepsze utwory: „Exhale the Ash”, „Stare Into Death and Be Still”, „Inversion”, „Drawn Into the Next Void”


Rina Sawayama – Sawayama

Wytwórnia: Dirty Hit
Gatunek: dance pop, R&B i… nu-metal
Długość: 43 min

Co ta dziewczyna ogarnęła, to ja nie mam pytań. EP-ka RINA już w 2017 zwiastowała wszystko co najlepsze, ale do 2020 formuła zdążyła się w punkt dogotować, żadne miękkie kluchy. W formie Sawayama zmaterializował się ultimate guilty pleasure: kiczowaty pop i R&B wczesnych lat 2000, nu-metalowe gitarowe wrzuty i cringe’owe chwilami teksty wrzucone do jednego kotła i mocno zamieszane. Ta zabawa formą z przymrużeniem oka potrafi doprowadzić na granicę mdłości i sprawić, że czujemy się jak po wyjściu z rollercoastera – mimo wszystko dominuje satysfakcja, a adrenalina jest nienaturalnie podbita. A że przy okazji puści się parę bełtów (“Chosen Family” czy “F*ck This World”)… wkalkulowane ryzyko. Po odcedzeniu gorszych strzałów zostajemy z pyszną produkcją Clarence’a Clarity, przesłodzonymi melodiami i paroma hookami, które chwytają i nie puszczają. Rina wyrasta na popowę gwiazdę skrojoną pod te pogięte czasy. – M. Drohobycki

Najlepsze utwory: “Paradisin'”, “Bad Friend”, “XS”


Galcher Lustwerk – 420 by 420

Wytwórnia: Lustwerk Music
Gatunek: deep hip house
Długość: 69 min (4160 sekund)

W 2013 roku, gdy Lustwerk wypuścił swój pierwszy mixtape, jego unikatowe połączenie rapowych wokali i deep house’u było przełomowe. Od tego czasu pojawiło się więcej wydawnictw powielających ten przepis (m.in. to), tym niemniej to właśnie Lustwerk wypromował ten unikatowy styl i chwała mu za to. Nie inaczej jest na tej płytce. Tym razem, Lustwerk celebruje szczególnie adekwatne w tym roku święto wszystkich stonerów czyli 420. Wszystko na tym wydawnictwie, od tytułu samej płyty do długości tracków, a nawet suma sekund wszystkich tracków razem wziętych nawiązuje właśnie do tej magicznej liczby. Pod szyldem Lustwerk Music znajdziecie więc to wyjątkowe wydawnictwo, wypuszczone 20 kwietnia 2020 roku (4.20.2020) pod pseudonimem 420, o nazwie 420, w którym każdy z 16 tracków trwa 4 minuty 20 sekund, a których suma sekund wynosi 4160 (blisko do 4200), co w formie minutowej przekłada się, po zaokrągleniu, na 69 minut. Lustwerk bezpośrednio puszcza więc w ten sposób memiczne oko do wszystkich fanów tetrahydrokannabinolu którzy razem z nim obchodzili tego dnia swoje święto. I to właśnie za tą bezpretensyjność i poczucie humoru, oraz uczestnictwo w społeczności nie tylko artystów ale też fanów muzyki i doświadczeń z nią związanych uwielbiam Galchera Lustwerka. Wysoka sztuka wysoką sztuką, ale dobrze czasem sobie przypomnieć że muzyka jest też (a może przede wszystkim) zabawą. Oby tylko więcej takich numerów. – M. Niedzielski


Łona i Webber – Śpiewnik Domowy EP

Wytwórnia: Dobrzewiesz Nagrania
Gatunek: rap
Długość: 29 min

Cztery lata w muzyce to długo, powiecie. Istotnie, lecz jak przyznaje sam Łona, muzykę zaczynają tworzyć tylko wtedy, gdy mają na nią ochotę. A z tym idą w parze pomysły na przelanie idei zbieranych i poupychanych w głowie miesiącami (czy wręcz latami). No a jak już coś się urodzi, to jest o czym pisać. Nowe EP duetu Łony i Webbera – Śpiewnik Domowy – to patchworkowa podróż przez odległe zakątki świata. Na tyle mnie zaciekawiła, że nie miałbym zupełnie nic przeciwko, gdyby oczekiwanie się jeszcze odrobinę wydłużyło, ale w zamian otrzymalibyśmy pełnowymiarowe wydawnictwo. Instrumentale, podobnie jak teksty, opowiadają historię — od latynoskiego jazzu i samby przez bałkański oraz wschodnioeuropejski folk, aż po Chopina i sample w jidysz. Jak na świetnym „Echo”, w którym Łona zarysowuje niedokończone losy szczecińskich Żydów. Raper uchyla także, co do niego niepodobne, drzwi do swojego prywatnego życia – to w dedykowanym synowi otwierającym EP-kę utworze „No Akomodejszon”. Słuchanie jego tekstów zawsze działało na mnie w wyjątkowy sposób i tym razem nie jest inaczej. Nie sposób nie ripitować po ostatnim utworze. – M. Ochojski

Najlepsze utwory: „Echo”; “Niepogoda”; “Co Tam, Mordo?”


Ikonika – Bodies EP

Wytwórnia: Don’t Be Afraid
Gatunek: UK bass
Długość: 20 min

Najnowsza epka od Ikoniki, powiązanej m.in. z Hyperdub Records (Mhysa, Lee Gamble, Doon Kanda, Burial) jest tak zróżnicowana jak jej przewodni motyw, czyli cielesność. Dobra, może trochę przesadziłem – wszystkie utwory na tej epce są jednak mocno osadzone w konwencji szeroko pojętej muzyki elektronicznej – tym niemniej znajdziecie tu zarówno terapeutyczne ambientowe elementy podszyte house’owym bitem na otwierającym płytę utworze “Your Body”, jak i przeplatankę cięższych brzmień ewokujących bass czy dubstep, charakterystyczne dla elektroniki wywodzącej się z U.K. Wszystko to solidnie wykonane pod kątem technicznym, ale tym co najbardziej mi się podoba w tym wydawnictwie jest motyw przewodni. Jak mówi sama artystka, wydawnictwo w zamierzeniu ma wydźwięk właśnie terapeutyczny, na co wskazuje m.in. tytuł trzeciego utworu czyli “What Kinda Pain Are We Talking About?” oraz opis krążka (który z wiadomych powodów wyjdzie niestety dopiero w czerwcu). Artystka dzieli się więc z nami swoimi doświadczeniami i sposobem w jaki sobie z nimi radzi – muzyką. Podsumowując, solidny materiał w sam raz przede wszystkim dla tych którym brakuje emocjonalnego oczyszczenia którego wcześniej można było doznać na parkietach klubów. – M. Niedzielski

Najlepsze utwory: “Your Body”, “What Kinda Pain Are We Talking About?”


Lido Pimienta – Miss Colombia

Wytwórnia: Anti
Gatunek: latin art pop
Długość: 43 min

Nigdy nie byłem szczególnie zajawiony scenami Ameryki Południowej, może poza ciekawymi ruchami na gruncie elektronicznym w ostatnich latach (shoutout to Mikołaj Kierski, sprawdźcie Basy Tropikalne). Głośny debiut Lido Pimienty, przesłuchany dłuższą chwilę po jej triumfie na Polaris Prize, też mi zresztą “nie robił” – niedociągnięcia i chaotyczne produkcyjne niedogrzanie, tak właśnie wbił mi się w pamięć La Papessa. Mijają cztery długie lata, a tu łapię się za coś, co od pierwszej chwili rodzi we mnie przyjemnie niejednoznaczne uczucie. Miss Colombia ma dwa bardzo różne oblicza. Pierwsze czaruje głęboką, bogatą produkcją, kapitalnymi wokalami i climaxami, w trakcie których włosy o długości pandemiczno-izolacyjnej stają dęba. Po przejściu przez fragment o długości opasłej EP-ki zostajemy przerzuceni w zupełnie inne rejony – organiczne i o nieoszlifowanych krawędziach. Za stery łapie rytm, piosenki zostają obrane z kilku warstw i docieramy do rdzenia wszystkiego, co słyszeliśmy wcześniej. Ten zabieg może robić za vibe killera, odpychać przy pierwszym odsłuchu, ale nabiera szczególnych rumieńców po małej rundzie z translatorem i wgryzieniem się w teksty (jeśli hiszpański nie jest Wam obcy – tym lepiej). W takiej formie Miss Colombia jest nie tylko udanym przełożeniem art popu na język kolumbijskiego folku, ale też wyrazistym głosem przeciw ciągle żywej dyskryminacji rasowej i ogromnej skali seksualizacji kobiet z tej części świata. – M. Drohobycki

Najlepsze utwory: “Resisto Y Ya”, “Eso Que Tu Haces”, “Nada”