grafika: Paweł Ćwikliński

Zeszły Piątek #77: Denzel Curry x Kenny Beats, Tame Impala, Sega Bodega i inni

W ramach Zeszłego Piątku przedstawiamy zwięzłe spojrzenie na nowe wydawnictwa, które z rozmaitych powodów uznaliśmy za interesujące. Subiektywny radar premier w (nie)regularnej formule.


Against All Logic – 2017-2019

Wytwórnia: Other People
Gatunek: tech house
Długość: 45 min

Zupełnie nie tego się spodziewałem, co nie oznacza jednak, że jest źle. Nico Jaar postanowił opuścić deep house’ową strefę komfortu, pozwalając sobie na wycieczki w kierunku techno czy (nawet) deconstructed club. O ile słychać, że nie są to naturalne rewiry chilijsko-amerykańskiego producenta, tak eksperyment wypada całkiem udanie, najlepsze momenty osiągając na wysokości bangerowych wałków z środkowej części albumu. Nico nie jest w formie ze Space Is Only Noise czy Sirens, ale to wciąż fachura w swojej dziedzinie. A i ładny sampelek z Beyoncé udało się przemycić – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “If Loving You Is Wrong”, “Alarm”, “Deeeeeeefers”


Loathe – I Let It In and It Took Everything

Wytwórnia: Sharptone
Gatunek: metalcore / djent
Długość: 49 min

Czasami inspiracje stojące za jakimś projektem są wyczuwalne od razu. W przypadku ekipy z Liverpoolu mowa o wpływie bardzo oczywistym – stawiam, że gdyby obudzić dowolnego z jej członków w środku nocy i zrobić odpytkę z dyskografii Deftones, to wynik oscylowałby w okolicach dziesięciu poprawnych odpowiedzi na taką samą liczbę zadanych pytań. Loathe czerpie całymi garściami z załogi Chino Moreno, ale zdecydowanie nie brzmi przy tym jak coverband, bo to jednak znacznie szybsze i bardziej agresywne granie. Chłopaki dodają do charakterystycznego brzmienia swoje elementy, sklejając to w przebojowe i świetnie wyprodukowane numery. Ja jestem na tak – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Broken Vision Rhytm”, “Two-Way Mirror”, “Aggressive Evolution”


Denzel Curry x Kenny Beats – UNLOCKED

Gatunek: rap
Wytwórnia: PH Recordings / Loma Vista Recordings
Długość: 18 min

Pamiętasz jeszcze MF Dooma? Jeżeli jego stylistyka przypada Ci do gustu, to czym prędzej odpalaj UNLOCKED. Mr. Curry, znany ze swojego zamiłowania do kultury komiksu, przenosi tę stylistykę na taśmę. Wszystkie utwory posiadają indywidualny animowany „klip”, stworzony w zupełnie różniących się od siebie stylach, które z kolei wspólnie tworzą multi-wymiarowy 23-minutowy film krótkometrażowy. Jego fabuła opowiada o twórcach, którzy wrzucają samych siebie do przestrzeni wirtualnej. Chcąc odzyskać utracone bity, przemierzą oni zarówno muzyczne, jak i graficzne wymiary.

Inspiracje Doomem nie kończą się na wyglądającej niczym front old schoolowego komiksu okładce. Zaglądając do środka, bez trudu odnaleźć możemy je w interludiach wypełniających przestrzenie między utworami. Reszta zawartości jest jednak zupełnie nieprzewidywalna oraz zaskakująca – zmienny charakter mini-albumu objawia się na wielu płaszczyznach i wspaniale koresponduje z wyżej wspomnianym filmem. Duet modyfikuje podejście, przeobraża się czy wręcz ewoluuje w kolejne formy. Na UNLOCKED kreatywny Kenny tworzy równoległe muzyczne światy demo, a Denzel bawi się stylami (od bumbapu do hardcore’u) w zależności od wymiaru. To kolaż, mozaika — niespójna powiecie? Błagam. Tutaj spójność przejawia się w jej braku. Przed wami 18 minut bujania głową – M. Ochojski


Sega Bodega – Salvador

Wytwórnia: Nuxxe
Gatunek: powiedzmy, że alt-R&B
Długość: 36 min

Walentynkowe premiery stały dwoma nazwiskami. Kevin Parker i Salvador Navarrete stanęli do swoistego pojedynku o miano release’u numer jeden dnia zakochanych, no i cóż, Brytyjczyk wygrał ten wyścig w przedbiegach. Jego debiutancki longplay pod aliasem Sega Bodega odchodzi nieco od estetyki deconstructed club, przemierzając tereny znacznie bardziej przystępne, właściwe bardziej dla – choć nadal zdekonstruowanego – R&B. Salvador to materiał bardzo charakterystyczny, spójny i pełen konkretnego, trudnego do pomylenia z czymkolwiek innym stylu. Ścisła topka najciekawszych dotychczas wydawnictw tego roku. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Raising Hell”, “U Got the Fever”, “Salv Goes to Hollywood”


Tame Impala – The Slow Rush

Wytwórnia: Modular
Gatunek: psychodeliczny pop po urlopie na Balearach
Długość: 57 min

Zwrot w twórczości Tame Impala w stronę psychodelicznego popu, był wyraźnie słyszalny na poprzednim albumie projektu – Currents. The Slow Rush to kolejny przystanek na tej drodze. Co warto zaznaczyć, Kevin Parker i jego live band, nie porzucili całkowicie gitar na rzecz syntezatorów. Na płytach zespołu rockowy anturaż zawsze udanie mieszał się z popową wrażliwością, natomiast słyszalne jest wyraźne przesunięcie akcentów na drugi wspomniany aspekt. Tame Impala w wydaniu psychodeliczno rockowym, na poziomie albumu Lonerism chociażby, to brzmieniowa i kompozycyjna perełka, zgoda. Myślę jednak, że aktualny dźwiękowy świat Parkera, nasycony funkowym basem i gdzieniegdzie motoryką disco, pomimo słyszalnych inspiracji muzyką Supertramp czy też Air, jest muzycznie bardziej oryginalny i atrakcyjny, niż najbardziej udane reinterpretacje psych-rocka lat 70., z których to zespół słynął na poprzednich płytach. A poza tym słychać, że Amerykanin ze swoim delikatnym timbre głosu jak ryba w wodzie czuje się w pastelowych, ciepłych brzmieniach synthów, i o ile potrafi dorzucić do pieca świetny riff, to jako pieśniarz pop jest moim zdaniem nawet bardziej wiarygodny. Przechodząc do sedna – pomimo bardzo wysokiego poziomu Currents, Tame Impala udało się  przeskoczyć poprzedni album.

The Slow Rush wygrywa moim zdaniem spójnością i dynamiką, nie pozwalając słuchaczowi się nudzić. Znakomity opener poprzednika, “Let it Happen”, obiecywał pełen melodyjnych hooków i bogatych aranżacji album z pazurem. Finalnie dostaliśmy bardzo dobry zbiór sensualnych ballad. Nie miałbym w tym wypadku nic do zarzucenia, gdyby nie to, iż moim zdaniem Tame Impala wypada najlepiej, kiedy równoważy balladowe wątki i taneczny bądź rockujący groove. Nowa płyta płynie i dostarcza nam masę emocji. Bywa rozmyta i nienachalna (poprzez głębokie zatopienie w dużej ilości pogłosów), ale delikatne bongosy i conga, bądź gitarowe wątki jednocześnie nadają tej muzyce witalności, sprawiając że momentami porywa i urzeka klimatem pięknej imprezy, na której nie miałeś okazji być – w barze na Lanzarote w latach 80. Popowy, przebojowy uniwersalizm przekłada się na wiele zastosowań. Płyta spełnia warunki odsłuchu audiofilskiego, bo nagrana jest bardzo starannie, nadaje się do samotnych spacerów po mieście, bo łatwiej ci z tą ciepłą muzą włączyć tryb feel-good, romantyczne wieczory tylko przy jej akompaniamencie zyskają. Dodatkowy plus należy się Kevinowi Parkerowi za kreatywne użycie efektu flanger AD 2020. Po zajechaniu go przez falę french touchu myślałem, że już nic nie wyciągnie go z odmętów obciachu. A tu proszę – D. Durlak

Najlepsze utwory: „Borderline”, „Breathe Deeper”, „Glimmer”


Myke Towers – Easy Money Baby

Wytwórnia: Casablanca
Gatunek: latin trap
Długość: 55 min

Portorykańskie rapowanki, które nie kłują w uszy. Choć tego materiału jest znacznie za dużo, bo niemal godzina raczej mało zróżnicowanych bangerków może zamęczyć, tak kilka bardzo udanych fragmentów da się tutaj znaleźć. To może być dziwne skojarzenie, ale byłbym się w stanie założyć, że któryś z tych numerów usłyszymy w soundtracku do FIFY 2021. Jeden z trzech poniższych, tak stawiam. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “La Playa”, “Relación Rota”, “Girl”


Sepultura – Quadra

Wytwórnia: Nuclear Blast
Gatunek: groove metal
Długość: 51 min

Bardzo udany powrót i bezapelacyjnie najlepsze wydawnictwo legendarnej brazylijskiej załogi w XXI wieku. A zarazem jedna z ciekawszych metalowych płyt ostatnich miesięcy. Znakomicie wyprodukowany krążek stoi potężnymi, staroszkolnymi riffami, które w towarzystwie prog-momentów wcale nie sprawiają wrażenia wyświechtanych. Derrick Green drze japę, jakby znów miał niecałe 30 lat. Takie comebacki się szanuje. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Means to an End”, “The Pentagram”, “Fear, Pain, Chaos, Suffering”