Wywiad: 1988

1988, czyli Przemysław Jankowiak, najmocniej kojarzony jest jako 1/2 duetu Syny, w którym odpowiada za charakterystyczne, duszne brzmienie. Razem z Robertem Piernikowskim wydali do tej pory dwa świetnie przyjęte albumy i zagrali dziesiątki koncertów. Te dla wielu ludzi daleko wykraczają poza klasyczne muzyczne doświadczenie, dzięki czemu są dzisiaj zaliczani do czołówki polskiej sceny niezależnej. 88 jest jednak obecny na scenie już od ponad dekady i cały czas rozwija swoje unikalne brzmienie. Pod koniec marca ukazał się jego nowy materiał, mocno basowa EP-ka Ring The Alarm, o której kilka słów napisaliśmy tutaj. Mimo mocno niesprzyjającej, kwarantannowej aury, udało nam się porozmawiać, nie tylko na temat RTA.


We wcześniejszej twórczości, jeszcze jako Etamski, tworzyłeś mocno eksperymentalną muzykę, opartą często na field recordingu, niepokojących samplach, sięgając nawet po awangardowy jazz. Twoje brzmienie szło w kolejnych latach mocniej w kierunku basu. Wyraźnie było to słychać na płytach Synów, często sięgałeś na nich choćby po dubowy puls. Obecnie jesteś chyba w miejscu najmocniej kojarzącym się z basową elektroniką prosto z londyńskich piwnic. Jak zmieniały się Twoje muzyczne zajawki i inspiracje przez ostatnie lata?

Wszystko naturalnie po sobie następuje, ale też dużo rzeczy dzieje się nieliniowo, z boku. Mam spore wahania, często jednego dnia sięgam po nowojorski boombap, a wieczorem odpalam sobie Grouper. Zauważyłem, że coraz łatwiej idzie mi łączenie tak odległych zajawek w muzie, którą tworzę. Sam dubowy puls to naturalny drogowskaz do czegoś takiego jak brytyjskie brzmienia, bo u ich podstaw jest właśnie muzyka soundsystemowa z Jamajki. Ostatnio pracuję nad wieloma rzeczami i zauważyłem, że ta elastyczność w lawirowaniu między gatunkami przychodzi mi z tak dużą łatwością, że tego nie zauważam. Chyba w muzyce chodzi mi ostatecznie o to, żeby podróżować, żeby gdzieś mnie ona przeniosła. Mogą to być odległe od siebie punkty, ale spoiwem zawsze będzie moja wrażliwość.

Mimo tego eklektyzmu, czerpania z różnych gatunków, Twoja twórczość ciągle w dość istotnym stopniu była osadzona w hip-hopie. Na Ring The Alarm najmocniej ze wszystkich dotychczasowych projektów odbijasz jednak w kierunku muzyki basowej. Czy to jakiś znak? Przy kolejnych nagraniach będziesz dalej szedł w tym kierunku?

Tak jak wspomniałem wcześniej, wszystko jest nieliniowe, czasami potrzebuję odskoczni w postaci takiego nagrania… a czasem po prostu mam ochotę nagrać coś bez bitu i basu. Z drugiej strony, teraz pracuję nad 100% hip-hopowym materiałem oraz nad płytą producencką. Jak już nawinęliśmy na Synach, sami chcielibyśmy znać swój ruch… ale to jest nie do przewidzenia, wpadam często na spontaniczne pomysły, robię wiele rzeczy na raz, nie wszystko się ostatecznie ukazuje. Na pewno obecnie mam etapy, że mocno cisnę w kierunku hip-hopu, ale z boku czają się inne koncepcje, bardzo odległe. Dobre są momenty, jak to zaczyna ze sobą rezonować.

Jeśli chodzi o Twoją płytę producencką, jakiś czas temu w rozmowie z Ulą Kaczyńską w radiowej Czwórce, wspomniałeś że masz długą listę gości, w tym świetnie śpiewające dziewczyny. Jest szansa, że zdradzisz nam, kogo miałeś na myśli? Rozumiem, że na albumie znajdą się artyści z różnych środowisk muzycznych, nie tylko raperzy?

Póki co ujawniłem tylko, że będzie to Miły ATZ i Tonfa, reszty nie chcę zdradzać. Lista gości jest spora, wciąż trochę się zmienia. Ta płyta w dużym stopniu będzie okołorapowa, ale nie jest to dla mnie jakaś sztywna rama. Zaprosiłem również artystów, którzy z rapem nie mają wiele wspólnego. Robiąc płytę myślę przede wszystkim o muzyce. To, czy ktoś na niej zarapuje czy zaśpiewa jest nieistotne.

W takim razie z kim z kręgu „pozarapowego” chciałbyś współpracować? Załóżmy że kompletnie nic Cię nie ogranicza, łącznie z państwowymi granicami.

Na płycie usłyszycie prawdopodobnie wszystkich artystów z Polski, z którymi chciałbym współpracować. Są to ludzie, których bardzo szanuję. A co do fantazjowania – z bliskich mi kręgów na pewno np. Liz Harris, Anika, Inga Copeland, King Krule, Kiki Hitomi.

Od razu nasuwa mi się na myśl postać Kevina Martina, z którym współpracowała zarówno Liz Harris, jak i Kiki Hitomi. Między jego najbardziej znanymi projektami, czyli The Bug i King Midas Sound, a Twoją muzyką, można znaleźć sporo punktów stycznych. To dobry trop? Czy są artyści z brytyjskiej sceny basowej, którymi inspirujesz się tworząc?

Jaram się tym, co robi Kevin. Byłem na jego kilku koncertach, zarówno z Miss Red, jak i King Midas Sound czy w ostatnim ambientowym wydaniu. Myślę, że bardziej od jego muzy jarają mnie jego zajawki i właśnie wpływy – dub, radykalne podejście do soundsystemu, zamiłowanie do basu itp. Inspiruję się wieloma rzeczami, słucham dużo różnej muzyki – ze sceny brytyjskiej głównie Source Direct, Gaika, Zomby czy DJ Zinc. Na pewno jednym z najważniejszych artystów dla mnie jest właśnie Zomby, którego wrażliwość jest mi bardzo bliska. Muza której słucham zlewa mi się trochę w jedną magmę i myślę, że to jest kluczowe… Staram się nie podbierać patentów, a bardziej wyciskać z tej magmy esencję dla siebie.

O Grudzie, poprzednim solowym materiale, mówiłeś że została zainspirowana Szczecinem Twoim rodzinnym miastem, widzianym oczami człowieka, który przeprowadził się do Gdyni. Za Tobą kolejna przeprowadzka, tym razem z Gdyni do Warszawy. Czy miało to jakiś wpływ na brzmienie Ring The Alarm? Czy można w ogóle powiedzieć, że przy jego tworzeniu coś zainspirowało Cię tak mocno, jak w przypadku Grudy?

Płyta Ring The Alarm została nagrana w 100% w Gdyni, wtedy jeszcze nie myślałem o przeprowadzce, decyzja była spontaniczna i nagła. Nie wiem, jak Warszawa na mnie wpłynie jeśli chodzi o inspiracje. Póki co, odkąd tu mieszkam prawie nie wychodzę z domu, z wiadomych przyczyn. Ja na pewno prędzej czy później zatęsknię za Trójmiastem, chciałbym tam wrócić, ale zobaczymy jak się potoczy życie w Warszawie.

Na pewno jest tu bardzo aktywnie jeśli chodzi o działanie z ludźmi. W Warszawie każdy coś robi i to stymuluje, jest w jakiś sposób inspirujące. W Gdyni inspirująca była bliskość natury, ale jeśli chodzi o działanie, to brakowało trochę impulsów. To jest bardzo relaksujące miasto. U mnie największe poszukiwania odbywają się w głowie i w grzebaniu w różnych zakamarkach sztuki, jak film, muza, malarstwo, fotografie, grzebanie w historii popkultury czy historii w ogóle… To zawsze są punkty zapalne, później pojawiają się kolejne, takie jak miasto.

Czy pracujecie już z Robertem, choćby koncepcyjnie, nad nowym albumem Synów? Jest szansa, że usłyszymy na nim ślady RTA, czy możemy jednak spodziewać się powrotu do bardziej synoskiej formuły?

Korespondencyjnie wymieniamy się klimatem, mamy od mniej więcej pół roku koncepcję, ale to nigdy nie przełożyło się w 100% na końcowy efekt. Póki co, za wcześnie by mówić o tym jak będzie wyglądał nasz nowy album.

Ostatnie lata były dla Ciebie dość intensywne muzycznie – w 2015 roku ukazał się Orient, w 2017 Gruda, rok później Sen, teraz Ring The Alarm. Cały czas bardzo dużo koncertujesz, zarówno jako Syny, jak i 1988. W pewnym momencie miało się wrażenie, że obstawiacie każdy „alternatywny” festiwal w kraju, a w trasę ruszacie dwa razy do roku. Do tego doszły zmiany miejsca zamieszkania. Nie czułeś zmęczenia?

Graliśmy bardzo dużo, bo to nasze naturalne środowisko do wymiany energii nie tylko z publiką, ale też między nami. Lubimy wychodzić z tym do ludzi i nieważne czy to „alternatywny” festiwal, hip-hop festiwal, czy Męskie Granie. Chcemy to grać wszędzie gdzie tylko się da, bo zawsze to nowe, ciekawe doświadczenie, nawet jeśli publika nie jest do Ciebie w stu procentach przekonana. Momentami da się odczuć zmęczenie, bo to wybija z rytmu pracy. Teraz za to bardzo mi tego brakuje i nie mogę się doczekać, aż znowu pojedziemy gdzieś w trasę.

Zdarzyło się kiedyś, że Wasza muzyka kompletnie nie trafiła do publiczności? Że wyszliście z koncertu z poczuciem, że to nie było to, że między Wami a uczestnikami nie wywiązała się żadna więź. Że ludzie nie zrozumieli tego doświadczenia?

Tak, na Jarocinie. Ale to dlatego, że pod scena prawie nikogo nie było, mimo że graliśmy na głównej, ogromnej scenie. W tym samym czasie grało nieco dalej Hey, a my dopiero wtedy zrozumieliśmy, że to totalnie nie jest nasze wydarzenie. To takiego typu festiwal, na który przychodzą ludzie pewni tego, co dostaną. Żadne ryzyko nie wchodzi w grę.

Jak udaje Ci się łączyć wszystkie te aktywności z prowadzeniem własnej wytwórni?

Nie mamy ogromnej wytwórni z wyrobioną strukturą jak w zegarku. Działamy nieregularnie, dzielimy się obowiązkami z Wojtkiem Krasowskim, który jest współzałożycielem. Wydajemy bardzo mało, ale bardzo przemyślanie. To jest dodatkowa działalność, która przynosi sporą satysfakcję. Wysiłek jest duży w momencie, kiedy wychodzi jakaś płyta, czyli powiedzmy raz do dwóch razy w roku. Jakoś sobie z tym radzimy.

Jest jakiś projekt/artysta, którego chciałbyś wydać? Na jakiej zasadzie dobieracie w ogóle w Latarni współpracowników?

Nie mam jakichś specjalnych marzeń w tym temacie. Artystów dobieramy głównie zajawkowo, często są to nasi znajomi. Staramy się też dużo śledzić, robimy research. Natomiast większość dem to niestety bardzo nietrafione rzeczy. Nie mówię, że są złe, choć tych złych bywa dużo, ale często dostajemy dema od ludzi, którzy albo mają zupełnie inne wyobrażenie o nas, niespójne z naszą wizją, albo nawet nie sprawdzili kogo wydajemy. Do mnie – poza muzą – musi przemówić jakaś charyzma, klimat, pomysł artysty na to co robi, nie tylko samo demo.

Nie licząc albumów Twoich i Roberta, za Wasz największy wydawniczy sukces można chyba uznać ostatnią, świetną płytę Enchanted Hunters – Dwunasty dom. Dziewczyny jeszcze przed jego wydaniem wyrobiły sobie, zasłużenie, konkretną renomę. Nie mam oczywiście zamiaru w żaden sposób deprecjonować dokonań innych artystów wydających w Latarni, bo bardzo lubię muzykę z Waszego katalogu, ale czy w najbliższym czasie macie w planach wykonać więcej ruchów w kierunku „większych” twórców?

Nie wykonujemy tego typu ruchów, nie polujemy. Enchanted Hunters to nasze bardzo dobre znajome i naturalne, że zwróciły się do nas. Album jest świetny, więc po oszacowaniu naszych możliwości i sił postanowiliśmy go wydać. Wydajemy dobrą muzykę, muzę którą lubimy wspólnie – to jest podstawowy warunek.

Na sam koniec mam jeszcze pytanie związane z trochę innym tematem. Tytuł Ring The Alarm wziął się częściowo od słynnego już incydentu w Pardon, To Tu. Jakie jest Twoje najciekawsze/najdziwniejsze przeżycie koncertowe, poza tym przed chwilą wspomnianym?

Kiedyś graliśmy koncert w Koszalinie i przyszło bardzo mało ludzi. Część sali, jak się okazało, była wynajęta przez pracowników jednej z popularnych sieci spożywczych, mieli tam jakąś swoją imprezę. Oczywiście lał się alkohol i atmosfera była łatwa do wyobrażenia. Na początku patrzyliśmy na to z lekkim niepokojem, ale no, przyjechaliśmy tam odjebać robotę, więc zaczęliśmy grać jakby nigdy nic… Okazało się, że tych ludzi strasznie poruszyła nasz muza, zauważyli, że to nie jest zwykły koncert, tylko coś więcej. Podpici pracownicy po koncercie podbijali do nas, dziękowali za to wyjątkowe przeżycie. Robert został wyściskany przez jakieś panie, odbyliśmy sporo ciekawych rozmów z tymi pracownikami. Mocno to na nas zadziałało, nigdy tego nie zapomnę – ludzi, po których byś się tego nigdy nie spodziewał, ruszył Primeshit, ujrzeli to, co chciałbyś, aby widzieli. Utwierdziło nas to w tym, że wykonujemy dla siebie jakąś misję, że jak wierzysz w to co robisz, to możesz poruszyć każdego. Dlatego trzeba grać wszędzie i konsekwentnie robić swoje.