Radiohead: Burn the Witch

Zakończyło się przeciągane w nieskończoność oczekiwanie na nową muzykę od Radiohead. Pojawiające się ze sporą regularnością w ciągu ostatnich miesięcy pogłoski i wskazówki tylko podsycały oczekiwania. Gra przeszła na wyższy poziom parę dni temu. Grupa brytyjskich fanów otrzymała wtedy od zespołu ulotki zapowiadające, jak już wiemy, opublikowany dzisiaj singiel. Następny dzień przyniósł kolejny ruch w postaci niemal całkowitego wyczyszczenia strony zespołu i ich profili w portalach społecznościowych, na których następne pojawiły się dwa teasery, zwiastujące zarówno “Burn the Witch”, jak i towarzyszący mu klip.

Radiohead nie byliby jednak sobą, gdyby na tym niestandardowe podejście się zakończyło. “Burn the Witch” jest bowiem kompozycją, której pierwotny zamysł powstał… ponad dziesięć lat temu i powracał w czasie sesji nagraniowych do Kid A, Hail to the Thief czy In Rainbows, powoli ewoluując w to, co przyszło nam dzisiaj poznać. Mamy do czynienia z dość niejednoznacznym utworem, bo rozbuchana, pełna niespokojnych greenwoodowskich smyczków, orkiestralna warstwa instrumentalna (przywodząca na myśl raczej środkowe Radiohead niż przesiąknięty elektroniką The King of Limbs czy poboczny projekt Yorke’a – Atoms for Peace) przykrywa dość ponury wydźwięk tekstu i klipu. Atmosferze niepokoju i odrealnienia sprzyja trademarkowy zawodzący wokal Thoma Yorke’a.

Dwa słowa należą się także teledyskowi, bo funkcjonuje tu osobno jako małe dzieło sztuki. Obraz wyreżyserowany przez Chrisa Hopewella w technice animacji poklatkowej zabiera nas do pozornie idealnej, modelowej osady, wizytowanej przez bliżej nieokreślonego inspektora. Z biegiem czasu odkrywa on szereg grzechów i mrocznych nawyków, które mają na sumieniu mieszkańcy. Całość wieńczy scena z ogromną drewnianą kukłą, nawiązującą do filmu “The Wicker Man” z 1973 roku, w którym główna rola przypadła Nicholasowi Cage’owi.