Quebonafide — Romantic Psycho / recenzja

Z pewnością akcja promocyjna Romantic Psycho była jedną z najbardziej wyczerpujących w dotychczasowej karierze Kuby Grabowskiego. Przemyślane zabiegi miały na celu skupić uwagę odbiorców na twórczości, a nie samym twórcy. Muzyka miała się obronić sama. Czy zamierzony cel został osiągnięty? Czy przypadkiem nie zadziałało to na odwrót? A może Kuba już czai, czemu wszyscy o nim trąbią?

Tym razem (w teorii) miało obyć się bez typowego pompowania balonika, obiektywów kamer i świateł fleszy. Jak sam przyznaje, Quebo większość ostatniego czasu spędził w swoim mieszkaniu. Starannie przygotowana promocja albumu wiązała się jednak z czasochłonną charakteryzacją oraz przyodzianiem pewnej pozy. Trochę dla trollingu, trochę jako eksperyment. Quebonafide publicznie pojawiał się wyłącznie w nerdowskiej stylówce inspirowanej jego studenckim zdjęciem legitymacyjnym, które wypłynęło w okolicach premiery Soma 0,5mg.

W tej sentymentalnej podróży łatwo było przypomnieć sobie, jak zgodnie docenialiśmy album Eklektyka i starsze dokonania rapera, gdy ten wjechał na scenę z buta, wyłamując zamki. Świeżość, energia i błyskotliwe teksty — tym zaskarbił sobie uznanie słuchaczy. To był hip-hop na 100% i nikt temu nie zaprzeczy. Później rozpoczął się romans Kuby z popem. Taconafide odbieram jako produkt popkultury, sformatowany precyzyjnie pod potrzeby konkretnej grupy odbiorców. Cieszy fakt, że być może to dzięki wspólnej płycie z Taco, część ich fanbase’u usłyszała o postaci Aldousa Huxleya i jego epokowym dziele Nowy Wspaniały Świat.

Fakt, Quebo potrafi wyostrzyć apetyty i zaciekawić swoją osobą. Nawet, jeżeli — szczerze, bądź nie — próbuje tego uniknąć. Myślę, że zdaje on sobie z tego świetnie sprawę. Czy to już dość blichtru, czy specjalne odwrócenie się od show-biznesu? By wywołać jeszcze większy efekt wow — tym samym zdobyć jeszcze więcej wyświetleń? (aktualny szturm na OLiS właśnie na to by wskazywał). W końcu „[…]znasz tylko to (życie), które Ci pozwalam widzieć”. Nie będziemy tego teraz roztrząsać. Artysta ma prawo do zachowania pewnego tabu, które także buduje jego wizerunek.

Quebonafide nowym albumem pokazuje, gdzie leżą jego korzenie. Ciechanów, nagrywki z ziomalami w piwnicy na amatorskim sprzęcie…

… gdzie zajawka była zdecydowanie ważniejsza niż tekst czy beat. Album utrzymany jest w stylistyce lo-fi, zawiera brudne produkcje, szeleszczące płyty winylowe, momentami wręcz surową warstwę instrumentalną. Część tekstów brzmi jak inspirowana old-schoolowymi freestylowymi cypherami, pozostałe pokazują drugie oblicze tego wydawnictwa — obudowane liniami melodycznymi, nierzadko popowymi, „TOKYO2020”, „SZUBIENICAPESTYCYDYBROŃ”, czy „NIEPŁACZĘPONOTREDAME”. Być może powinniśmy patrzeć na Romantic Psycho przez inny pryzmat. Może traktować ten krążek jednak w kategoriach popowych, a nie stricte rapowych? To właśnie te wycinki są najciekawszymi, pod pewnymi względami, spośród całej tracklisty. Małe spostrzeżenie – melodia Bedoesa moim zdaniem leży niebezpiecznie blisko Kodaka Blacka z „ZEZE”. Może to zamierzona kalka, może po prostu przypadek.

Ok, skupmy się na najciekawszych utworach z punktu widzenia zatwardziałej rap-głowy.

Na pierwszy plan moim zdaniem wysuwa się zdecydowanie „GAZPROM”. No i tutaj mamy jak na dłoni młodego Jakuba sprzed lat. Wjeżdża bez pardonu z mocnym beatem i mocnym tekstem. Brzmi to jakby pośród nastolatek wrzucić łysego chama, który rozpychając się łokciami, znajduje dla siebie miejsce w pierwszym rzędzie. No i do tego Pan Wojtek, jedziemy! Sokół — wiadomo, wbija jak do siebie. Do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Bicior, chyba najbardziej bujający na całym albumie, wysmażył Czarny Hi-Fi, którego charakterystyczne brzmienie jest nie do podrobienia. „COJESTMAŁPY” to oczywiście ukłon w stronę absolutnej legendy polskiego podziemia — Smarkiego Smarka.

Jak Quebo sam przyznawał, ten utwór to spełnienie artystycznego marzenia z dawnych lat. No bo w sumie jaki rozsądny raper nie marzyłby o nagraniu utworu ze Smarkiem himself? No a skoro Smarki, to wiadomo — Kixnare. Trudno powiedzieć, kto popełnił błąd, że już dzień później YT obiegł wyciek utworu Smarkiego sprzed lat. Nie martw się mordo, nadal brzmi to lepiej niż połowa dzisiejszej sceny. Nieśmiertelna nawijka, nieśmiertelne stilo. Z kolei bit na „AJETLAGTOMOJNOWYDRAG” — WOW! Ktoś tu jeszcze pamięta Strange Journey od CunninLynguists? Co za sentymentalna podróż, dzięki za to mordzia. Z kolei w „Szubienicy” mamy bardzo ciekawe połączenie sielankowego beatu z kontrastującym tekstem.

Najciekawszy bit moim zdaniem pojawia się w utworze „PRZYTOBIE”, za który odpowiedzialna jest kolejna legenda sceny — Patr00.

Nie zgodzę się tutaj z dziennikarzami CGM, którzy twierdzą, że utwór ciągnie się w nieskończoność i przynudza. Myślę, że w tym tekście każdy może odnaleźć coś dla siebie. Jest to ułamek tego, czym Quebonafide zrobił na mnie wrażenie przed laty. U mnie bez problemu na pętli. „TĘSKNIĘZASTARYMKANYE” także działa, zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i lirycznej; całość spina ciekawy koncept (dobrze, że rapowana wrzutka Natalii Szroeder jest tak krótka, bo całej zwrotki mógłbym nie przetrawić). Kolejny tekst, w którym Quebo mówi to, co wielu leży na sercu. A może to po prostu ja znam „Blonde” na pamięć i tęsknię za starym Kanye? Mamy tu też sporo inspiracji OFWGKTA — choćby numer otwierający Romantic Psycho, kojarzy mi się z albumem Goblin, na którym Tyler prowadzi wewnętrzny dialog.

Dla mnie najnowsze wydawnictwo Quebonafide brzmi nieco jak mixtape’owy zbiór luźnych pomysłów, idei i utworów powiązanych ze sobą tylko w pewnym stopniu.

Widać jak na dłoni, że przynajmniej część z featów to te z kategorii „kiedyś z nim muszę nagrać”. Być może przebija się w tym tęsknota za młodzieńczą zajawką. Tak odbieram współpracę ze Patro00, Smarkiem czy Kixnarem. Bo czy ten ostatni jest dzisiaj wiodącym polskim producentem? Innowacyjnym, który może wnieść na album coś świeżego? Z całym szacunkiem, no ale raczej nie. Lata świetności ma już za sobą, a umieszczenie go na końcowej trackliście traktuję bardziej jako hołd dla całokształtu jego twórczości. Większość z gościnnych występów wkleja się bardzo przyjemnie i nie przyćmiewa autora, za co duży plus. Odpowiednie dobranie gości nie jest prostą sprawą, a potrafi zmienić oblicze utworu, jak choćby w przypadku Maty na „ASPARTAM”. Brakuje mi tutaj troszkę świeżych pomysłów, ale może wcale miało ich tutaj nie być?

Ktoś już napisał, że traktuje Romantic Psycho jako pomost pomiędzy starym, a nowym Quebonafide. Dla mnie jest to bardziej klamra spinająca jego dotychczasową twórczość. Kropka nad „i”, wieńcząca pewien okres i zamykająca dotychczasowy etap kariery. Myślę, że nowego Kubę dopiero poznamy. Ze świeżymi pomysłami, artystę pełną gębą, którym — jak można wyczytać między wierszami z jego wypowiedzi — chciałby być tym, na jakiego się kreuje i jakiego wszyscy potrzebujemy. Mesjaszem polskiego rapu, który zmieni grę na zawsze. Oby.