Natalia Lafourcade – Un Canto por México, Vol. 1 / recenzja

Dużo można mówić o obecnych czasach, ale jedno jest pewne – dla hiszpańskojęzycznych artystek ostatnie miesiące to momenty znaczących sukcesów. Do obecności Rosalíi na wszelkich toplistach zdążyliśmy się przyzwyczaić, świetną płytą uraczyła nas kilka tygodni temu Lido Pimienta, a osoby słuchające naszych playlist wiedzą, że mógłbym tak wymieniać jeszcze długo. Do grona znamienitych koleżanek zdecydowała się dołączyć Natalia Lafourcade, która za sprawą świeżej interpretacji szerokiego spektrum meksykańskiej muzyki folkowej nagrała swój bezapelacyjnie najlepszy album w karierze.

Mam wrażenie, że tego typu projekty do łatwych nie należą. Muzyczna tradycja Meksyku to niesamowicie bogaty zbiór gatunków i brzmień, podejrzewam, że najbardziej rozwinięty jeśli chodzi o latynoską kulturę. Swego czasu za pośrednictwem Instastories wątek tłumaczył któryś ze znamienitych piłkarzy El Tri (bodaj Rafael Márquez), no i było to trudne do ogarnięcia. Ranchera, bolero, mariachi, cumbia mexicana, i tak dalej, i tak dalej. Mnogość dziedzictwa jest dość przytłaczająca, zwłaszcza, jeśli chcemy zmieścić je na trwającym niewiele ponad godzinę materiale. Wyzwanie? Jasne, ale do odważnych świat należy. Z tego założenia wyszła Natalia, zebrała ziomków, po czym wjechała w temat na białym koniu.

Señorita Lafourcade dokonała tego za siódmym podejściem. Poprzednie longplaye songwriterki, jakkolwiek jakościowe, nie oddawały tego, co słyszymy na Un Canto por México, Vol. 1.

Co to takiego? Swego rodzaju synteza wszelkich wymienionych wcześniej stylów, wykonana z ogromnym wyczuciem, a zarazem wzbogacona popowym sznytem. W efekcie dostajemy coś na kształt muzycznej pocztówki. Kilkudziesięciominutowego materiału, który puszczony dowolnej osobie pod dowolną szerokością geograficzną na świecie bezpośrednio odpowiada na pytanie “jak brzmi Meksyk?”. Całość podana jest w na tyle przystępnej formie, że po pierwsze pozwala zrozumieć muzyczne dzieje kraju tequili, po drugie zachwycić estetyką (absolutnie WSZYSTKIE wokale na tym albumie, madre mia!), po trzecie – za sprawą chwytliwych hooków – sprawić czystą przyjemność z obcowania z dobrymi piosenkami.

Słuchając najnowszego dzieła opatrzonego sygnaturą Natalii Lafourcade, doświadczyłem jednego z dziwniejszych odczuć związanych z muzyką w ostatnim czasie. Dziwniejszych, a zarazem najbardziej fascynujących.

Wiem, to może zabrzmieć osobliwie, ale nic na to nie poradzę. Każdy kolejny odsłuch Un Canto por México, Vol. 1 lokował moje emocje idealnie pomiędzy Los Ángeles wspomnianej na wstępie Rosalíi a… Ostatnim Dniem Lata Bartosza Kruczyńskiego. Pejzażowy, nieco marzycielski charakter tej muzyki sprawia, że można ją dosłownie zobaczyć, a charakterystyczna rytmika pomaga ją poczuć. Taka to synestezja podlana sosem salsa złożyła się na jeden z najbardziej uroczych albumów tego roku, jak do tej pory. A druga część ponoć już niebawem.