Miły ATZ – Czarny Swing / recenzja

Doczekałem się. W końcu na polskiej mainstreamowej scenie pojawił się zawodnik, który porządnie odświeżył jej brzmienie. I to nareszcie nie psikając w nią Ambi Purem i udając, że przecież pachnie kwiatkami, a otwierając okno na oścież (albo nawet wywalając je z buta z zawiasów). Czarny Swing Atezeta naprawdę jest jak pierwszy łyk świeżego powietrza po wyjściu z jakiegoś wyjątkowo dusznego i zadymionego klubu, mimo że sam brzmi jakby był tworzony w jednej z londyńskich piwnic.

Album pełen basowego, brytyjskiego brzmienia, wykreowanego głównie przez atutowego (to będzie jeden z najbardziej rozchwytywanych producentów w najbliższych miesiącach – zobaczycie) i wyluzowanego, kipiącego energią i pewnością siebie rapu Miłego to moim zdaniem kamień milowy dla krajowego mainstreamu, o tym jestem przekonany. Niepozbawiony kilku typowych dla debiutanckich albumów wad, ale w pewnym sensie bardzo ważny. Miły to po prostu zrobił.

Miły to chłopak, który na swój obecny sukces i stale rosnący hype zwyczajnie zasłużył i wbrew temu co myśli pewnie teraz część słuchaczy, nie wziął się znikąd, nie został wynaleziony przez Popkillera przy okazji ostatnich Młodych Wilków.

Wystarczy sięgnąć trochę w głąb katalogu Mordor Muzik, żeby znaleźć takie popisy skillsów jakie dał choćby na “Strefie Komfortu” z 2015 roku. Już wtedy można było podejrzewać, że to zawodnik, który ma potencjał na zjedzenie sceny i zarażenie jej masywnym, brytyjskim brzmieniem. Pytanie o to, czemu ostatecznie zajęło mu to tak długo, należy skierować chyba do kolegów ze wspomnianej ekipy, którzy do studia wchodzą mniej więcej raz na kwartał. Ważne, że polski grime robiący w Polsce takeover w końcu przestał być pustym sloganem, a zaczął stawać się rzeczywistością.

Hasło “polski grime” to w zasadzie idealne streszczenie tego, co otrzymujemy na Czarnym Swingu. Niby oczywiste, ale jednak nie do końca, bo o żadnej innej polskiej płycie nie mógłbym powiedzieć tego samego.

Nikt w Polsce nie nawijał dotąd na basowych, czerpiących z 2stepu, UK garage czy drum’n’bassu bitach z taką pewnością siebie, swoich umiejętności i zwyczajną świadomością tego, co chce osiągnąć. Nie ma tutaj próby naśladowania brytyjskich wzorców, nie ma ślepej kalki, jest za to przepuszczenie gatunku przez swój własny filtr, przyprawiony mnóstwem unikalnego stylu, charyzmy i autentyczności. Co ważne, Miły jest bardzo wszechstronnym raperem, co pokazuje tak naprawdę na każdym kroku, odnajdując się tak samo dobrze zarówno na potężnych bitach (“Strach”, “Brud”, “Wierz Mi”), letniaczkowych bangerach (“777”, “Rytm”), jak i klasycznych podkładach (“Balans”, “Ruski Rok”). To ostatnie nie powinno akurat w ogóle dziwić, bo bardziej truskulowe oblicze Miłosza nie jest przecież niczym nowym. Główną siłą Atezeta jest jednak coś, czego wyuczyć się nie da. Słuchalność.

Poruszyłem już lekko temat podkładów, ale przeokrutnym grzechem byłoby nie napisać o nich więcej – one zasługują przecież na odrębny tekst.

Jakie. To. Kurwa. Jest. Dobre. Praktycznie wszystkie produkcje, jakie trafiły na Czarny Swing to poziom brzmienia, do którego zbliżył się do tej pory mało który producent w Polsce. Do skrojonych idealnie pod Miłego, różnorodnych i przede wszystkim potężnych, utopionych w basie bitów chętnie nawinęłaby pewnie czołówka brytyjskiego podwórka. Masywny, czerpiący pełnymi garściami ze sceny UK sound to w dużej mierze zasługa autowego, który odpowiada za większość podkładów na płycie, a który jest dla mnie osobiście największym odkryciem 2020 roku. Nie spodziewałem się, że pojawi się u nas producent, który będzie to czuł aż w takim stopniu. Z resztą, to trzeba po prostu usłyszeć – odpalcie sobie przykładowo Wierz Mi, a od razu zrozumiecie o co mi chodzi. Definicja słowa “massive”.

Świetną robotę wykonali też pozostali producenci – to co zrobił Deemz w ‘Chaosie’ czy Nocny w ‘Rytmie’, to na pewno topka tegorocznych bitów, ale do tego panowie zdążyli nas już ostatnio przyzwyczaić.

Mam tylko wrażenie, że tempo w połowie płyty lekko spadło, w czym na pewno nie pomógł wybijający z rytmu, zdecydowanie bardziej klasyczny “Ruski Rok” (swoją drogą – zwrotka Knapa to zdecydowanie jedna z jego życiówek), przez co odczuwałem momentami dłużyzny. Tak czy inaczej, debiut Miłego to świetny album, a jeszcze lepszy debiut, który może przede wszystkim być bardzo istotnym wydarzeniem dla całej sceny. Po pierwsze – w mainstreamie pojawił się zdolny i pewny siebie (czasami nawet bezczelnie, ale to atut) gracz, który prawdopodobnie rozsiądzie się w nim na dużej, wpuszczając do niego mnóstwo tak potrzebnej świeżości i basowego brzmienia. No i właśnie, tutaj przechodzimy do punktu drugiego – nikt do tej pory nie wszedł w basowe rewiry z taką mocą jak Miły. Im większy sukces odniesie Czarny Swing, tym mocniej może to wpłynąć na wygląd całej sceny, co widać już choćby po ostatnich próbach Mesa. Pozostaje mi tylko trzymać za to kciuki.