Idles: Mr. Motivator

No siema, elówa John Talbot, elówa chłopaki, witamy z powrotem. Wiecie co jest, ja to prosty chłopak spod Wrocławia – widzę nowy wałek Idles, klikam w powiadomienie. Może to kwestia sentymentu związanego z pamiętnym OFFowym koncertem sprzed trzech lat, może chodzi o bezgraniczną sympatię w kierunku przepełnionej sarkazmem do granic możliwości, ale zarazem cholernie mądrej i celnej liryki, a może wszystkiego po trochę. Nie wiem, ale fakty są takie, że brytyjska ekipa niemalże z miejsca wskoczyła do zakładki pt. “ulubione gitarki ostatnich lat”. No dobra, laurka wystawiona, tyle.

Skupmy się na tym, co dostajemy w numerze “Mr. Motivator“. A tu w zasadzie klasyczni Idles – partie instrumentalne zrobione przez ludzi, którzy w młodości nasłuchali się sporo Sleaford Mods, to raz. Talbot podpierający się prowokacyjnymi skojarzeniami? Też jest. Swoją drogą ten chłop odwalił tu coś naprawdę niesamowitego. Umieścić w tekście do jednego numeru, uwaga: Kathleen Hannę, Conora McGregora, Fridę Kahlo, Trumpa i Flavor Flave’a? Jak widać się da. W sumie jest też całkiem przebojowo, kawałek chwyta, nawet do radia spoko. Osobną kwestię stanowi klip, i tutaj celowo nie rzucam żadnych spoilerów, sprawdźcie sami. Liczba smaczków do wyłapania jest naprawdę spora, pewnie samemu niejeden zdarzyło mi się pominąć. Także no, dajemy okejkę i czekamy na nowy album.