Hewra: NØ KOLOR

Nie od dziś wiadomo, że w uniwersum Hewry świat płynie w zupełnie innym trybie, niż dla reszty śmiertelników. Chociaż w ciągu ostatnich dwóch miesięcy z powodu panującej epidemii nie odbył się w Polsce żaden koncert, to dla warszawskiego kolektywu niewiele to zmieniło, bo koncertowanie na większą skalę zaczęli dopiero w zeszłym roku. Ich głównym medium były i są (jak widać – wciąż będą) teledyski. Nie inaczej ma się sprawa z “NØ KOLOR“. W najnowszym utworze, tak jak w poprzednich, Hewra pokazuje, że w ich przypadku forma jest nierozerwalna od treści, jednocześnie sama się tą treścią stając. W końcu cały kult wyrosły wokół grupy raperów nie bierze się jedynie z muzyki, która z każdym kolejnym numerem pozostawia resztę polskiej sceny w tyle o lata świetlne. Ten kult to zasługa spójnej wizji estetycznej, którą udaje im się konsekwentnie realizować od dobrych paru lat. Poczynając od graffiti, poprzez teledyski, sprzedawanie kominiarek w ramach merchu, a kończąc na muzyce i takich zabiegach jak wrzucanie zajawek kolejnych utworów jako nieodłącznej części ich premiery (wszystko wskazuje na to, że następny numer będzie wykorzystywał “White Wedding” Billy’ego Idola).

Nowy numer warszawskiego składu to mroczny, narkotyczny psychorap (do tego po raz pierwszy w całości z angielskim tekstem) w najlepszym wydaniu, przywołujący na myśl „Tonie Majami”. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z mniej agresywnym, bardziej hipnotycznym beatem, który razem z przewijającymi się w tle syrenami policyjnymi i synthem rodem z 80. tworzą niepowtarzalny klimat, który wiezie nas przez prawie 6 minut.

Hewra pozostaje underglebą, ale dobrze wiedzieć, że bracia graficiarze radzą sobie z kwarantanną. Niewykluczone jednak, że w ich uniwersum nigdy się nie wydarzyła, albo już dawno miała miejsce. Być może czasem lepiej pozostawać w cieniu, zwłaszcza jeśli to materia, z której się tworzy. W końcu najciekawsza muzyka, podobnie jak graffiti, powstaje pod osłoną nocy.