Gorillaz: Momentary Bliss (feat. slowthai & Slaves)

Gdybym mógł cofnąć się w czasie i palnąć siebie samego w durny łeb za napisanie zbyt entuzjastycznej recenzji The Now Now, którą wrzuciliśmy do ZP#59, to bym to zrobił. Wiecie, ile razy przesłuchałem tę płytę? Raz, na potrzeby tamtego tekstu, bo później już nawet nie czułem potrzeby. Z perspektywy czasu uważam ostatni longplej Gorillaz za jeszcze gorszy od Humanz, bo o ile Humanz było niesamowicie nierówne, o tyle kilka kawałków pamiętam i ciepło wspominam. Co pamiętam z The Now Now? Nic. Nawet pojedynczej linijki. To jest po prostu mętny album i aż ciężko mi uwierzyć, że nie został wydany tylko i wyłącznie wskutek presji wywieranej przez fanów.

To nie tak, że chcę narzekać, ale niestety muszę, bo rozumiem ludzi, dla których Gorillaz z okresu 2001-2010 (wróć, w 2012 było jeszcze „DoYaThing”) jest synonimem wszystkiego co w muzyce dobre. Rozumiem też wygórowane oczekiwania – Albarn nie jest byle żółtodziobem, więc sygnowanie dwóch średniaków swoim nazwiskiem zakrawa o szaleństwo i słusznie budzi konsternację. Całe szczęście jednak wszystko w końcu idzie w dobrą stronę. Gorillaz nagrali kawałek z dwoma artystami, którzy w goryli styl wpisują się fantastycznie. Tu się dzieje punk, do diabła. Slaves grają, slowthai nawija, Murdoc rzyga i wszystko to brzmi tak, jak kiedyś, a jednak jest nowe, a jednak świeże. Zakładając, że pozostałe owoce projektu Song Machine (o którym na razie wiadomo za mało) będą smakować równie słodko, to wszyscy skończymy upojeni. „Momentary Bliss”, humor poprawiony.