David Bowie – Blackstar

Z niezwykłym trudem przyszło mi rozpocząć rzeczową analizę tego konkretnego albumu. Logiczne myślenie i jego wyniki – jakakolwiek krytyka i w miarę obiektywna, pseudo- uniwersalna interpretacja nie chcą przychodzić do głowy, która wciąż wypiera samą przyczynę tego wszystkiego. Osoba, która wzbudzała we mnie poczucie stabilności i ładu przez samą świadomość, że chodzi po ziemi, tworzy i myśli, nagle zniknęła. Stwierdzenie, że ‘zniknęła nagle’ jest tutaj użyte z pełnym uzasadnieniem. Na to po prostu nikt nie był przygotowany, a nawet gdyby ktoś zdołał to przewidzieć, to być gotowym nie dałby rady. Stąd moja decyzja, by zamieścić to wprowadzenie, i zaznaczyć, że poniższy tekst jest tak samo recenzją, jak oddaniem należytego szacunku zmarłemu Davidowi Bowiemu.

Michał Rypel


8 stycznia 2016 światło dzienne ujrzał dwudziesty ósmy, studyjny album Davida Bowiego. Jak zawsze mocno wyczekiwany, miał on zdefiniować formę artysty po dosyć dobrym, choć pozostawiającym pewien niedosyt, The Next Day (2013). Dwa lata temu mogliśmy wysłuchać kompozycji spajających niejako muzyczne dokonania artysty, wśród których znalazły się zarówno melodie czysto rockandrollowe, jak i bardziej eksperymentalne, związane ze spuścizną new – wave. Otoczka stworzona wokół przedostatniego wydawnictwa wyjaśniała absolutnie wszystko jeżeli chodzi o jego koncepcję – konstruktywne spojrzenie za siebie, odniesienie się do kilkunastu ubiegłych lat. Stąd projekt okładki, tak samo jak i warstwa wizualna teledysków – szczególnie “Where Are We Now” i “The Stars (Are Out Tonight)”, gdzie pojawiają się m.in. motywy związane z Berlinem i postaciami Ziggy’ego Stardusta, może również Thin White Duke’a. Po tak głębokim podsumowaniu, przyszedł więc czas na kolejną płytę, za którą, jak się okazało, stała zgoła inna, znacznie głębsza myśl. Myśl opatrzona nazwą Blackstar

Każda spośród siedmiu zamieszczonych na płycie kompozycji reprezentuje sobą inne walory, przedstawia osobny punkt widzenia, inną historię. Wszystkie inaczej dozują uczucia, które w obecnej sytuacji są już bardziej rozpoznawalne, a w wielu przypadkach jednoznaczne. Merytorycznie i emocjonalnie jest to duże pole do dyskusji i dumania, natomiast muzycznie… W tym momencie pojawiają się we mnie pewne sprzeczne impulsy. Z jednej strony oczywisty perfekcjonizm i współpraca z naprawdę zdolnymi muzykami przydała całości nie lada szyku. Z drugiej natomiast, czuje się, że tu raczej nie ma to takiego znaczenia jak wyśpiewane słowa. Oczywiście to też żadna nowość, bo gdy przyglądnąć się wyrywkom dyskografii Bowiego, można wpaść na wiele takich precedensów, ale i np. na Low, które broniło się przede wszystkim kompozytorsko i producencko. Kwestia tego, gdzie autor zdecydował umiejscowić środek ciężkości.

Płytę otwiera ★ (czyt. Blackstar), czyli najdłuższa i najbardziej skomplikowana w budowie pozycja znajdująca się na tym krążku. Bez wątpienia wykorzystuje ona cały potencjał i przestrzeń, jaką daje niespełna 10 minut przeznaczonego czasu. Pierwsza część, bazująca na impulsywnym rytmie i rozmytym tle, to przede wszystkim zniekształcony i pompatyczny głos Bowiego, opowiadający apokaliptyczną wizję dnia dopełnienia, z przewijającym się motywem samotnej świecy i miasta Ormen. Mniej więcej w połowie, łagodne przejście przenosi nas do drugiej części, w której wypowiada się sam Blackstar, czyli potężna i obiecująca postać. Jego imię jak mantra powtarzane jest przez cały czas trwania tej części utworu. Następnie pojawia się jednostajne uderzanie w bębny, za którym, jeden po drugim, nastają melancholijne, nieco przygnębiające zaśpiewy wokalisty. To prowadzi nas do punktu wyjścia, czyli powrócenia do pierwszej sekwencji. Świetna realizacja tematu, na pierwszy rzut oka, rockowego, z wykorzystaniem jazzu, który dał więcej miejsca na emocjonalne skoki.

Po otwarciu, kolejno pojawiają się “Tis’ A Pity She Was A Whore”, “Lazarus” oraz “Sue (Or In a Season Of Crime). Pierwszy z nich, opublikowany jeszcze w listopadzie 2014 jako strona B wyżej wspomnianego singla “Sue …”, to utwór bardzo żywy, godzący prostotę praktycznie całej warstwy muzycznej, z przebojowością partii dętych i samej linii wokalnej Davida. Tematyka tego trudnego tekstu oscyluje zarówno wokół I Wojny Światowej, jak i XVII wieku, w którym powstała tragedia teatralna o tym samym tytule. Zadziwia wyjątkowy dobór słów, wśród których znajdziemy choćby wers: “Man, she punched me like a dude”. Innymi słowy, powiew świeżości i jedyny fragment Blackstar tak charakterystyczny przez samą warstwę dźwiękową. Ostatnia z nadmienionych w tym akapicie pozycji, (oprócz skromnej wersji 10”) wydana została na kompilacji Nothing Has Changed z 2014 roku. Jest to mocno gitarowa propozycja, zespojona transowym, dosyć ciężkim riffem i równie mocnym śpiewem, nagrana przy współpracy z orkiestrą  Marii Schneider.

Opublikowany jako drugi z kolei singiel promujący  Blackstar, czyli “Lazarus”, świetnie kontrastuje z numerem tytułowym, obok którego jest zwykle stawiany. Jego sukces polega najpewniej na przejrzystości i nieskomplikowaniu w zakresie kompozytorskim, ale również na wyjątkowym, wielowymiarowym przekazie lirycznym. Gładkie, jazzowo – eksperymentalne partie dęte i kolejny popis perkusisty to podstawa pod najbardziej emocjonalny wokal na płycie. Główne skrzypce gra jednak tekst, mówiący o obliczu śmierci, przedstawionym z perspektywy biblijnego Łazarza. Religijny motyw zostaje pociągnięty w stronę niepewności, lęku i sentymentalnego spojrzenia na przeszłość, by w końcu zmienić to w zgodę i zrozumienie.

Moment, któremu warto przyjrzeć się ze szczególną uwagą i namaszczeniem, jest “Girl Loves Me” – utwór z pozoru patetyczny i nadmuchany, jednak po przeanalizowaniu, pokazujący niesamowitą zręczność i wysmakowanie Bowiego w pisaniu tekstów oraz tworzenie wokół nich trudnej do nazwania aury. Tym razem, według wielu źródeł, artysta w procesie twórczym sięgnął zarówno do mowy ‘Nadsat’, czyli języka pojawiającego się w dziele Anthonego Burgessa pt. Mechaniczna Pomarańcza, jak również do seksualnie nacechowanego slangu ‘Polari’, znanego najbardziej w Londynie lat 70 – tych. Oczywiście po dopełnieniu się znaczenia tego wydawnictwa, najmocniej uderza wers “Where the fuck did Monday go?”. Następująca zaraz później “Dollar Days” – budująca napięcie, dość rzewna ballada, swoją budową i aranżacją skłania słuchaczy do zwolnienia tempa i wzmożonej kontemplacji. Sam tekst, jak można mniemać, dotyka motywu przeszłości, przesiewając go przez sito moralności, kariery, życia prywatnego, i dodając doń wyobrażenia pośmiertnej rzeczywistości. Dowiadujemy się jaką wagę autor przykładał do konkretnych aspektów życia.

Dzieło zamyka “I Can’t Give Everything Away”, brnące dalej w klimat zbudowany przez poprzednią melodię. Zwięzły tekst  jest w istocie epilogiem do tego albumu, przypisem scalającym znaczeniowo wszystkie wyśpiewane słowa. Uznając wszystkie pozycje jako spójną całość, patrząc przez pryzmat faktycznej śmierci Davida Bowiego, ten utwór jawi się jako wyraz ostatniej woli, pożegnania. Mocy, z jaką docierają do nas słowa tej piosenki, z pewnością dodaje nienaturalne dla takiego sygnału otoczenie – tego typu myśli zwykle werbalizuje się wśród najbliższych osób, ze względu na ich najwyższą intymność. Każdy słuchacz zostaje zatem namaszczony możliwością dotarcia do najgłębszych idei, najwierniej odpowiadających fizycznej postaci autora. Nie jest to już bowiem głos fikcyjnego podmiotu lirycznego. Ziggy zdziera z siebie kolorowy kostium, Duke zrzuca szykowny garnitur, i finalnie, Blackstar zdejmuje opaskę z oczu, zastępując puste, ślepe guziki, żywymi oczami, patrzącymi ze spokojem i ludzkim zrozumieniem na to, co ma nadejść.