Baby Meelo – The Greatest Misses / recenzja

Najnowsza płyta zdobiąca coraz bogatszy katalog labelu Polish Juke to pierwszy długogrający album związanego z wrocławskim kolektywem regime Baby Meelo. Materiał kształtował się spokojnie przez ostatnie kilka lat, w trakcie których Kamil Matyja zdążył wydać EP-ki Milky Wayz i Monday Shrink Schedule, a także zagrać na najbardziej znaczących na świecie festiwalach prezentujących połamaną, eksperymentalną muzykę taneczną, takich jak Unsound czy Nyege Nyege.

W międzyczasie Baby Meelo odznaczył się też solidnie nie tylko na wrocławskiej, ale w zasadzie na ogólnopolskiej scenie klubowej, prezentując niejednokrotnie swoje połamane sety pełne przekroju basowej muzyki tanecznej z całego świata, od Chicago po Londyn, zahaczając przy tym po drodze o Nowy Jork. W efekcie otrzymaliśmy zbiór muzycznych zajawek producenta, które przełożyły się na świetny, niesamowicie eklektyczny album, pełen nieoczywistych, ciekawych pomysłów, który nie raz porwie Was do tańca. Albo przynajmniej do nieskoordynowanych ruchów głową, próbującą odnaleźć się w tych połamanych realiach.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po pierwszym przesłuchaniu The Greatest Misses? Ile tutaj się dzieje!

Baby Meelo tradycyjnie dla siebie porusza się w breakowej, odwołującej się do tradycji footworku rytmice, sięgając przy tym niejednokrotnie po brytyjską muzykę klubową, a nawet future bass. To wszystko niczym gęsty dym oplata oczywiście duch najntisowego hip-hopu, który zawsze stanowił integralną część zarówno selekcji jak i produkcji Kamilo. Myślicie, że nic Was tu raczej nie zaskoczy? Polecam w takim razie sprawdzić na przykład wykorzystanie jazzowego sampla jednego z utworów Andrzeja Kurylewicza z lat 60-tych w wybitnie tanecznym “Don’t Turn Away”. Takich smaczków znajdziecie na całej płycie mnóstwo, a odkrywanie ich sprawia autentyczną przyjemność i radochę. Tak, polski jazz z lat 60, 70 i 80-tych też jest tu obecny.

No właśnie, skoro poruszyłem już temat „taneczności”. Poprzednie nagrania Baby Meelo dla sporej grupy osób, zwłaszcza słabiej zaznajomionej z połamaną rytmiką, raczej nie stanowią synonimu podbijania parkietów.

Na The Greatest Misses wkradło się jednak naprawdę dużo zwykłej przebojowości. Ta momentami wpada wręcz w piosenkowość i sprawia, że słuchanie tego materiału na sztywno, siedząc w miejscu, staje zadaniem na granicy wykonalności. Oczywiście z korzyścią dla całego materiału, bo nie traci on na tym ani trochę ze swojego charakteru i unikalności. Pierwszy z brzegu, oczywisty przykład? Singlowy, przygotowany wspólnie z Rhythm Baboonem “Vices, Part II”. Mniej oczywisty? “B.O.D.I.E.” (w którym palce maczał Suwal) czy “Work”. Skoro wspomniałem już o dwójce gości, warto dodać, że przez cały album przewija się ich sporo. Każdy robi świetną robotę, wkładając w utwory cząstkę siebie – wspomnijmy choćby o featach z DJ Emoji Face, Naphtą czy PZG.

Nie brakuje tu też oczywiście bardziej eksperymentalnych, lekko pociętych, odwołujących się mocniej do hip-hopowej spuścizny utworów. “R.I.P Ras G” czy “U A (High Off…)” na luzie mogłyby trafić na przykład na ostatnie wydawnictwa Earla Sweatshirta.

To wszystko pokazuje nam z jak dopracowanym, zróżnicowanym, przemyślanym i przede wszystkim nieustająco ciekawym materiałem mamy tutaj do czynienia. Słuchając The Greatest Misses nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to płyta ziomka, który kocha muzykę, którą tworzy. Kocha ją nagrywać, kocha ją grać i co najważniejsze, sprawia mu to po prostu zajebiście dużo frajdy i radości. Nie nazwę tego albumu listem miłosnym do tanecznej muzyki basowej, hip-hopu z lat 90-tych czy polskiego jazzu sprzed kilku dekad. Z jednego powodu: bardzo nie lubię używać tego zwrotu. Poza tym wszystko się zgadza. Baby Meelo wysmażył jeden z najciekawszych tanecznych materiałów nad Wisłą (chociaż w tym przypadku bardziej nad Odrą) w ostatnich miesiącach. Na kolejny taki z pewnością przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.