Zeszły Piątek #76: Friendly Fires, Barker, JPEGMAFIA i inni

W ramach Zeszłego Piątku przedstawiamy zwięzłe spojrzenie na świeże wydawnictwa, które z rozmaitych powodów uznaliśmy za interesujące. Subiektywny radar premier w (nie)regularnej formule.

Friendly Fires – Inflorescent

Wytwórnia: Polydor
Gatunek: dance pop / nu disco
Długość: 44 min

Śmieszna sprawa, bo po ośmiu latach oczekiwania na kolejny długogrający album brytyjskich królów melodii uświadomiłem sobie, że… tak naprawdę wcale na niego, w sensie konkretnie na a l b u m, nie czekałem. Od razu wyjaśniam – Friendly Fires uwielbiam od zawsze, koncert załogi Eda Macfarlane’a mam gdzieś bardzo wysoko zaznaczony na liście niezrealizowanych muzycznych planów, a zapowiadający rzeczoną płytę numer “Heaven Let Me In” uważam za jeden z absolutnie ulubionych singli 2018. I chyba właśnie o to chodzi, że mamy do czynienia z zespołem singlowym. Jeśli potraktujecie Inflorescent jako zbiór luźnych, niepowiązanych ze sobą, ultra tanecznych piosenek, to niemal każda może dać Wam wiele radości. Najfajniejsze z nich znamy już od jakiegoś czasu, ale nie ma po co się tym przejmować. A w poszukiwaniu przyjemności obcowania z longplayem sensu stricte lepiej rozejrzeć się za innymi pozycjami. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Heaven Let Me In”, “Silhouettes”, “Love Like Waves”


JPEGMAFIA – All My Heroes Are Cornballs

Wytwórnia: EQT
Gatunek: ugryźmy to powierzchownie – eksperymentalny hip-hop
Długość: 45 min

You think you know me.

Don’t get me wrong, Veteran ma w moim sercu szczególna przegródkę, w 2018 forsowałem go gdzie się dało, ale All My Heroes Are Cornballs robi to wszystko jeszcze lepiej. Sprawniej. Pewniej. Spokojniej, ale wystarczająco odważnie. Hałaśliwie, ale kojąco. Z tonami beat switchy, ale lepiej wtopionymi w większe formy. Z samplowymi eksperymentami na każdym kroku, ale mniej męczącymi. Z większą dbałością o utrzymanie śladu piosenkowych form, mniej lub bardziej wyeksponowanych. Z jeszcze lepszą soniczną reprezentacją (post?)ironicznej i memicznej, rozciągliwej kultury internetu. Z naturalnym rozwinięciem hiper-nowoczesnej kreacji. W końcu z Peggym chyba jeszcze pewniejszym swojej osobowości i tego, ile z niej chce wlewać w utwory. No i jak Tarantino w “Once Upon a Time…” konsekwentnie forsował fetysz, tak i tutaj romans z Edgem i WWE ma swój dalszy ciąg – trudno nie docenić. – M. Drohobycki

Najlepsze utwory (poza singlami): “Kenan Vs. Kel”, “Papi I Missed U”, “Grimy Waifu”


Earthgang – Mirrorland

Wytwórnia: Dreamville / Interscope
Gatunek: southern rap
Długość: 55 min

To właśnie nowy album duetu z Atlanty wydany dla wytwórni J. Cole’a miał potwierdzić, czy słusznie EarthGang okrzyknięto nowym Outkastem. Nie ukrywam, miłym byłoby, gdyby w końcu ukazali nam się jacyś spadkobiercy i kontynuatorzy spuścizny tego legendarnego rap duo. Jednakże Mirrorland przynosi nam nieco inny obraz. Obraz ludzi, którzy biorąc pod uwagę ogromne wyczekiwanie na ten krążek i pomimo ogromu czasu, jaki spędzili na procesie twórczym, nie stanęli na wysokości zadania. Wydawnictwo to generalnie nie porywa, nie mówiąc o jakiś zaskoczeniach czy niespodziankach. No bo jak inaczej opisać album, na którym najmocniejsze punkty to single, które znamy już od jakiegoś czasu i które zaostrzyły chyba nie tylko mój apetyt? Niestety, podobnie jak spora część z Was musiałem obejść się smakiem. Większość tracklisty pomimo niechlujnej (może takie było założenie?) i surowej produkcji to przyzwoite utwory, jednakże nic ponadto. Jeżeli jesteście zaznajomieni z ich dotychczasową twórczością, to nie traćcie czasu w natłoku ostatnich premier na Mirrorland, natomiast tych z Was, którzy o EarthGang dowiedzieliście się z tego tekstu — give them a shot, w końcu “Up” czy “Proud Of U” to naprawdę porządne bangery. Być może na kolejnym wydawnictwie ukształtują i dopracują do końca unikalny soulowo-rapowy styl i tym samym potwierdzą swój niewątpliwy potencjał. Czekamy na więcej. – M. Ochojski

Najlepsze utwory: “Stuck”, “Tequila”, “Bank”


Sampa the Great – The Return

Wytwórnia: Ninja Tune
Gatunek: jazz rap
Długość: 77 min

Dobra, nie ma co gadać, nie każdy może sobie pozwolić na wydawanie debiutanckiego LP w Ninja Tune. Pochodząca z Zambii australijska artystka jak widać może, no i shiet, jakie to jest zajebiste! Wyobraźcie sobie, że Erykah Badu, Fela Kuti i Q-Tip spotykają się w 2019 roku, zaprzyjaźniają, wyjeżdżają do Afryki i postanawiają razem robić muzykę. Mniej więcej tak brzmi The Return, przy czym do powyższego miksu dorzucamy tonę charyzmy i lirycznej wrażliwości autorki. Konkurencja jest naprawdę spora, ale mamy do czynienia z jednym z najlepszych okołorapowych wydawnictw ostatnich miesięcy, które mimo swojej znacznej objętości zapewnia czystą radość ze słuchania, od początku do końca. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: wszystkie single były super, ale docenimy inne pozycje – “Mwana”, “Diamond in the Ruff”, “Leading Us Home”


Eye Flys – Context

Wytwórnia: Thrill Jockey
Gatunek: głośno
Długość: 13 min

Dawać mi tu wściekłą płytę. Wściekłą, powiedziałem. Nie żadne tam Tomb Moldy rozpisane na 40 minut. Wściekła płyta jest krótka, brzmi jak nagrana w piwnicy i jest stworzona przez ludzi wkurzonych 24/7. Ha, prawie się nabraliście. Nikt czegoś takiego w 2019 roku przecież nie wyda. Dobra, może oprócz Full of Hell, tyle, że oni wypuścili już jeden z albumów roku, więc odpadają. Ale wiecie co by było super? Jakby gitarzysta Full of Hell miał swój własny projekt, czteroosobowy, powiedzmy, taki bardziej noise rockowy, mniej hardcore punka, ale jednak z takim, wiecie, hardcore’owym kopem. Muzyka brudna, głośna, co tam się jeszcze napatoczy. Teksty – o tym, że z dzisiejszym światem jest dużo nie tak. Brzmi nieźle. O, a nazwę mogliby wziąć od tytułu piosenki Melvins.

Zaraz, ale jak to? To takie coś istnieje? – P. Ćwikliński

Najlepsze utwory: „Stems”, „Dosed”… kurde, wszystkie


Sandy (Alex G) – House of Sugar

Wytwórnia: Domino
Gatunek: indie pop/folk z domieszką różnych-dziwnych-pomysłów
Długość: 37 min

That boy needs… consistency. Lata mijają, a dyskusja wokół albumów Alexa G w zasadzie mogłaby zamykać się w kilku podobnych zdaniach. Z jego formą na dystansie longplayowym jest trochę jak ze schyłkowym Rogerem Federerem: część turniejów gra na pół gwizdka („In My Arms”, „SugarHouse”), część całkowicie odpuszcza („Project 2”), ale gdy zbierze siły, to w kluczowych momentach udowadnia swoją wielkość („Gretel” czy „Hope”). Rozregulowanej jakościowo tracklisty nie zmieniło też mniej eksperymentalne podejście, niż w przypadku Rocket, choć i tu trudno mówić o klasycznej songwriterskiej formule. Alex miesza w jednym kotle indie folkowy fundament (z dużo bardziej osobistymi, ale jednak plastycznymi tekstami), psychodeliczne wtrącenia i stopień przetwarzania wokali niekoniecznie tożsamy z prawidłami gatunku. No i cholera, po raz kolejny robi to do tego stopnia naturalnie, że nic tu nie zgrzyta z powodu niedopasowania elementów. Gdyby nie chwile producencko-songwriterskiego rozprężenia, to mielibyśmy do czynienia z klasykiem dekady. Giannascoli pracuje na miano wiecznego (choć po części spełnionego) talentu. – M. Drohobycki

Najlepsze utwory: “Gretel”, “Hope”, “Southern Sky”


Mahalia – Love and Compromise

Wytwórnia: Asylum
Gatunek: contemporary R&B
Długość: 43 min

21-letnia wokalistka z Leicester jakiś czas temu za sprawą singla “Sober” trafiła do mojej playlisty jak, nie przymierzając, Jamie Vardy do bramki przeciwnika. Dziewczyna ma zresztą z sympatycznym angielskim napastnikiem poza miejscem zamieszkania jeszcze jeden wspólny mianownik – wąską, konkretną specjalizację. Vardy szybko biega, strzela gole i nic poza tym, a Mahalia pisze ładne, emocjonalne numery o miłości. Takie numery, które raczej Waszego życia nie zmienią, historii muzyki tym bardziej, ale bez trudu mogą sprawić, że jesienne wieczory będą wydawać się jakieś cieplejsze i przyjemniejsze. Love and Compromise to nie jest płyta na mistrzostwo, bardziej na solidną górną połówkę tabeli, ale może kiedyś? Wszak końcowego triumfu Lisów z Leicester kilka lat temu mało kto się spodziewał. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “I Wish I Missed My Ex”, “Simmer”, “Square 1”


SiR – Chasing Summer

Wytwórnia: Top Dawg Entertainment
Gatunek: neo soul
Długość: 45 min

Teza: w labelu Top Dawg Entertainment nie wydaje się słabych płyt. Wszystkie te, które macierzysta wytwórnia choćby Kendricka Lamara wypuszcza, podpadają pod jeden z trzech typów – wybitne, bardzo dobre i porządne. Chasing Summer, album reprezentujący tę łagodniejszą, soulową twarz TDE, oscyluje gdzieś pomiędzy dwiema ostatnimi kategoriami. Tytuł zresztą doskonale oddaje charakter materiału, będącego zbiorem romantycznych kawałków kojarzących się właśnie z tymi ostatnimi promieniami letniego słońca, wiecie co jest. Na plus prześliczna, emocjonalna liryka, i chociaż dość jednostajna całość nie powala na kolana, tak pojedyncze strzały z pewnością są w stanie zostać ze słuchaczem na dłużej. W moim przypadku jest tak nie tylko z singlowym “Hair Down”, ale też cudownym “New Sky”, nie bez podtekstu kojarzącym się z tym klasyczkiem Isaiaha Rashada. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Hair Down”, “You Can’t Save Me”, “New Sky”


Barker – Utility

Wytwórnia: Ostgut Ton
Gatunek: ambient techno
Długość: 43 min

O tym, jakie zamieszanie wywołała EP Debiasing Barkera w poprzednim roku, pisałem ostatnio przy okazji najlepszych miksów wakacji. Przypomnę więc tylko, że poziomem tego wydawnictwa i oryginalnym stylem kompozycji, które najprościej można by określić jako IDMowe techno z soczystymi, kolorowymi arpeggiami, a przy tym pozbawione bitów, producent rozbudził mocno apetyt muzycznej krytyki na swój długogrający solowy album. I co warto zaznaczyć na wstępie, każdy kto miał wysokie oczekiwania nie powinien się czuć zawiedziony. Mamy do czynienia z rozwinięciem wspomnianej wcześniej EP-ki. Albumem, który korzystając z materii techno jest nie tylko solidnym wydawnictwem w ramach gatunku, ale przy okazji również udaną próbą jego reinterpretacji. Po raz kolejny zachwyca pomysłowa produkcja, która udowadnia, że źródłem dynamiki w utworach o tanecznym charakterze nie musi być wcale perkusyjna stopa i hi hat, a odpowiednio modulowane kaskady dźwięków mogą nadać utworom niespotykanej wręcz werwy. Warto też wspomnieć, że jeszcze lepiej metoda Barkera sprawdza się w płynnym miksie, jak we wspomnianym w najlepszych miksach wakacji podcaście dla Fact. W ogólnym rozrachunku płyta sprawia jednak ogrom szczęścia, a ilość wysokiej jakości zdecydowanie przewyższa momenty mniej porywające. Dodatkowy plus przyznaje Barkerowi za koncept. Jak sama nazwa wskazuje, album powinien nieść ze sobą “użyteczność”. Tytułami poszczególnych kompozycji, a przede wszystkim cybernetycznym, a przy tym radosnym charakterem muzyki, autor sugeruje wizję wykorzystania technologii i maszyn w pozytywnym kontekście. Jakkolwiek taka idea może brzmieć utopijnie, a przy tym na swój sposób banalnie, uważam, że w obliczu ogromnej większości wydawnictw w obrębie techno, oscylujących atmosferą wokół tematów mrocznych i brutalnych, to miła odmiana. – D. Durlak

Najlepsze utwory: “Hedonic treadmil”, “Posmean”, “Die-hards of the darwninian order”


Kali Malone – The Sacrificial Code

Wytwórnia: iDEAL
Gatunek: drone
Długość: 106 min

Ten album to prawie dwie godziny muzyki sakralnej zagranej wyłącznie na organach. Myślę, że wielu osobom, nawet tym co bardziej wkręconym w muzykę z pogranicza ambientu, drone’u i klasyki, takie określenie może się jawić jako zaproszenie do krainy snu. Uwaga, w tym szaleństwie jednak jest metoda! Kali Malone, skandynawska reprezentantka współczesnego minimalizmu, zaprasza nas do krainy dźwięków, może nieco niedzisiejszej, ale przy tym na wskroś przejmującej. Prześlizgującej się po różnego rodzaju emocjach z wielkim wyczuciem. Niekiedy wprowadza nas w stan transowego zagłębienia w dronowych strukturach, zdarza się także, że serwuje uczucia niepokojące, najczęściej sięga jednak po oszczędną w dźwięki, ale bogatą w emocję, medytacyjną melancholię. Co prawda ciężko jest to połknąć za jednym razem, ale i tak pomimo długiego czasu słuchania album nie nuży i wciąga. Mocno rozciągnięte czasowo, często powtarzalne sekwencje dźwięków pozwalają natomiast zagłębić się w rezonującym na wiele sposobów przebogatym brzmieniu organów. Na koniec dodam tylko, abyście zważali na swój stan psychiczny podczas odsłuchu. Osobom co bardziej wrażliwym to wydawnictwo może pomóc zatopić się w bezkresie melancholii. Posmucić się jednak przy takiej muzyce to doświadczenie bolesne, ale jakże piękne. – D. Durlak

Najlepsze utwory: “Spectacle of ritual”, “Rose wreath crown (For CW)”, “Glory Canon III”


Tool – Fear Inoculum

Wytwórnia: Tool Dissectional / Volcano Entertainment / RCA Records
Gatunek: metal progresywny
Długość: 86 min

Jeśli niegdyś w swoim życiu nie załapaliście się na podjarkę Toolem, to na wstępie zaznaczam – nowa płyta tego nie zmieni. A wynika to z tego, że Tool anno domini 2019 to swoista podróż w czasie i ekstrakt z dyskografii zespołu. Po 13 latach dalej mamy do czynienia z rozlanymi gitarami nawiązującymi brzmieniem do stoner rocka, perkusistą szalejącym po całym zestawie bębnów, bębenków i talerzy, wybijającym się często na pierwszy plan dynamicznym basem i wokalistą, który w odróżnieniu do wielu metalowych krzykaczy naprawdę śpiewa. I to śpiewa czysto i melodyjnie, co warto dodać. Brak zaskoczeń nie jest w tym przypadku wadą, mamy do czynienia z zespołem, który zawsze na tle metalowej sceny i tak wybijał się chęcią do eksperymentowania i wykraczał w pewien sposób poza ramy gatunku. Szkopuł jedynie w tym, że do osiągnięcia poziomu poprzednich wydawnictw zabrakło moim zdaniem kwartetowi nieco… skromności i odwagi wyjścia poza swoją strefę komfortu. Objawia się to tym, iż przy długości kompozycji na średnim poziomie 10 minut i czasie trwania płyty na poziomie grubo ponad godziny daje się odczuć momenty nieco nudne. Niemalże każdy numer (nie licząc ambientowych poniekąd miniatur) charakteryzuje się wyraźnym intrem, rozwinięciem, przełamaniem i monumentalnym zazwyczaj zakończeniem. Ale kiedy utwory dochodzą do momentów, w którym prym wiodą instrumentaliści (a w szczególności, ku mojemu ubolewaniu, gitarzysta Adam Jones), to słychać, że niekiedy pomysły na solowe partie bywają nieco wtórne wobec tego co mieliśmy okazję usłyszeć na Lateralus, czy też Aenimie. Daje się też odczuć, że wprowadzenie większej ilości elektroniki lub też odejście od wspomnianego powyżej schematu kompozycyjnego mogłoby te kompozycje ubarwić. A co ciekawe, na wspomnianych wcześniej płytach mamy więcej i elektroniki, i kompozycyjnego szaleństwa, a mówimy tu o wydawnictwach sprzed kolejno 18 i 23 lat! Żeby jednak Was nie zniechęcić, dodam, że to nie jest zły album. Jest dobrze, w niektórych momentach nawet świetnie, ale niekoniecznie na miarę wygórowanych oczekiwań. – D. Durlak

Najlepsze utwory: “Pneuma”, “Descending”, “Chocolate chip trip”