kero-kero-bonito-time-n-placeKero Kero Bonito – Time ‘n’ Place

Wytwórnia: Polyvinyl Record Co.
Gatunek: twee/noise/dream pop
Długość: 33 min

Spójniejsza, zadziorniejsza, odważniejsza – druga długogrająca płyta londyńskiego trio pod każdym względem przewyższa w moich oczach swoją poprzedniczkę. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, żeby Bonito Generation było złym albumem, ale jego odsłuchiwanie było dla mnie trochę jak wyjadanie po kryjomu Nutelli łyżką ze słoika – niby jest słodko i przyjemnie, ale po jakimś czasie robi Ci się po prostu niedobrze i musisz przestać. Z tego powodu bardzo ucieszył mnie kierunek jaki zespół obrał na EP-ce TOTEP, gdzie cukierkowe, J-popowe inspiracje ustąpiły trochę miejsca indie popowym gitarom z noise’owymi naleciałościami i eksperymentalnymi smaczkami – do tej pory pamiętam jak powaliła mnie z nóg druga połowa „Only Acting” (który to utwór zresztą znalazł dla siebie miejsce również na najnowszym wydawnictwie zespołu). Time ‘n’ Place w pewnym sensie łączy oba te kierunki w jedną, spójną całość. I robi to niezwykle dobrze. Nowy krążek Kero Kero Bonito wciąż jest uroczy i przyjemny, ale kiedy trzeba potrafi też ugryźć bądź na chwilę zwolnić, dzięki czemu słuchając go nie doznamy uczucia przesłodzenia, o którym wspominałem wcześniej. Najlepszymi tego przykładami są mocno gitarowe „Outside”, dream popowe „Dump” czy hałaśliwe „Rest Stop” zamykające płytę. Nie każdemu z pewnością spodobają się te zmiany w brzmieniu Brytyjczyków, ale jedno trzeba im przyznać – nie boją się eksplorować w swojej muzyce nowych obszarów i mam nadzieję, że jeszcze niejednokrotnie zaskoczą nas czymś w przyszłości. – Z. Słodkowski

Najlepsze utwory: “Outside”, “Only Acting”, “If I’d Known”


Project 0Chester Watson – Project 0

Wytwórnia: POW Recordings
Gatunek: abstract/jazz rap
Długość: 27 min

O ile bardzo ucieszył mnie – powolny, bo powolny, ale jednak – wzrost rozpoznawalności Loyle’a Carnera czy (zwłaszcza) Rejjiego Snowa, tak wbity w mainstream Chestera Watsona próżno na razie wypatrywać, a szkoda. Project 0 to kolejne wydawnictwo Amerykanina, któremu należy się uwaga. Mamy tu kawał diablo klimatycznego, storytellingowego rapu, gdzie w spowitych oparami dymu beatach słychać, że raper z Florydy lubił posłuchać sobie chyba każdego projektu Ishmaela Butlera i robił to często. Kapitalna płyta na nocny, jesienny spacer po mieście, i to raczej nie w tych najbardziej oświetlonych dzielnicach. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Long Story Short; Life”, “Topanga”, “Oblivion”


behemoth-i-loved-you-at-your-darkestBehemoth – I Loved You at Your Darkest

Wytwórnia: Nuclear Blast
Gatunek: death metal / black metal
Długość: 46 min

The Satanist z 2014 roku to płyta, której polska scena metalowa potrzebowała. Przede wszystkim, jest materiałem nagranym po prostu doskonale – kunsztownie (ta szorstkość riffów, ten mocarny sound!), a zarazem tak agresywnie (ta perkusja, to darcie ryja!), że aż całym domostwem trzęsie. Z racji zaś na to, że Behemoth jest naszym towarem eksportowym, album trafił pod strzechy ludzi zza wielkiej wody szybciej niż np. ocierające się o geniusz With Hearts Toward None Mgły i z miejsca zachwycił publiczność. Rzeczą zrozumiałą jest więc, że zespół postanowił stworzyć kontynuację swojego dotychczas największego osiągnięcia. Nergal i spóła postawili na brzmieniowe podobieństwo i mile kojarzącą się z warstwą wizualną poprzedniej płyty okładkową stylówę. W skrócie: jest naprawdę nieźle, ta muzyka dalej daje mnóstwo radochy, ale jednak coś tutaj ewidentnie nie siadło. Największą winę ponosi naturalna chęć ponownego spenetrowania wcześniej (w tym wypadku na The Satanist) odkrytego gruntu, która tutaj objawia się nazbyt często. I Loved You at Your Darkest to powrót na teren, który już raz się odwiedziło i przemierzyło wzdłuż i wszerz, ale mimo wszystko chce się go obadać ponownie. No bo kto wie, może coś jeszcze uda się na nim znaleźć? Niestety, Behemoth wrócił, gdzie chciał, ale nie znalazł zbyt wielu wartych uwagi nowości. Dobry album, ale następny taki krok i, zamiast wzbić się powietrze (czego z całego serca chłopakom życzę), zespół efektownie się potknie. – P. Ćwikliński

Najlepsze utwory: “Ecclesia Catholica Diabolica”, “Sabbath Mater”


kikagaku-moyo-masana-templesKikagaku Moyo – Masana Temples

Wytwórnia: Guruguru Brain
Gatunek: rock psychodeliczny
Długość: 40 min

Czwarty album Japończyków to taka muzyczna wędrówka – pełna niespodzianek, wybojów i pułapek ale jednocześnie niezwykle satysfakcjonująca. Podróż zaczyna się bardzo mistycznie – album otwierają dźwięki sitaru w „Entrance”, który to utwór przenosi nas do pachnącej kadzidłami świątyni, by za chwilę całkowicie zmienić kierunek uderzając funkowymi gitarami w „Dripping Sun”. Łagodna, bardzo spokojna melodia i kojący wokal w „Nazo Nazo” sprawi, że każdy fan grupy poczuje się jak w domu. Akcja znowu przyśpiesza w „Fluffy Kosmisch”, kiedy to wędrówka nieoczekiwanie zmienia się w kosmiczną podróż, by znów powrócić na ziemię w „Amayadori”. To chwila, kiedy zmęczonego wędrowca dopada deszcz i ma krótki moment na odpoczynek przed najbardziej intensywnym i elektryzującym momentem na swojej drodze – „Gatherings”. To psychodeliczny rock w najczystszej (albo najbrudniejszej?) postaci. Ostatnim przystankiem na drodze jest folkowy „Blanket Song”. To ta scena, w której strudzony podróżnik dociera szczęśliwie do celu i z sentymentem wspomina przebytą drogę. Spójrzcie tylko na tę przepiękną, baśniową okładkę, pełną jaskrawych kolorów i mistycznych stworzeń. A później odpalcie Masana Temples i sami zanurzcie się w tym świecie, chociaż na te 40 minut. Nie pożałujecie. – Z. Słodkowski

Najlepsze utwory: “Dripping Sun”, “Nazo Nazo”, “Blanket Song”


the lost tapesGhostface Killah – The Lost Tapes

Wytwórnia: X-Ray Records
Gatunek: truskul
Długość: 42 min

Filar Wu-Tang Clan powrócił z wyprodukowanym przez siebie w całości materiałem, którego odsłuch totalnie przenosi w klimat eastcoastowego rap uniwersum końcówki lat 90-tych. The Lost Tapes nie przynoszą absolutnie nic odkrywczego, ale w zasadzie co z tego, skoro buja od początku do końca? Poza będącym tu niekwestionowanym królem imprezy gospodarzem, usłyszymy także masę naprawdę udanych gościnek – w tych rolach choćby Big Daddy Kane, Raekwon czy Snoop Dogg. To nie jest odcinanie kuponów, to naprawdę udany materiał, którym zwłaszcza fani staroszkolnych brzmień zza oceanu będą zachwyceni. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Buckingham Palace”, “Done It Again”, “I Think I Saw A Ghost”


 

atmosphere-mi-vida-localAtmosphere – Mi Vida Local

Wytwórnia: Rhymesayers Entertainment
Gatunek: nie tak bardzo truskul jak Ghostface, ale też mocno
Długość: 49 min

Zawsze trochę współczułem Slugowi i Antowi, bo ten działający od niemal 30 lat klasyczny duet raper-producent nigdy nie doczekał się stuprocentowego praise’u. Nawet nieodżałowane God Loves Ugly, w środowisku płyta wręcz kultowa – no na czołówkach rankingów kanonu rapu przełomu wieków występuje rzadko. Później zaś panowie mocno spuścili z tonu jeśli chodzi o jakość kolejnych produkcji. Miło więc stwierdzić, że Mi Vida Local to zdecydowanie najlepszy album Atmosphere od dekady. Abstrakcyjna liryka Sluga brzmi tutaj jakby podszyta niepokojem, podskórnym zdenerwowaniem, co czyni ją po prostu ciekawszą, zarazem jednak mocno depresyjną. Po przebiciu się przez całą negatywną otoczkę otrzymujemy jednak kawał dobrej, rapowej płyty, która z każdym kolejnym odsłuchem rośnie.

Najlepsze utwory: “Stopwatch”, “Drown”, “Randy Mosh”