milo buddingMilo ‎– budding ornithologists are weary of tired analogies

Wytwórnia: Ruby Yacht
Gatunek: abstract hip-hop / jazz rap
Długość: 38 min

Milo przeżywa ostatnimi czasy naprawdę płodny okres – na początku roku ukazał się album Sovereign Nose of (Y)our Arrogant Face Scallops Hotel, pobocznego projektu artysty, a zaledwie dwa miesiące temu wspólnie z Elucidem wydał krążek pod szyldem Nostrum Grocers. Jak broni się jego najnowsze, solowe dzieło? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zacznę od tego, że jestem ogromnym fanem So The Flies Don’t Come z 2015 roku i nie do końca podoba mi się kierunek jaki obrał raper w późniejszym czasie. Ubiegłoroczny Who Told You To Think??!!?!?!?! był wciąż całkiem przyzwoitym albumem, ale wydał mi się nieco zbyt zblazowany i pretensjonalny by całkowicie zawładnąć moim sercem. budding ornithologists are weary of tired analogies podąża wytyczoną wcześniej ścieżką, broni się jednak lepiej od swojego poprzednika. Milo jak zwykle zalewa nas wyszukanymi frazami, odniesieniami do filozofii i politycznymi komentarzami płynącymi leniwie po mocno jazzujących bitach (moją szczególną uwagę zwrócił ten ze „stet”), ale zdarza mu się od czasu do czasu zarapować coś pomysłowego. Album z pewnością przypadnie do gustu fanom jego ostatnich poczynań, obawiam się jednak, że nikt inny nie zwróci na niego większej uwagi. Brakuje mi tu jakiegokolwiek powiewu świeżości, czegoś co wyróżniałoby tę płytę na tle innych abstract-rapowych krążków, których w tym roku mamy naprawdę sporo. No właśnie – może odczuwam po prostu lekki przesyt muzyką Amerykanina. Wolałbym, żeby na trochę dał nam od siebie odpocząć i wrócił z płytą pełną świeżych pomysłów, niż żeby skończył jak rapowy odpowiednik Woody’ego Allena, wydając co roku podobną płytę z nową okładką. – Z. Słodkowski

Najlepsze utwory: “failing the stress test (iguessillbeheadingthen)”, ‘’stet”


tim-hecker-konoyoTim Hecker – Konoyo

Wytwórnia: Kranky
Gatunek: ambient
Długość: 59 min

Dużym wyzwaniem jest zrobić coś tak, jak Japończycy, nie pojmując mentalności tej nacji. I może nie udało się Heckerowi zrobić czegoś w pełni „po japońsku” na Konoyo, ale był bliżej celu, niż wielu innych podejmujących się tego zadania. Kanadyjczyk uformował z bezkształtnej ambientowej masy fascynujący audialny pomnik ku chwale mistycyzmu muzyki Kraju Wschodzącej Awangardy. Bardziej przystępny niż hałaśliwe wybryki Kazumoto Endo i co memiczniejsze wysrywy Merzbow, bardziej angażujący słuchacza niż orkiestra kropel wody Masaakiego Takano, a także, w miarę upływu czasu, odsłaniający wiele drobnych, lecz istotnych detali, które nadają dziełu niepowtarzalny charakter. Hecker bardzo często wychyla się poza strefę bezpiecznego eksperymentowania, jednocześnie skutecznie utrzymuje tę twórczość radosną w ryzach. Robi to na tyle sprawnie, że inspiracje orkiestrą gagaku i japońskimi skalami rzeczywiście są słyszalne, a nie pogrzebane pod grubą warstwą zupełnie niezwiązanych z tematem pomysłów. Zresztą, najodpowiedniejszym komentarzem do zawartości płyty jest to niesamowite zdjęcie na okładce – obiekty starają się utrzymać zasady symetrii, ale jakaś nadnaturalna siła tę symetrię niszczy, tworząc z powstałego chaosu coś ujmującego w swej nieregularności. Na Konoyo obiektami są tradycyjne metody kompozycji, a siłą, która wbija się w to wszystko i odwraca do góry nogami, jest twórca. – P. Ćwikliński

Najlepsze utwory: „Across to Anoyo”, „A sodium codec haze”


Tha Carter VLil Wayne – Tha Carter V

Wytwórnia: Young Money
Gatunek: rap
Długość: 87 min

Przyznam szczerze, że zaklepałem sobie kilka zdań o powrocie Weezy’ego jeszcze przed przesłuchaniem albumu, bo chciałem się nad chłopem po prostu trochę popastwić. Byłem bowiem absolutnie przekonany o tym, że jego tworzony przez sześć lat (!) powrót okaże się gniotem totalnym, a tutaj – uwaga – zaskoczenie. Wayne, zamiast przeginać z autotunem, zajął się po prostu klepaniem wersów na bardzo porządnie zrobionych beatach (nad którymi pracowało jakieś 3/4 branży, obczajcie sobie listę producentów – brakuje tam tylko Kiełasa i Adama Małysza), a przy okazji umiejętnie dobrał featy. Każda z gościnek coś do tej płyty wnosi, zresztą zero przypadku w fakcie, że najfajniejsze utwory to właśnie te, na których Carter dzieli partie wokalne z kimś innym. Oczywiście, Tha Carter V ma swoje mankamenty, część numerów to po prostu wypełniacze, a niemal półtoragodzinna długość materiału zakrawa na groteskę, ale i tak jest znacznie lepiej, niż można by się spodziewać. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Let It Fly”, “Dark Side of the Moon”, “Mona Lisa”


Can U CookSeasick Steve – Can U Cook?

Wytwórnia: BMG Rights Management
Gatunek: blues
Długość: 55 min

Realizacja modelu “tak trzeba żyć” w wykonaniu Steve’a Wolda ma się świetnie, co zresztą potwierdził na tegorocznej Ostravie. W telegraficznym skrócie: kowboj z Kalifornii imał się mniej więcej trzystu różnych zawodów, wyprodukował kilkadziesiąt gitar, ziomował się z Cobainem czy Jackiem Whitem, w międzyczasie wyprodukował This Is a Long Drive for Someone with Nothing to Think About Modest Mouse, a teraz już nic nie musi i gra sobie bluesa. Robi to w swoim charakterystycznym stylu, czasami rzucając jedną z tych swoich szeptanych ballad (w tej roli “Lay”, gdzie słychać echa mojego ukochanego “Treasures” z You Can’t Teach an Old Dog New Tricks), czasami po prostu łojąc energiczne numery z southernrockowym sznytem. Can U Cook? jest albumem świetnym pod względem brzmienia – tu zresztą wychodzi kilkudziesięcioletnie doświadczenie muzyka, który dokładnie wie, jak się gra w te klocki. Oby Seasick Steve i jego kompania w osobach Dana Magnussona i Johna Paula Jonesa (tak, tego) trzymała się jak najdłużej w dobrym zdrowiu, bo o formę nie ma się co martwić. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Hate da Winter”, “Locked Up and Locked Down Blues”, “Young Blood”


Sleaford Mods EPSleaford Mods ‎– Sleaford Mods EP

Wytwórnia: Rough Trade
Gatunek: post-punk / hip-hop
Długość: 15 min

Od premiery ostatniego wydawnictwa Sleaford Mods minęło co prawda ponad półtora roku, ale u Brytyjczyków raczej mało się przez ten czas zmieniło. Są dalej tak samo surowi, tak samo bezkompromisowi i tak samo wkurzeni. Chociaż warstwa instrumentalna sprawia wrażenie bogatszej, większość utworów wciąż oparta jest na sprawdzonym i lubianym przez duet zestawie – mięsistym, soczystym basie i automacie perkusyjnym. Na zaledwie 15-minutowej EP-ce znalazło się miejsce dla pięciu utworów, a pierwsze dwa z nich to prawdziwe petardy – zarówno “Stick In A Five And Go”, które promowało płytę, jak i “Bang Someone Out” epatują zawartą w słowach Jasona Williamsona agresją, a drugi z wyżej wymienionych kawałków opowiada dosłownie o chęci przywalenia komuś w twarz (The days are long, inside I scream / At some of these people they’ve given me / And sometimes I just wanna bang someone out). Podobnie sprawa ma się z “Dregs” – zwierzęcy ryk wokalisty w tym utworze naprawdę stawia na nogi. Być może jest to dla muzyków sposób na oczyszczenie ze złych emocji i jednocześnie dobitny komentarz na temat współczesnego społeczeństwa. Nieco skoczniejszym i bardziej tanecznym momentem jest “Gallows Hill”. Jedynie zamykający wydawnictwo “Joke Shop” wydaje mi się zupełnie zbędnym, wymuszonym dodatkiem i raczej nie zapada w pamięć. Sleaford Mods to naprawdę solidny zestaw piosenek, ale zostawia z poczuciem lekkiego niedosytu. Mam nadzieję, że to tylko przedsmak tego, co w przyszłości zaserwują nam jeszcze Anglicy. – Z. Słodkowski

Najlepsze utwory: ‘’Stick In A Five And Go”, ‘’Gallows Hill”