dj-wielki-huj-summer-hits-2018DJ Wielki Huj – Summer Hits 2018

Wytwórnia: self-released
Gatunek: mashup
Długość: 34 min

Kolejna część projektu „Summer Hits” Wielkiego Huja po raz kolejny sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z artystą którego potrzebujemy, a na którego nie zasługujemy. Danie drugiego życia prawilnym numerom Firmy czy Ryszarda Peji wydaje się pomysłem prostym, ale charyzmatyczny DJ z czarnym workiem na głowie robi to na tyle zręcznie, że całość wjeżdża z drzwiami, a potem nie chce wyjść z mózgu. „Fat Party With Richard ep.3” to rzecz (ep.1 i ep.2 podobnie), z której poznański raper powinien być dumny, podobnie zresztą jak Bosski Roman – jego klasyczny, legendarny wręcz wers „dupnij sobie lolka, człowieku” jeszcze nigdy nie brzmiał tak dostojnie, jak na chillowym beacie w „JSJP100”. Oddzielna pochwała za wykorzystanie „Tatuażyka” Sentino, którym Huj udowodnił, że talent do łączenia najbardziej memicznych utworów ma jak mało kto. „Summer Hits 2018” to letnie bangerki, przy których z pewnością nie będziecie się nudzić. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: „Hit o Autach (Trzeba Zapierdalać)”, „JSJP100”, „Ballada o Wildzie”


king-dude-music-to-make-war-toKing Dude – Music to Make War To

Wytwórnia: Vàn Records
Gatunek: gothic rock / gothic country
Długość: 41 minut

Wyobraźcie sobie taką scenę – wchodzicie do zadymionego baru w długim płaszczu i kapeluszu, zamawiacie whisky z lodem i odpalacie papierosa. Jest ciemno, obskurnie, a mimo to wcale nie chcecie wychodzić. Tak właśnie brzmi najnowsze dzieło King Dude, a właściwie Thomasa Jeffersona Cowgilla, bo to chyba najbardziej intymny i osobisty album w karierze artysty. Album w którym trochę zrzuca z siebie łatkę „fajnego gościa” śpiewającego prowokujące, mroczne piosenki o religii i seksie. Mrok oczywiście nadal jest, ale utwory (zarówno muzycznie jak i lirycznie) sprawiają wrażenie dużo dojrzalszych i ambitniejszych od tych, do których przyzwyczaił nas Król Koleś. Cowgill był już porównywany do Nicka Cave’a, Leonarda Cohena, a nawet Johnny’ego Casha. Ja w swoich porównaniach nie posunąłbym się może aż tak daleko, ale z pewnością w muzyce artysty słychać echo gothic country spod znaku Jaya Munly’ego czy jazz-rock pokroju Morphine (ten saksofon w „Good And Bad” przyprawia o ciarki na plecach!). Nie jest to co prawda album pozbawiony wad – fani poprzednich dokonań muzyka mogą go uznać za najzwyczajniej w świecie nudny. Mnie jednak przekonał klimat noir, który tworzy King Dude na Music to Make War to. Nawet jeśli czasem można odnieść wrażenie, że stara się trochę za bardzo. – Z. Słodkowski

Najlepsze utwory: „Good And Bad”, „Twin Brother Of Jesus”


wild-nothing-indigoWild Nothing – Indigo

Wytwórnia : Captured Tracks
Gatunek: indie pop
Długość: 41 min

Jack Tatum i jego ekipa nie mogli znaleźć lepszego momentu na wydanie tego materiału. „Indigo” to bowiem zbiór ocierających się o chillwave numerów, które stanowią dokładną ilustrację końca lata – w żadnych innych okolicznościach ten materiał nie byłby w stanie wybrzmieć tak dobrze. Taki stan rzeczy naturalnie podnosi ocenę wydawnictwa, podejrzewam bowiem, że bez zachodu słońca w tle i coraz krótszych, wrześniowych wieczorów płyta nadawałaby się na maksymalnie trzy przesłuchania. A tak, cóż, bangla w słuchawkach kolejny dzień i zdecydowanie go umila. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: „Letting Go”, Partners in Motion”, „Shallow Water”


blood-orange-negro-swanBlood Orange – Negro Swan

Wytwórnia: Domino
Gatunek: alt-pop/R&B
Długość: 49 min

Przez ostatnie lata Devonté Hynes przyzwyczaił słuchaczy do wysokiego poziomu, gdziekolwiek tylko by się nie pojawił. Mowa zarówno o featach, produkcji, jak i solowych projektach pod dowolnym alter ego. Stan na 2k18 wygląda tak, że jest lepiej niż kiedykolwiek. “Negro Swan” to album kompletny, pozbawiony jakichkolwiek wypełniaczy, gdzie wizja alt-popu Hynesa podbita jest ewidentnymi inspiracjami soulowymi, a w tym wszystkim znajduje się jeszcze miejsce na funkujące vibe’y. Gościnne występy – tutaj m.in. Georgia Muldrow, Steve Lacy, A$AP Rocky i Puff Daddy – trafione w dziesiątkę. Przebojowy potencjał singli – jest. Całość, którą zapętlam piąty dzień z rzędu – również. Mocny kandydat do topki najlepszych wydawnictw tego roku. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: “Charcoal Baby”, “Chewing Gum”, “Runnin”


fertile-hump-kiss-kiss-or-bang-bangFertile Hump – Kiss Kiss or Bang Bang

Wytwórnia: self-released
Gatunek: trochę blues, trochę punk, trochę nashville sound
Długość: 42 min

Powtarzany na tysiąc sposobów, wyświechtany statement: naprawdę nie jest łatwo w 2018 roku robić gitarową muzykę, która – zważając na ograniczenia w instrumentarium, powtarzalność patentów i tak dalej – jest czymś świeżym i odkrywczym. Warszawiacy po raz kolejny sprawiają wrażenie, jakby wszelkie tego typu rozkminy mieli po prostu gdzieś, i grają swoje. Dodajmy, że robią to coraz lepiej. Jest trochę głośniej, szybciej i weselej niż na debiucie, momentami Tomek Szkiela wrzuca wyższy bieg, czego efektem choćby pobrzmiewający delikatnie echami The Stubs „Strive for More”. Co poza tym? Całe mnóstwo ładnych, chwytliwych melodii, kilka świetnych hooków i charakterystyczna, okraszona niestandardową barwą głosu Magdy Kramer stylówka. Nikt tu prochu nie wymyśla, nikt nie ma zamiaru tego robić, i bardzo dobrze. „Kiss Kiss or Bang Bang” to po prostu 42 minuty FAJNYCH PIOSENEK. Tylko tyle, aż tyle. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że miano mojego ulubionego polskiego zespołu, jakie nadałem Fertilom jakiś czas temu, było jak najbardziej słuszne. – W. Skoczylas

Najlepsze utwory: „Goodnight Goodbye”, „Wise Man”, „Vultures”


hermit-and-the-recluse-orpheus-vs-the-sirensHermit and The Recluse – Orpheus vs. The Sirens

Wytwórnia: Obol for Charon Records
Gatunek: Abstract hip-hop
Długość: 32 minuty

”Of death I am knowledgeable / Danger I do not fear and i can give you music / Music that will tame wild beasts, lift men’s hearts to heaven” – takimi słowami otwiera album Orfeusz we własnej osobie (w rzeczywistości jest to sampel z filmu „Jazon i Argonauci” będącego ekranizają greckiego mitu, ale na czas trwania albumu możemy o tym zapomnieć). Rozmowa rozpoczynająca ”Sirens”, pierwszy utwór na płycie, jest o tyle istotna, że nakreśla cały koncept, którego konsekwentnie trzyma się dzieło Hermit and The Recluse. Mamy więc jednego z bohaterów mitologii greckiej – poetę Orfeusza, którego cudowny śpiew i gra na lirze potrafiły uspokoić rozszalałe morze i okiełzać dzikie bestie. Nie wiem czy owoc współpracy rapera Ka i producenta Animossa posiada aż takie możliwości, ale na pewno trzeba docenić ambitny pomysł muzyków i pieczołowitość z jaką został on zrealizowany. Nowojorski raper dostarcza swoje zwrotki jakby opowiadał słuchaczom baśń, a sposób w jaki to robi miejscami przypomina bardziej melorecytację niż rap. Zaczarowanego klimatu całości dopełniają podniosłe, oniryczne bity, często wzbogacane delikatną grą na gitarze. Niezwykle inteligentne, poetyckie teksty Ka, przepełnione nawiązaniami do mitologii i filozofii sprawiają jednak, że Orpheus vs. The Sirens to bardzo hermetyczny i trudny w odbiorze twór, który nie ma większej szansy na trafienie do szerszego grona odbiorców. Nie jest to z pewnością album do którego będę często wracał i z którego utwory będę nucił pod nosem; to bardziej forma słuchowiska, które potrafi skłonić do myślenia, a może i nawet – śladami mitycznego poety – okiełznać potwory tkwiące w każdym z nas. – Z. Słodkowski

Najlepsze utwory: „Sirens”, „Atlas”


idles-joy-as-an-act-of-resistanceIdles – Joy as an Act of Resistance.

Wytwórnia: Partisan
Gatunek: post punk
Długość: 42 min

Dopiero co ostygły nasze peany na cześć zeszłorocznego debiutu Idles, a tu już upichcona została kontynuacja. Za szybko? Gdzie tam, chłopaki pierdolnęły takim sofomorem, że jednocześnie wysłali Brutalism na przedwczesną emeryturę. JaaAoR rozkłada go na łopatki pod niemal każdym względem, nieco przygaszając brutalną (heh) energię i zastępując ją ekstra dawką niewymuszonego humoru i lirycznej gry kontekstami. Idles bombardują nas orzeźwiającą dawką dystansu do siebie samych, proponując nienadęty post-punk z przymrużeniem oka, którego tak ostatnio brakuje. W bezkrwawej walce ze stereotypowo pojmowaną “męskością” jesteśmy w ich obozie. – M. Drohobycki

Najlepsze utwory: “Danny Nedelko”, “Samaritans”, “Colossus”