Future Islands – The Far Fields

Wytwórnia: 4 A.D.
Gatunek: synth-pop
Długość: 45 min

Samuel Herring rozścielił krążkiem Singles sobie i swoim kolegom z Future Islands wygodne łóżko, gdzie w otuleniu dynamicznego basu, przy klasycznie popowej melodyjności i pod przykryciem subtelnych elektronicznych wtrąceń udało im się leżakować przez całe 3 lata. Na najnowszym krążku ekipa z Baltimore zupełnie nie ma zamiaru wychodzić poza ramy materaca, który wywindował ich w ostatnim czasie na szczyty nie tylko list sprzedażowych, ale też na największe światowe sceny, i to jest w pewnym sensie zupełnie zrozumiałe zachowanie. Głównym instrumentem wciąż jest tutaj sam wokal Herringa. Jeden z najbardziej charakterystycznych głosów współczesnego popu, od początku do końca panuje niepodzielnie nad materiałem, korzystając z synthów, basów czy quasi-progresywnych momentów tylko na zasadzie delikatnych wtrąceń, nie mających w finale decydującego wpływu na odbiór całości. Naturalnie, mamy tu do czynienia z producenckim cacuszkiem, wyprodukowanym w legendarnym Sunset Sounds, równym, przyjaznym dla ucha albumem. Linie przecinają się tak jak powinny, bas wyważony jest tak jak trzeba, a niedoróbki, jeśli w ogóle się pojawiają, to są perfekcyjnie zamaskowane. Cała ta poprawność przytłacza jednak na pełnym dystansie, a próby znalezienia w The Far Fields tzw. momentów, które zachęcą słuchacza do zapętlania, kończą się smutnym wnioskiem. W jednej z informacji prasowych muzycy FL przyznali, że ich najnowsze dziecko to typowy “drive album”, który najlepiej sprawdzi się na otwartej autostradzie. Chociaż takie szufladkowanie, zwłaszcza z ust samych twórców nie brzmi zbyt górnolotnie, to wydaje się być trafione w punkt. – I. Knapczyk  [Posłuchaj w Spotify]

Najlepsze utwory: „Cave”, „Shadows”


Father John Misty – Pure Comedy

Wytwórnia: Sub Pop
Gatunek: indie folk
Długość: 74 min

Są artyści, od których nie oczekujemy ciągłego rozwoju i dynamicznego sięgania po nowe – co więcej, w ich przypadku wręcz wymagamy pozostawania w doskonale znanej nam konwencji, specyficznej strefie komfortu. Śmiem przypuszczać, że w takich sytuacjach rolę karty przetargowej przyjmuje nie muzyka sama w sobie, a szczególna artystyczna charyzma. Josh Tillman nie mógł nie wygrać tego pojedynku, a samemu Pure Comedy trudno będzie znaleźć godne towarzystwo w zestawie najlepszych lirycznie albumów 2017 roku. Nie jest to jednak materiał z gatunku “dobre i już”, raczej “dobre, ale parę rzeczy można wywalić”. Taka filigranowa wada, przydługość – trochę w rozważaniach, a trochę w tych ogólnych 74 minutach. Finalnie jednak trudno oprzeć się kreacji Father Johna Misty’ego, zarówno jako obserwatora polityki i popkultury, jak i artysty zabierającego słuchacza na podróż w głąb swojej głowy. Przy poprzednim albumie fundamentem ekspresji w dominującej mierze była miłość, szalona, bezgraniczna i skutkująca powstaniem utworów, które świetnie sprawdziłyby się na hipisowskim weselu z lat ‘60 – tym samym I Love You, Honeybear zawiesiło poprzeczkę niezwykle wysoko, być może na stałe zagarniając sobie rangę magnum opus Tillmana. Jego następca jednak  – o ile obiektywnie gorszy i mniej “przebojowy” – nie rozczarowuje, nie przy tak wysokim songwriterskim poziomie i ciągle ujmującej ironii. – M. Staniszewska [Posłuchaj w Spotify]

Najlepsze utwory: „Ballad of the Dying Man”,  „Total Entertainment Forever”


clark-death-peakClark – Death Peak

Wytwórnia: Warp Records
Gatunek: IDM
Długość: 43 min

Jeden z filarów Warp Records pozyskał nowych wyznawców po świetnym self-titled, ale można odnieść wrażenie, że dopiero się rozkręca. Single „Peak Magnetic” i „Hoova” podążały dość wiernie ścieżką wytyczoną przez poprzednika, ale jednocześnie zwiastowały, że w głowie Clarka narodził się pomysł pozornie prosty, ale w tej prostocie genialny. Brytyjczyk niedawno stwierdził, że został oczarowany najwspanialszym synthem na świecie – ludzkim głosem. To właśnie ten element rozszerzył paletę brzmieniową, wtłaczając do dynamicznego, pulsującego IDM-u jeszcze więcej życia. Oczywiście nie ma tu mowy o wokalach w klasycznym ich rozumieniu – producent korzysta z poszatkowanych, zapętlonych sampli, wplatając je pomiędzy mięsiste synthowe warstwy, wykorzystując je jak kolejny instrument. Przy takich klubowych torpedach jak „Butterfly Prowler” czy „Peak Magnetic” wibruje całe ciało, a na przestrzeni indeksów 7-9 następuje znakomite przełamanie tempa, stanowiące swego rodzaju kodę. – M. Drohobycki [Posłuchaj w Spotify]

Najlepsze utwory: „Butterfly Prowler”, „Peak Magnetic”, „Living Fantasy”