xiu-xiu-forgetXiu Xiu – Forget

Wytwórnia: Polyvinyl
Gatunek: experimental/noise/art pop
Długość: 43 min

Ostatnie lata, jak na standardy wyznaczone przez wcześniejsze dokonania Xiu Xiu, były dla nich mocno przeciętne. Spisywana powoli na straty druga dekada XXI wieku została jednak w spektakularny sposób wybroniona w zeszłym roku, a to za sprawą naprawdę wyjątkowego projektu. Reinterpretacyjny „Xiu Xiu Plays the Music of Twin Peaks” okazał się strzałem w dziesiątkę, dając drugie życie legendarnemu soundtrackowi Badalamentiego. My jednak nie o tym, bo w sklepach muzycznych wylądował już następca, który udowadnia, że powrót do formy przekłada się także na autorski materiał.

Jamie Stewart jest artystą wyzwolonym i dość ekscentrycznym, co niejednokrotnie powodowało, że ci mniej zainteresowani eksperymentami odbijali się od specyficznej twórczości jego grupy. Forget okazuje się być małym punktem zwrotnym, wprowadzającym popowy pierwiastek w stężeniu niespotykanym chyba od wydanego w 2005 roku La Foret. Otwierający „The Call” atakuje jeszcze stewartową dziwnością i skłonnością do ryzyka, przeplatając coldwave’owy klimat z absurdalnymi rap-wtrąceniami w postaci „clap bitches” i „why cunt why why”. Dwa indeksy dalej dochodzimy jednak do być może najlepszego piosenkowego dyptyku Xiu Xiu od niemal dekady – „Wondering” i „Get Up” to spektakularne, triumfalne połączenie brzmieniowych eksperymentów i niepohamowanej chwytliwości. Pierwszy z nich mógłby bez kompleksów zasilić Reflektor z katalogu Arcade Fire, karmiąc nas piekielnie przystępną melodią; drugi zaś zachwyca niebanalną konstrukcją, bardzo osobistym tekstem, a finalnie zwalając z nóg synthowo-gitarową kulminacją.

Wielka szkoda, że takiego poziomu nie udało się utrzymać na przestrzeni wszystkich dziesięciu utworów. „Petite” i „At Last, At Last” niestety cierpią na brak pomysłu, w związku z czym zlewają się z wcześniejszym dorobkiem grupy i nie zostawiają śladu w pamięci. Nieco lepiej jest w przypadku tytułowego „Forget”, w okolicach pierwszej minuty uderzającego monumentalnymi synthami, ale naprawdę ciekawie robi się w zamykającym „Faith, Torn Apart”. Upiorne zaśpiewy Stewarta i niepokojąca instrumentacja w połowie przechodzą jednak w ciekawą, acz repetycyjną melorecytację, przez co intrygujący efekt po paru przesłuchaniach staje się męczący. Na całe szczęście tego samego nie można powiedzieć o całej reszcie, która co rusz odkrywa przed nami kolejne songwriterskie zabiegi. Miewający momenty słabości, ale i tak najlepszy autorski materiał Xiu Xiu od Dear God, I Hate Myself. – M. Drohobycki [Posłuchaj w Spotify]

Tperfect-mehe Perfect Me – Into The House

Wytwórnia: Dead Funny Records
Gatunek: indie rock
Długość: 34 min

Usłyszałem Into The House po raz pierwszy i nie dowierzałem. Amerykańska piękność w postaci indie rocka zza oceanu okazuje się tak naprawdę nosić kimono. Debiutanckie LP duetu z japońskiej Fukoki to ewidentnie efekt bardzo dużego zaangażowania i skupienia, bo tekstury, które udaje się panom wyciągać z popowych i rockowych modeli, na tle rynku przesyconego podobnym graniem są jak ożywcza bryza. Takumi Nishimura i Takuhiro Yoshikawa przepłynęli najwyraźniej wpław Ocean Spokojny, postawili stopy na brzegu Kalifornii i stwierdzili, że chcą to mieć u siebie. Spisali skrupulatnie dźwięk po dźwięku i popłynęli z powrotem. Tym razem żabką, żeby mieć czas przemyśleć to, czego się nasłuchali. Gdy wrócili do domu, momentalnie chwycili za gitary i prosty syntezatorek. Zaimprowizowali i już wiedzieli, że to jest właśnie to.

Króciutki bądź co bądź longplay od duetu Japończyków to jeden z tych debiutów, które są zwyczajnie satysfakcjonujące. W tym wypadku przykucie słuchacza do głośnika polega na wykorzystaniu popularnych bodźców, tu wysoko ustawionych gitar, małych ilości miękkich klawiszy i delikatnie rozszumionych efektów wokalnych, a następnie zręcznym wplataniu między te żyłki swoich autorskich pomysłów. Poczynając od zabaw z tempem korzystających z soulu i R&B – patrz np. „Smokers Mental Health” – przez melodyjne zapożyczenia z „Daft Punkowego funku” jak w „Have Been Waiting For A Long Time” (albo samego funku przy „Board Games (Do Over)”), po przyjemne abstrakcje nad rozlanymi dźwiękami gitary w „Sea #1”. Oprócz tego oczywiście nieco lo-fi, kapka americany i nawet prostego jazzu. Pozostawiono nam takie niezobowiązujące, muzyczne CV. Ja ich zatrudniam. – M. Rypel [Posłuchaj w Spotify]

king-gizzardKing Gizzard & The Lizard Wizard – Flying Microtonal Banana

Wytwórnia: Heavenly Recordings
Gatunek: rock psychodeliczny
Długość: 41 min

Jeśli słowa „rock psychodeliczny” w dalszym ciągu przywołują natychmiastowo skojarzenia z gatunku: Pink Floyd, Morrison, Hendrix, sixties, to znaczy, że najwyższy czas przyjrzeć się działalności King Gizzard & the Lizard Wizard. Świetną okazją do tego może być ich ostatnia płyta. Nie dajmy się zwieść niepoważnym nazwom – zespół już od paru lat bardzo serio pracował i chyba finalnie zasłużył na swoją pozycję, wydając od 2012 roku dwie płyty rocznie. Już to jest nie lada osiągnięciem, ale na tym panowie z Australii nie poprzestają i zapowiedzieli pod koniec zeszłego roku, że w 2017 ukażą się nie dwa, lecz pięć krążków, z mikrotonalnym bananem na miejscu pierwszym. Grupa w tym celu „zbudowała” nawet własne studio, w którym od końca zeszłego roku nagrywa materiał.

Trudno tę płytę opisać w odniesieniu do poprzednich, również ze względu na ich mnogość, ale jedno jest pewne – kreatywność z jaką zespół tworzy od samego początku nie wygasa. Słychać, że album jest zupełnie niewymuszony, a powtarzalność pewnych schematów miejscami i zgodnie z koncepcją wprowadza w odpowiedni nastrój. Również harmonia, z którą King Gizzard obchodzą się coraz swobodniej, pomaga w zbudowaniu i utrzymaniu tego nastroju; mamy więc szeroko stosowane skale spoza systemu dur-mollowego, kojarzone przede wszystkim z muzyką wschodnią i bliskowschodnią, a nawet z, może nieco prowizorycznym, wykorzystaniem mikrotonów, jak zresztą tytuł albumu zapowiada. Ambitnie prezentują się również teksty. Nie są to tylko wizje osób pod wpływem psychodelików, jak można by mylnie zakładać. Inspiracje pochodzą między innymi ze świata nauki, teksty nie omijają problemów społecznych, jak chociażby poświęcone zmianom klimatu „Melting”, „Doom City” odnoszące się do smogu, czy bardzo zgrabne przenośnie wynikające z fascynacji fuzją atomową. Dodam, że single które promowały album – „Sleep Drifter”, „Nuclear Fusion” i „Rattlesnake” – są tymi bardziej konwencjonalnymi pozycjami z dziewięciu zamieszczonych na płycie. – M. Kucharski [Posłuchaj w Spotify]