jens_lekman_life_will_see_you_nowJens Lekman – Life Will See You Now

Wytwórnia: Secretly Canadian
Gatunek: indie pop
Długość: 41 min

Niepozorność to chyba najważniejsza cecha nowego krążka szwedzkiego piosenkarza Jensa Lekmana. Jego czwarte długogrające wydawnictwo to następstwo pięcioletniej przerwy, która oddzieliła je od premiery dobrze przyjętego przez krytykę I Know What Love Isn’t. Jeżeli nie mieliście okazji słyszeć jeszcze tego wyjątkowo uroczego materiału, z pewnością warto sprawdzić go szczególnie przed rozpoczęciem przygody z Life Will See You Now. Pozwoli to docenić ewolucję, jakiej dopuścił się autor, przechodząc od stonowanych choć angażujących kompozycji do form bardziej oczywiście, nie bójmy się tego słowa, piosenkowych. Bynajmniej nie oznacza to agresywnego upraszczania przekazu czy sięgania po tanie środki. Świadomie wykorzystując pewne części mainstreamowego brzmienia, Jens zbudował bowiem fantazyjną i równo toczącą się historię.

Zamieszczone na albumie nagrania są z jednej strony tak oczywiste, że nie sposób doszukać się jakiegokolwiek technicznego zaskoczenia. Punktem, w którym dostrzegać można geniusz, jest jednak sama idea stojąca za nowymi utworami. Ewidentnie ma ona na celu wyzwolić masę endorfin, pobudzić do życia i zwyczajnie umilić nam czas. Co ważne, nie da się odczuć żadnego przymusu płynącego z tych założeń. „Jak chcesz, to potańcz/zaśpiewaj. Jak nie masz ochoty, to nie.” – zdaje się mówić do nas Lekman. A na marginesie, przyznać trzeba, że jest do czego się pobujać. Niektóre aranżacje oparte są na gorących, tanecznych rytmach czy funkowych samplach jak w „How We Met, Long Version” czy „What’s That Perfume That You Wear”. Dzięki temu na całej długości krążka uzyskujemy klasyczną sinusoidę – raz spokojnie i romantycznie, raz energicznie i szałowo. Mówiąc bardzo obrazowo, całkowicie serio, Jens Lekman pokazuje nam podrasowaną, bardziej ludzką wersję Eurowizji. Ja to kupuję i sądzę, że warto dać temu szansę. – M. Rypel [Posłuchaj w Spotify]

bing-ruth-no-home-of-the-mindBing & Ruth – No Home of the Mind

Wytwórnia: 4AD
Gatunek: neo-classical, ambient
Długość: 59 min

Po wydaniu świetnych City Lake i Tomorrow Was The Golden Age Bing & Ruth udał się z zamiarem wydania kolejnego krążka do londyńskiego 4AD zrzeszającego artystów kunsztownie interpretujących gatunki, w których tworzą. Znany póki co stosunkowo wąskiej publiczności i dający występy w maleńkich klubach David Moore, obdarzył miłośników wytwornie przestrzennego brzmienia wydawnictwem skrojonym niezwykle precyzyjnie i spójnie. Minimalistyczny piano-soundtrack No Home of the Mind stanowi zapis licznych inspirujących podróży producenta, obfitujących między innymi w sesje, w których wykorzystano aż siedemnaście pozornie tych samych instrumentów. Jak sam mówi, były to próby odnalezienia odrębnych osobowości każdego pianina, z którym miał styczność – w jego opinii każde wyróżnia się odosobnionym charakterem.

Skomponowany klawiszowy fundament został finalnie scalony z pięcioosobową orkiestrą, dzięki czemu, mimo ogromnej oszczędności formy i treści, materiał zdradza też brzmienie instrumentów strunowych czy klarnetu. Znaczne partie albumu zostały okraszone szumnym pejzażem ambientalnych przestrzeni, które umożliwiły wytworzenie zmiennych nastrojów, zagnieżdżonych momentami gdzieś w krajobrazie chłodnej północy. Moore najwidoczniej nie chciał jednak skomponować całości jako islandzko bądź skandynawsko brzmiąca, mroźna dźwiękowa kraina i chwilami daje ujście barwnie i optymistycznie skrojonym wędrówkom cieplejszego pianina, które dynamicznie zaprowadza słuchacza w przestrzeń lekkiego ukojenia i ostudzenia silniejszych emocji. Nowe wydawnictwo Moore’a w znacznym stopniu uspokaja i relaksuje, ale nie dajcie się zwieźć – zagadkowy niepokój osadzony w tym dziele nie pozwala swobodnie zasnąć. – J. Kurek [Posłuchaj w Spotify]

the-courtneys-iiThe Courtneys – II

Wytwórnia: Flying Nun Records
Gatunek: garage-punk, surf rock
Długość: 38 min

Nieco ponad trzyletnia przerwa The Courtneys zaowocowała wyraźną zmianą w zasadzie w jednym tylko aspekcie – Kanadyjki porzuciły partnerów z Hockey Dad Records na rzecz rozpoznawalnego w indie światku labelu Flying Nun. Widać jednak, że w sferze mentalnej i ideologicznej niewiele drgnęło od 2013 roku. Trio będące niemal modelowym zespołem estetyki DYI nadal zalewa nas garage-punkowym brzmieniem, które tym razem jeszcze mocniej otwiera się na wpływy klasyków shoegaze’u (parę momentów dosłownie krzyczy inspiracją My Bloody Valentine) i surf rocka. Momentami ta radosna mieszanka zalatuje brudniejszą i bardziej garażową wersją Cherry Glazerr. Mimo zauważalnego progresu w zakresie czystości brzmienia i profesjonalizacji procesu produkcyjnego (zapewne częściowo wymuszonej przez wytwórnię), nadal w trakcie odsłuchu czujemy przyjemny swąd amatorskiego łojenia.

Właśnie ta witalność i zdrowy ładunek muzycznej agresji stanowią absolutny fundament muzyki The Courtneys. Przejażdżka z „II” może być bardzo satysfakcjonująca, jeśli przez chwilę pozwolimy sobie chłonąć te nieziemsko chwytliwe, popowe melodie. Już w otwierającym album „Silver Velvet” wokalistka Jen Twynn Payne opowiada nam o potężnym emocjonalnym ładunku towarzyszącym nowej miłości, odbieranym przez młodzieńczy, łaknący wrażeń umysł. „Tour” uderza w nas bardzo letnim vibem i dynamicznym, pełnym pasji wokalem. Jeden z najlepszych w zestawie „Lost Boys” to znowu sentymentalna wycieczka do lat 80. i popularnego wtedy motywu wiecznie młodego wampira, do którego wzdychała większość dziewczyn z sąsiedztwa. Zamiast skomplikowania i ambitnej tematyki znajdziemy tu dużo rozmytych riffów, reverbu i wwiercających się głowę melodii. Mało? Być może, ale po prostu działa. [Posłuchaj w Spotify]