„Pomiędzy twoją rozrywką, a moją duchowością jest bardzo cienka granica”


Jlin: Unsound jest jak wielki zjazd rodzinny. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu, żeby milo spędzić czas. Tym razem nie tylko jednak dobrze się bawię, ten raz jest inny – dołączył czynnik edukacyjny. Festiwal nie skupia się na tym, że zabawiamy publiczność i odchodzimy, teraz mamy dyskusje pomiędzy innymi wydarzeniami, w które angażują się i artyści, i publiczność. Wszyscy mamy swoje opinie, którymi powinniśmy się dzielić, a musimy rozpocząć dyskusję.

Tutaj wszystko jest zebrane w jedno, głębokie doświadczenie. To tak, jakbyś dorastał w swoim domu rodzinnym – z jednej strony zabawa, z drugiej nauka, cała socjalizacja. Dzięki temu stajesz się kimś. Tutaj możesz stać się nieprofesjonalny, jutro ktoś może zobaczyć, jak dosłownie wytaczam się przez drzwi wejściowe, mogę się oderwać, bo moja rodzina to zrozumie, znają mnie, wiedzą, jaka jestem. To jest Unsound.

Uwielbiam go za różnorodność, za prawdziwą różnorodność. Nie tworzą z artystów jakichś bloków gatunkowych, tylko chwytają program z każdej strony, lepią tak jak im się podoba i na koniec mówią „No i okej. To się nie trzyma kupy, ale będzie okej”. Wiele festiwali postępuje wręcz odwrotnie. Może by pomyśleli, że nie o to chodzi? O wstawianie 10 DJów techno na jedną scenę? Może powinniśmy mieć na niej ambient, techno, footwork, muzykę eksperymentalną i syntezatory? To wszystko jest istotne. Musisz mieć opcje, kiedy każdy gra tak samo, robi się nudno jak cholera. Pamiętam, jak grałam w miejscu, w którym przez 6 godzin słyszałam ten sam beat. Kiedy zagrałam, ludzie byli zachwyceni, jakby usłyszeli najfajniejszą rzecz w swoim życiu. Nie, żebym była zaskoczona, w końcu słuchali tego samego beatu przez 6 godzin.

Dlaczego Unsound jest ważny? Ze względu na swoją niespotykaną otwartość i podejmowanie ryzyka, które zawsze wychodzi im na dobre. Ich kombinacje zachowują sens. Chciałabym kiedyś zobaczyć Wiza Khalifę i Yoko Ono na tym samym festiwalu. Nie bądźmy spięci. Kiedy dodajesz do atmosfery trochę szaleństwa, wtedy zaczynasz rozumieć, że nie ma tylko jednego wymiaru występu. Nie wiesz, co stanie się potem. Właśnie to uwielbiam w swoim życiu – uwielbiam nie wiedzieć, co się stanie, kto zagra, jak zagra. Jeśli możesz zgadnąć line-up, to gdzie w tym zabawa, odkrywanie? Jaki jest sens w pójściu na koncert?


W tym roku Jlin grała na barcelońskim Sonarze, przed największą publiką w swojej karierze. Podobało jej się, ale czuła się dziwnie. Producentka z Indiany chyba lubi kameralność, bliskość i możliwość obcowania z innymi ludźmi. Im więcej masy, tym zmniejsza się możliwość na jej poznanie. Jerrilynn Patton, pomimo tego, że odwiedziła nasz kraj już kilka razy, ciągle pozostaje dosyć anonimową postacią w polskiej prasie. Możliwe, że jej twórczość nie jest łatwa do przyjęcia – problem pojawia się na etapie definicji, a o czym Jlin mówi, brak wiedzy jest czymś, co ludzi przeraża. Niejednoznaczność to wspólny mianownik jej i Unsoundu, festiwalu, na którym stawiała swoje pierwsze kroki jako reprezentantka eksperymentalnej sceny z Indiany. Do tej pory mylnie kojarzy się z footworkiem, który porzuciła wraz z wydaniem swojego pierwszego albumu. Od tego czasu zmieniło się sporo, i między innymi o tym porozmawiałyśmy podczas jej ostatniej wizyty w Polsce.

Jlin: Co się zmieniło? Przede wszystkim dojrzałam – jestem zdecydowanie bardziej dojrzała niż byłam dwa lata temu. Poza tym zmieniły się czasy. Wybór Trumpa na prezydenta bez wątpienia miał swoje konsekwencje, wpłynął na ludzi. Mam wrażenie, że w całym społeczeństwie, nie tylko amerykańskim, wzrósł poziom stresu.

Więcej podróżuję, skomponowałam soundtrack do baletu, dla legendarnego Wayne’a McGregora –  Wayne pozwolił mi na zrobienie czegoś niezwykle osobistego i specjalnego, za co jestem niesamowicie wdzięczna. Jemu i Unsoundowi, za pozwolenie mi na powrót i występ z bardziej dojrzałym stanem umysłu. A kiedy o tym myślę, to muszę powiedzieć, że tak naprawdę zmieniło się prawie wszystko (śmiech).

Magda: A co zmieniło się w Twoich występach?

DJ sety zamieniłam na live’y, choć oczywiście nie całkowicie. Wcześniej używałam… cholera, jak to się nazywało? Trudno sobie przypomnieć, kiedy tak długo z czegoś nie korzystałeś (śmiech). Numark 2! Midi controller Numark 2 zamieniłam na Ableton Push 2. Ableton był dla mnie bardzo, bardzo życzliwy, okazywali mi wsparcie od samego początku, dlatego jestem im niesamowicie wdzięczna, im i Numarkowi. Oprócz tego teraz więcej myślę o tym jak gram, czyli nie wygląda to jak „O, dobra, tutaj mam playlistę, okej, teraz ją zagram”.

Więcej myślenia, więcej stresu podczas występu?

Występy potrafią być bardzo stresujące, ale szczerze mówiąc bardziej stresuję się soundcheckiem – „poszedł dobrze, poszedł źle?”, jeśli poszedł dobrze, to znaczy, że występ też będzie dobry? A może poszedł źle, ale na występie będzie lepiej? Moi znajomi zazwyczaj stresują się swoimi koncertami, nawet, jeśli tego nie okazują. Ja robię się nerwowa bez przerwy.  Jak coś brzmi bez zarzutu, to w mojej głowie i tak brzmi inaczej, dlatego wyskakuję z „O mój boże, jak płasko”! Właśnie to bez przerwy przytrafiało się na próbach przy balecie, powtarzałam „brzmię płasko, brzmię płasko” i niby wiem, że wszystko jest w porządku, ale mój „czujnik poziomów” po prostu się wyłącza. Dzieje się to dlatego, że jestem zwykłym człowiekiem, z ludzką naturą, co do której uwielbiam, że mogę się nią dzielić – chociażby z moją publicznością. Nie jestem super-kobietą, „Jlin”, czy czymkolwiek, co wykreowały media. O ile doceniam wszystkie komplementy, moim priorytetem jest bycie postrzeganym jako człowiek, istnienie jako człowiek.

No tak, media przedstawiły cię jako duże nazwisko, „przyszłość footworku”…

I tego nie znoszę (śmiech), w życiu nie zdefiniowałabym się jako footworkową artystkę.

Ale w sumie jak do tego doszło? Do tej opinii? Tylko przez elementy footworku na pierwszym albumie?

Jasne, te elementy tam były, ale po Black Origami naprawdę trudno jest trzymać się tej szufladki. Właściwie to trochę zabawne, na ostatnim albumie jest utwór „Nyakinyua Rise”, ktoś w internecie wyskoczył z komentarzem „Yo, Jlin, nowa wersja footworku!”…oszalałeś? Nie, serio, jak możesz nazywać „Nyakinyua Rise” footworkiem, postradałeś zmysły? To taki jakby cytat, mniej więcej to napisałam pod tamtym postem. To straszne ignoranctwo – widać, że ktoś nie zrobił odpowiedniego researchu, ba, nie wie nawet, czym jest footwork. Bo jest leniwy, bo korzysta z opracowań innych. Tak to wygląda – ktoś powie, że to footwork, ktoś inny podłapuje.

Definiowanie Twojej twórczości jest niemałym wyzwaniem.

Jestem chemikiem. Produkowanie odbywa się w laboratorium, testuję rzeczy tylko po to, żeby sprawdzić, czym są. A odnosząc to konkretnie do muzyki, muszę powiedzieć, że obracam się w eksperymencie. Kreuję ze swojego wnętrza. Muzyka eksperymentalna jest niesamowicie potrzebna. Czasami trafiasz na coś, co brzmi jak nic innego na świecie – miałam tak z Holly Herndon, kiedy usłyszałam ją po raz pierwszy. I czym jest Holly? Nie staram się jej definiować, Holly to Holly, a co to oznacza dla słuchającego? A to, że jeżeli chce ją definiować, to musi ruszyć dupę i znaleźć definicję na własną rękę. Ktoś chce wiedzieć, jaką muzykę gra Jlin? Niech zacznie od wpisania “Jlin” na youtubie.

Cholera, definicja definicją, ale kiedy słucham twojej muzyki, to nawet do końca nie wiem, co czuję (śmiech). 

Większość ludzi chyba nawet nie wie, czy ta muzyka im się podoba (śmiech). I za te słowa dziękuję, właściwie czuję się bardziej skomplementowana w momencie, w którym ktoś mówi, że nie wie jak się czuje, niż wtedy, kiedy mówi, że kocha moją twórczość. Uwielbiam ludzi z nastawieniem „Nie mam pojęcia, co powiedzieć albo jak czuć się z tym, co właśnie usłyszałem”. Uwielbiam, bo to oznacza, że naprawdę słuchają tego, co zrobiłam. Nie mówisz „podoba mi się”, mówisz, że nie wiesz i właśnie to jest świetne. Dla mnie to dowód na to, że naprawdę słuchasz, a większość ludzi niestety tego nie robi.

Ludzie chyba w ogóle boją się nie wiedzieć, jakby ta wiedza, to szufladkowanie było czymś koniecznym.

Widzisz, wielu ludzi nie rozumie, że w porządku jest nie rozumieć. Nie musisz mieć kontroli nad wszystkim, co do ciebie dociera. Po to mamy gatunki – bo ludzie uwielbiają kontrolę, szufladkowanie, wpakowywanie wszystkiego do opisanych pudełek. Wtedy mogą powiedzieć „Utożsamiam się z tym, wiem, co to jest, mogę tego dotknąć”. A kiedy nie wiedzą, automatycznie wydaje im się, że utracili kontrolę, czują się przerażeni, bo „nie mogą czegoś dotknąć”. Przecież ciągle możecie! Po prostu pozbądźcie się tego narcystycznego nastawienia, nie trzymajcie swoich łap na każdej cholernej rzeczy. Możesz czegoś nie rozumieć i lubić to równocześnie.

Bo koniec końców to te emocje są najważniejsze.

Dokładnie tak.

Myślisz, że na Unsoundzie dominują ciemne emocje? Widzisz w tym nurcie siebie?

Większość ludzi określa moją twórczość mianem ciemnej, ale sama staram się tego nie robić. To dla mnie ekspresja samej siebie, więc… nie chcę używać tego słowa, kiedy myślę o ciemności… kurczę, problem w tym, że kiedy mówisz o czymś ciemnym, momentalnie pojawia się pejoratywny wydźwięk. Czy to przy mówieniu o czyjejś rasie, czy kolorze, czy przy opisywaniu czegokolwiek. Nauka wmówiła nam, że ciemne jest złe. A dla mnie? Dla mnie to ciemne jest piękne, ciemne jest tym, co tworzy diament. Na tym polega ta artystyczna kreacja – nikt nie dba o węgiel, uwagę zwracasz dopiero na diament, na efekt jakiegoś procesu.

Powiedzieli nam, że ciemne jest złe, ale przecież to nie jest tak, że słuchasz “mrocznej muzyki” i dzieje się z tobą coś niedobrego, ten proces czasami przypomina katharsis. To dobra rzecz.

No właśnie. Znam ludzi, którzy przez cały czas robią “przeszczęśliwą” muzykę i to też jest świetne – jeśli w ten sposób wyrażasz siebie – cudownie. Ale równocześnie są i tacy, którzy w pewnych momentach sięgają do skrajnie innych emocji. Takie rozdwojenie, dwa oblicza. Z jednej strony produkują te śliczne dźwięki i odbiorca reaguje uwielbieniem, z drugiej ten sam odbiorca nagle spotyka zupełnie odmienny, o wiele cięższy odłam twórczości danego artysty i istnieje prawdopodobieństwo, że ugnie się pod tym ciężarem. Ale to wspaniała rzecz, wyrażanie swoich innych „ja”, bo chyba wszyscy je mamy. Wolałabym być artystą dualistycznym niż tym, który wybiera trywializm wiedząc, że ludzie będą tańczyć.

Podłapując temat tworzenia, tworzenia, a następnie słuchania tego, co stworzyłaś-

Nie słucham swojej muzyki, nie mogę tego znieść, doprowadza mnie to do szału (śmiech). Kiedy mama puszcza jakiś mój utwór, mam ochotę wbić sobie w głowę widelec. Układ jest prosty – zrobiłam coś, skończyłam, więc to już za mną. Jasne, mogę to zaprezentować na żywo, ale gdyby ktoś odtworzył jakiś mój utwór tak po prostu… Wiesz, jak wygląda zamiana artystów podczas większego występu, w międzyczasie puszczają jakąś muzykę, ot, żeby nie było ciszy. Raz wymieniałyśmy się tak z Holly Herndon i myślałyśmy, że oszalejemy – podchodzimy do dźwiękowca i mówimy „Musisz zmienić muzykę, to nas zabija”. Serio, raz leciał mój utwór, raz jej. „Musisz zmienić muzykę, bo nie damy rady”. Holly ma identycznie. To trochę paranoiczne, wiem, bo czułam się tak, jakbym miała momentalnie zwariować. „Proszę, nie, musimy coś z tym zrobić, zagraj coś innego, proszę” (śmiech).

Okej, ale kiedy zdarzy ci się posłuchać swoich produkcji, nie myślisz sobie “kurczę, to jest świetne”?

Jasne, jest taki utwór, „Carbon Twelve”  – który nagrałam dla Wayne McGregora, nie mogę się nim nacieszyć, nie mogę przestać go słuchać. Myślałam, że najlepszym, co zrobiłam jest „Holy Child”. A potem zrobiłam Carbon Twelve” i pomyślałam – a warto zaznaczyć, że nikt wcześniej nie słyszał tego utworu – boże, jaka ta kompozycja jest bogata. Zrobiłam ją w oparciu o wariacje, o które normalnie bym się nie pokusiła. Pozwoliłam samej sobie wyjść poza pudełko i wykreowałam coś, co nie było mną. Jeszcze inaczej – musiałam wpleść w siebie coś, co nie było mną.

Wielu artystów o tym nie mówi, unika chwalenia samych siebie, bo społecznie często jest to źle odbierane.

Moment, który doprowadza cię do powiedzenia o sobie jako o dobrym artyście to ten, w którym jest za dużo gównianych artystów myślących, że są najlepszym, co Bóg zesłał na świat. To dzieje się po drugiej stronie stołu. Wtedy patrzysz na swoje niedokończone dzieła i myślisz, jak to jest coś z siebie wyciągnąć… kurczę, to jak rodzenie. Przynajmniej ja tak mam – tworzenie to walka z piekłem. Widzisz, trendy jest proste, bo jeśli coś lubisz, sprawiłam, że coś lubisz, ciągle mogę wrócić i zremake’ować tę kompozycję w kilku wariantach i ciągle będzie ci się podobało. Powodem, dla którego większość ludzi mnie lubi jest to, że jestem sobą. Więc nie odwrócę się, jak mi się zachce być trendy, muszę obnażać siebie, bo to jest to, z czym ludzie mogą się z tym utożsamiać. Zbyt wielu artystów nie przelewa w muzykę siebie. Bo trendy jest proste. Musisz sięgnąć do swojego źródła. Żeby móc oswoić się z komfortem, musiałam oswoić się z dyskomfortem. Tak tworzę.

W trakcie panelu [Technoactivism] wspomniałaś o tym, że spotkałaś sporo trudności pod postacią innych ludzi na swojej drodze.

Jedna kobieta powiedziała mi, że nie zasługuję na bycie w miejscu, w którym jestem. Myślę, że teraz nawet nie żałuje, że to powiedziała. Były kobiety, byli mężczyźni… i po prostu nasuwa się pytanie – „Jakim prawem ty o tym decydujesz?”. Gdzie byłeś, kiedy ja pracowałam 96 godzin tygodniowo, nad muzyką i nad wypłatą? Jak możesz mówić, że nie zasługuję na swoją pozycję? Coś takiego nigdy nie przeszłoby mi przez gardło. Nie rozumiem, jak można coś takiego powiedzieć. To zwykłe zuchwalstwo, ciężkie zuchwalstwo, obraźliwe.

Jak sobie z tym radzisz, a jak radziłaś? Pewnie dwa lata temu byłaś mniej pewna swoich umiejętności.

Byłam cholernie niepewna. Byłam niepewna, kiedy byłam numerem jeden w Quietusie czy w Wire. Miałam wtedy w głowie chore scenariusze – czy ktoś komuś zapłacił, żeby tak o mnie napisano? Te rzeczy przewijają ci się przez łeb, trochę tobą trzęsą, ale musisz pozostać skupiony. Okazja na to, żeby znaleźć się tak blisko tak prestiżowych ludzi czy rzeczy nie nadarza się wtedy, kiedy jesteś trendy.

Twoje bycie sobą skutkuje niesamowicie dualistyczną, nieprzewidywalną twórczością. Czy takie cele miałaś w głowie, kiedy to wszystko zaczynałaś?

Nie miałam pojęcia, kim chcę być. Pseudonim zmieniałam 3 razy. Zaczęłam jako DJ Skip, będąc młodą i głupiutką. Potem było Gaga, które oczywiście musiałam zmienić ze względu na Lady Gagę. Bardzo chciałabym jej opowiedzieć tę historię i pewnie opowiem, kiedy ją spotkam. Skończyło się na Jlin, pierwszej, środkowej i ostatnich literach mojego imienia. Przeliterowałam to, spodobało mi się. W końcu to wszystko urosło. Wiesz, musisz przejść przez wiele doświadczeń, wiele porażek (wiele). Musisz zaakceptować swoje porażki. Stają się porażkami jedynie wtedy, kiedy stoisz w miejscu i nie możesz się ruszyć, poddajesz się. Wtedy ponosisz porażkę. A kiedy próbujesz, próbujesz w kółko i tygodnie czy miesiące później jesteś w innym miejscu, tej porażki już nie ma. Musiałam się tego nauczyć, ciągle się tego uczę. To ciągły rozwój, który się nie zatrzymuje. Kiedy jesteś numerem jeden w Wire, to cudowne odznaczenie, ale nie możesz przestać się uczyć. Ciągle jestem dzieckiem w tak wielu aspektach i nie mam zamiaru tego ukrywać. Na co mi „O, numer jeden w Wire, znalazłam swoje brzmienie, jestem spełniona”? Mam jeszcze tak wiele do zrobienia.

I ten rozwój objawia się wszędzie, dzięki takiemu podejściu możemy zobaczyć różnicę pomiędzy poszczególnymi albumami.

Chcę, żebyś ją widziała. Pierwszy album w mojej opinii brzmi gównianie, drugi, z perspektywy czasu, powiedzmy że jest okej. Mój ulubiony utwór z ostatniego albumu to „Holy Child”, „Nyakinyua Rise” i „1%”, ale i tak jestem dla siebie ostra, więc to nie ma znaczenia. Gdyby wszyscy w tym hotelu powiedzieli teraz „Jlin, jesteś najlepszą żyjącą artystką”, nie uwierzyłabym ani jednej osobie, bo po prostu tego nie czuję. Wiem, że mam pracę do wykonania. To ogromny komplement, który pewnie bym doceniła, ale to, co jest istotne, to świadomość tego, ile pracy ciągle przede mną. Nigdy nie jestem usatysfakcjonowana jako artystka, bo tak długo jak tu jestem, tak długo muszę nad sobą pracować.

W tym sęk, zawsze musisz chcieć więcej od siebie.

Dokładnie. Myślę, że jeden z często popełnianych przez ludzi błędów, to pozwolenie sobie na poczucie, że „wylądowali”. Nigdy nie lądujesz. Ludzie mogą cię komplementować i to stwarza pułapkę takiej myśli, ale to nieprawda. Kiedy weźmiesz ich album, widzisz, że chcą być trendy (śmiech), wiesz, jak ludzie reagują do określonych dźwięków, robią drop, moment kulminacyjny utworu, wszyscy krzyczą, no i okej – ale to nie moja idea. Mam takie powiedzenie, „Pomiędzy twoją rozrywką, a moją duchowością jest bardzo cienka granica” bo nie każdy występ jest po to, żeby publiczność mogła się pobawić. Czasem to bardzo uduchowiony moment.

I tutaj pojawia się pytanie o odbiór performance’u, kiedyś wspomniałaś o tym, że chciałabyś, żeby ludzie nawet na ciebie nie patrzyli, tylko słuchali twojej muzyki, tak, jakby cię tam nie było.

Tak jakby mnie nie było, bo tak naprawdę nie chodzi o mnie. Ciągle zdarza mi się tak czuć, na przykład wtedy, kiedy ludzie klaszczą na koniec mojego występu. Wiem, że są podekscytowani, szczęśliwi, bo mogli mnie usłyszeć, i czasem naprawdę mi to odpowiada, ale czasami… wiesz, przechodzisz przez piekło, by coś stworzyć, a wszyscy klaszczą bez świadomości, co przeszedłeś, żeby stworzyć ten utwór. Są zachwyceni, a fakt jest taki, że miałam wtedy myśli samobójcze, ale oni o tym nie wiedzą. Nie mam problemu z mówieniem o tego typu rzeczach, bo uważam, że to istotne. Widziałam artystów, którzy się zablokowali. Uczucie jakby skończył się świat. Przynajmniej ja tak się czuję w momencie artystycznej blokady, tak jakby moja kariera zmierzała ku końcowi. To momenty słabości, które – i to nie jest żart – zdarzają się zbyt często. Przynajmniej trzy razy w tygodniu kwestionuję swoją karierę, ale to jest prawdziwe. I lubię o tym mówić, ponieważ ludzie, którzy słuchają mojej muzyki być może starają się dotrzeć do takich informacji. Że jestem takim samym człowiekiem z ogromnymi słabościami. Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał „Jlin się ogarnęła”, bo się nie ogarnęłam.

Fajnie jest mieć tę świadomość, bo ona często znika w tej całej admiracji. 

Nie jestem super kobietą. Nie ocalę świata, nieważne, co ci powiedzieli (śmiech)! Spójrzmy chociażby na sytuację tego wywiadu – nie chcę, żebyś stresowała się tym, że ze mną rozmawiasz. Jestem tak samo obnażona jak ty, najpierw Ty zadajesz pytanie, które kosztuje cię ileś tam, a potem ja udzielam odpowiedzi, która kosztuje mnie ileś tam. Prawdopodobnie jesteśmy tak samo zestresowane, ale chodzi o podzielenie się wrażliwością. Ludzka wymiana emocji. I to jest prawdziwe – teraz jesteś zrelaksowana i nawet nie wiesz, jak uszczęśliwia mnie wyjście ze schematu artysta-dziennikarz, a wejście do schematu człowiek-człowiek.

I tego się trzymajmy! W sumie chciałabym cię zapytać, – jako artystkę, dla której wyprodukowanie utworu nie jest jakąś szybką przeprawą – jaki utwór zrobiłaś najszybciej?

O cholera. „Nyakinyua Rise”, prawdopodobnie. A następny to „1%”, nagrany razem z Holly, ale właściwie moje dogrywki polegały jedynie na śledzeniu jej patternów, po prostu wypełniałam luki. Ufamy sobie. Przy „Nyakinyua Rise” w momencie, w którym natrafiłam na ścieżkę, którą chciałam podążać, „miałam to”. A stało się to dosyć szybko.

To w sumie ciekawe, że miałaś problem z nazwaniem tego utworu.

Ha, tak, moja mama wymyśliła nazwę. Zeszłam do kuchni, kompletnie przerażona, ona robiła obiad. Powiedziałam „Mamo, skończyłam utwór”, była niesamowicie podekscytowana. „Mamo, ale jest problem”, „Jaki?”, „Nie mam nazwy”. „Posłuchajmy i zobaczmy, wymyślimy coś”. Już wcześniej wiedziałam, że którąś z kompozycji chcę nazwać Nyakinyua, na cześć organizacji dla dzieci w Kenii, której pomagała moja mama. Wiedziałam, że chcę zrobić taki utwór, ale nie wiedziałam, że to był ten konkretny. Wtedy moja mama posłuchała i powiedziała „To jest NR”, ja na to „cholera, masz rację”. Dopełniła to.

Kurczę, trochę drastycznie zmienię temat, ale zainteresowało mnie to, co powiedziałaś dzisiaj w trakcie jednej z rozmów. „Ludzie, nie bójmy się piekła, my żyjemy w piekle”, doskonale wiem, o co ci chodzi, ale tutaj pytanie: czy masz nadzieję na to, że coś się zmieni?

Jasne, według mnie natura musi po prostu wykreować balans, jak zawsze. Wszechświat go kreuje – musi o to chodzić, nie doprowadzimy do tego „manualnie”. Jestem zdumiona tym, że ludzie… przestali cierpieć w momencie, w którym ktoś umiera. Ktoś umiera, trzy dni później zachwycasz się jakimś fejsbukowym challengem, idzie viral. Wszystko jest takie szybkie, na teraz, zróbmy to, zróbmy tamto. Emocje na social media bezustannie skaczą. Od oglądania jak gdzieś wysadzane jest dziecko przechodzisz do postu z przepisem kulinarnym. Wszystkiego jest za dużo i w końcu nie możesz niczego poczuć. I to nam umyka. Gdybym zobaczyła rannego idącego ulicą, moją pierwszą reakcją powinna być chęć pomocy, nie wyjęcia cholernego telefonu i podzielenia się tym na social media. Coś zniknęło, jakaś bliskość między ludźmi. Zanikają duchowość i człowieczeństwo.  I to mnie martwi.

I to dobry znak.

No właśnie – kiedy przestajesz się tym martwić, wtedy zaczyna być coś nie tak. Jeśli żyjesz w tym świecie i nie masz zmartwień, coś jest naprawdę nie w porządku. Nie możesz żyć w tym świecie i nie być zestresowanym przez coś. To po prostu nie działa.

Według ciebie jedną z dobrych praktyk w walce ze stresem jest medytacja, prawda?

Jasne, najlepsze jest to, że możesz medytować na różne sposoby. Ludzie myślą o tym jednym, klasycznym, ale to nieprawda! Pozwól, że teraz użyczę sobie trochę naszego czasu i to wytłumaczę (śmiech). Nie chodzi o to, żebyś siedział na cholernej podłodze po turecku, z rękami położonymi na kolanach, robiąc „omm”, Hell no. Jestem zbyt intensywną osobą, żeby to robić. Kiedy mówię „medytacja”, mam na myśli wyznaczenie siedmiu minut dla samego siebie. Może być trzydzieści. Ważne jest to, że wtedy chodzi o ciebie. Nie o odpisywanie na wiadomości, e-maile czy zajmowanie się dziećmi. O ciebie, o zebranie myśli, skupienie się bez żadnych zakłóceń. Możesz skupić się na momentach, możesz skupić się na minutach. Możesz być pod prysznicem i medytować. Weź kąpiel, to też rodzaj medytacji, moment relaksu. Jesteś w trakcie brania głębokiego oddechu, skoncentruj się na oddechu, bo to naprawdę cię uspokoi.

Nawet w trakcie kąpieli ludzie przeglądają cholernego facebooka.

O to to! Muszą przestać, zostawić telefon poza łazienką.

Świadomość tego zjawiska jest trochę przerażająca.

No bo co tak naprawdę stanie się w ciągu tych siedmiu minut bez telefonu? Będąc dzieckiem bawisz się gumowymi kaczuszkami, siedzisz w wannie, celebrujesz ten czas do momentu, w którym mama mówi, że siedzisz tam zbyt długo i pora wychodzić. Teraz nawiedza cię myśl, „kurwa, serial się zaczął” i wyskakujesz z cholernej wanny. To ogromna zmiana, która dotknęła wszystkie pokolenia.