Jak przenieść bardzo ciężką elektronikę do świata jazzu, a nawet rocka, najlepiej wie pewnie grupa Pink Freud. Balansując na granicy wielu gatunków, panowie pokazują przede wszystkim jak ważna w muzyce jest więź między członkami zespołu. Apogeum tego zrozumienia przypadło na koniec ubiegłego roku, a dokładniej występ podczas ósmej edycji Wrosound. Świetnie było to widać z widowni, a objawiało się przede wszystkim nieskrępowanym improwizowaniem, dużą pewnością gry i luzem, z jakim przychodziło im wykonywanie kolejnych kompozycji duetu Autechre. Publika nie ukrywała zachwytu, podobnie zresztą jak sami artyści. Rozmowa z całym zespołem to przede wszystkim studium muzycznego spełnienia, ale i wysiłku, jaki należy włożyć, by zamienić występ w coś więcej.

znaczek

Dzisiaj dzień wyjątkowy. Zagraliście właśnie ostatni w tym roku koncert z materiałem Autechre. Licząc jesienną trasę, ten właśnie był trzynastym. Szczęśliwa trzynastka?

Adam Milwiw-Baron: Bezwzględnie szczęśliwa. Aż żałuję, że to jest ostatni koncert z tej trasy, bo jest w zasadzie pierwszym, podczas którego doprowadziliśmy do tego, że zagraliśmy to tak podświadomie – po swojemu. Nie potrzebowaliśmy już kontroli nad tym materiałem. To, co słyszeliście, to bezwzględnie był Pink Freud.

Czyli cała ta trasa, przerabianie tego materiału było ciągłym dążeniem do perfekcji?

Adam: To było perfekcyjne od początku. Nie, że nas to zaniepokoiło, nie, że zawstydziło, ale w pewien sposób może onieśmielało. Bo my to troszeczkę tacy dzicy jesteśmy i cały czas dążyliśmy z tym materiałem, po stworzeniu tego, co usłyszeliście dzisiaj, do momentu, kiedy będziemy mogli rozłożyć skrzydła i po prostu polecieć tak totalnie po naszemu. Każdy koncert był piękny, ale to ostatni koncert z trasy dał nam tyle radochy, tyle wolności, tyle kontroli nad każdym dźwiękiem, nad każdym dmuchnięciem w trąbkę, każdym dotknięciem strun czy każdym przesunięciem pałki po membranie bębna. To jest niesamowite spełnienie. Ja wiem, że mówię teraz sam, ale mogę to przyznać za każdego chłopaka z zespołu, że to, co było dzisiaj, było spełnieniem naszych marzeń.

Wojtek Mazolewski: W zasadzie Adam powiedział wszystko, co chciałbym powiedzieć. Mogę dodać tylko, że rzeczywiście – długi czas przygotowywaliśmy się do tego, żeby zacząć to grać. Zanim w ogóle wyszliśmy na scenę z tym materiałem, to przerabialiśmy go dobre 3 lata. Więc, to faktycznie było już perfekcyjnie przygotowane i dobrze wiedzieliśmy, jak to ma brzmieć i, że chcemy dać tym utworom duetu z Manchesteru nowe życie. Zupełnie inne brzmienie, zupełnie inny charakter. I tak było od początku.

Adam: Dzisiaj nastąpiła przepiękna klamra, która w mojej opinii finalnie zapięła całą przygodę z tym materiałem, czyli chęć, która objawiła się w postaci nieśmiałych rozmów, że „Hej, panowie, może zróbmy to, bo to jest fajne. Słuchamy tego cały czas, to zróbmy nasze remiksy tych utworów, zinterpretujmy je po naszemu. Okej.” To trwało bardzo długo, bo ten materiał jest dość trudny. Sam proces przygotowywania tego był bardzo żmudny i niejeden teoretyk muzyki mógłby napisać doktorat o tym, jak my ten album przygotowywaliśmy, rozkładając ich utwory na kawałki, reorkiestrując je, rearanżując i składając z powrotem w coś, co miało już inną tożsamość. Potem zaczęły się koncerty. I w momencie, kiedy mogliśmy improwizować, chwytać chwile i uczucia, które pojawiają się podczas grania 4 jegomości na scenie – rozwijaliśmy ten materiał. Potem okazało się, że w pewien sposób nas to zamyka i staraliśmy się to otworzyć. Jesteśmy szczęśliwi, że ta przygoda, a w zasadzie pierwszy jej rozdział, tak się zakończył.

Wojtek: Trasa od samego początku przebiegała pięknie; koncerty były wzruszające i mocne. Po tym wszystkim okazuje się, że jesteśmy w takim nastroju, bo wszytko co mieliśmy do zagrania, po prostu zagraliśmy. I fakt, że w pewnym momencie możemy polecieć o jeden most za daleko, spowodował, że zagraliśmy 100% Freud’a w Autechre, a o to od samego początku nam chodziło. To jest piękny moment, w którym kończymy, przynajmniej w Polsce, takie regularne koncertowanie z tym materiałem i zabieramy się za coś nowego. To piękne otwarcie dla nas, żeby teraz usiąść i robić nowy program.

pinkfreud_wrosound_jerzywypych-4

fot. Jerzy Wypych

Ja też muszę pójść o krok dalej i zapytać: co się szykuje?

Adam: Ja może tak brzydko powiem, ale szykuje się coś, co wyrośnie z frustracji i tęsknoty. Zacznijmy od tego, że bardzo trudno jest grać cudzą muzykę tak, aby była twoją. To jest coś, co można doprowadzić do perfekcji, ale w takiej kwestii estetycznej, a w kwestii uczuciowej…

Wojtek: … perfekcja nie jest satysfakcjonująca. Sam fakt wykonania czegoś nawet tak, jak sobie założyłeś, to nie jest dla muzyka czy artysty, czy kogoś, kto tworzy, spełnienie. Może i jest – na początku, ale na tym trochę polega nasza muzyka, że osiągnięcie perfekcji to stan, który dla nas jest tylko OK. (śmiech) Musi być coś więcej. Bo nasza muzyka żyje tylko wtedy, kiedy gramy. Kiedy jesteśmy na scenie. Musimy znaleźć w sobie tę moc, tę siłę, motywację i inspirację, żeby pchnąć to gdzieś dalej, a zdarza się to zazwyczaj bardzo spontanicznie. Tego nie można wypracować. To jest kwestia naszego współdziałania jako grupy. To zależy nie tylko od działań muzycznych, ale też od naszego samopoczucia, od kondycji czy od wzajemnych relacji.

Adam: Jesteśmy trochę dziadami starej daty, bo traktujemy muzykę jako sztukę chwili, czyli jako sztukę, która dzieje się tylko „tu i teraz”, jednokrotnie. To, że możemy ją teraz zarejestrować, wyprodukować, przygotować, czy, że można sobie ją odtworzyć i potem słuchać, słuchać i słuchać, to jest coś, co tą muzykę zgwałciło, bo muzyka, zwłaszcza grana prosto z serca jest dostępna jednokrotnie nie tylko dla słuchacza, ale i dla muzyka. Dla wszystkich muzyków, którzy żyją w zespole.

Czyli następny materiał będzie wyłącznie grany na żywo?

Adam: My nie chcemy czegokolwiek zakładać. Każda płyta Freuda powstawała w taki sposób, że ona wypływała z chwili. Na tak zamkniętej formie, jaką jest album, który trzeba nagrać, zmiksować i wydać, my zawsze dbamy, żeby to odpowiadało temu, co obecnie dzieje się w naszych sercach.

Za te kompozycje zabieraliście się raczej jako fani brytyjskiej formacji, czy spoglądaliście na niego profesjonalnie, zdecydowanie bardziej chłodnym okiem?

Adam: Jedno i drugie.

Nagrania Autechre opracowaliście razem, czy robił to każdy z osobna na swój instrument?

Wojtek: Zawsze pracujemy razem. Nasz zespół polega na tym, że to naprawdę jest team. Tutaj każdy wnosi 100% siebie i bez takiej filozofii, bez takiego poczucia, że oddajemy się w całości, ten zespół nie istnieje. I jak nam się zdarzają problemy czy brak kontaktu, to kapela nie działa. Tak to funkcjonuje. Musimy mieć „full’a”. (śmiech)

Rafał Klimczuk: Weźmy an przykład pracę nad kawałkiem „Bike”. W oryginale jest on taką magmą ambientową, gdzie temat, w którejś linii, bardzo pięknie przewija się.  Stwierdziliśmy, robiąc niektóre numery bardzo podobnie, że ten chcemy przearanżować na swoją nutę i zrobiliśmy go w trochę innym rytmie i aranżu. Naraliśmy go początkowo na próbach, na starego iPhone’a. Potem, gdy go odsłuchaliśmy, to bas nagrał się z przesterem. Graliśmy sobie ładnie: puuum, pum puum, pum… , a na nagraniu wyszło: bhaauhmmm, bhouhm, brouuuhhhh, bhooouuuhh. I mówię: Jeest! To jest to! Więc wjechał fuzz i tak już zostało, no. To są też takie momenty, które inspirują nas do tego, żeby w tę stronę iść.

Wojtek: Bo to jest czas, praca i bycie razem. To jest coś, co nas nakręca. Wystarczy, że wyjedziemy gdzieś na parę dni razem, nieważne gdzie – po prostu od razu przenosimy się w jakiś taki wymarzony świat. Trudno mi to opisać. Ledwie wczoraj żeśmy się spotkali, po paru chwilach niewidzenia się. Każdy z nas w międzyczasie ciężko pracował. Ja byłem na trasie, Rafik grał z Pezetem, Adam ogarniał szkołę, grał koncerty. Każdy więc był zmęczony. Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że mam zapalenie płuc i nie jestem w stanie podnieść się z łóżka, ale wstałem, i po spotkaniu z moimi kolegami, dzisiaj rano obudziłem się zdrowy. Bo tego mi trzeba. Kiedy jesteśmy razem, kwitnie coś więcej niż jestem w stanie wymyślić czy zrobić. Nakręcamy się chwilą. Tu i teraz jest momentem najważniejszym na scenie, ale to świetnie, że potrafimy to znaleźć też poza nią. Ten wspólny czas jest tak inspirujący, że od razu pojawiają się nowe pomysły na płyty, na utwory, na działanie.

Czym różniła się wrażliwość, jaką w Autechre odnajdywaliście najpierw słuchając ich, później przez lata przerabiając ten materiał, a potem wykonując wykonując go na żywo?

Adam: Przyznam, że bardzo trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, bo gdy jesteś fanem jakiegoś artysty, słuchasz go i inspirujesz się uczuciami w jego muzyce, można powiedzieć, że wzorujesz się na rzeczach czy emocjach, które on potrafi za pomocą dźwięków wykreować – tez starasz się zaczerpnąć to do swoich dźwięków. My jesteśmy przesiąknięci w dużym stopniu Autechrami, więc trudno mi te etapy rozdzielić.

pinkfreud_wrosound_jerzywypych-1

fot. Jerzy Wypych

Nie odnajdywaliście w międzyczasie nowych emocji?

Adam: Wojtek Mazolewski, Karol Gola, Rafał Klimczuk i Adam Milwiw-Baron są zlepieniem dźwięków i emocji innych artystów, więc jeżeli zdecydowaliśmy się zabrać za ich materiał, to znaczy, że inspirował nas na tyle, że on już w nas był.

Wojtek: Kiedyśmy się już wzięli za materiał, to była to jakby zupełnie nowa koncepcja na zespół.

Adam: Pink Freud nigdy nie nagrał w całości czyjejś muzyki. Pojawiały się cytaty, remixy – tak jak przepiękny utwór Nirvany, „Come As You Are”, ale nigdy nie nagraliśmy całej płyty z cudzym materiałem.

Wojtek: Ale za każdym razem, kiedy braliśmy się za czyjś materiał, nigdy nie wynikało to bezpośrednio z fascynacji danym zespołem. W zasadzie przy Autechre pierwszy raz tak się zdarzyło, że chodziło o to, że chcemy wyrazić wielki szacunek, a wręcz zwrócić uwagę słuchaczy na tę bardzo zadziwiającą, niszową muzykę. W mojej ocenie na przykład, ich kompozycje są klasyką. Uważam, że to za parę czy parędziesiąt lat będzie tak samo ważne, jak Bach, Coltrane, Mingus itd. To jest, w całej elektronice, która się zdarzyła przez ostatnie 20 lat, ewenement. To jest trochę inne. Coś, co za każdym razem otwierało nowy kanał w myśleniu o kompozycji. To nie było copy – paste (kopiuj – wklej, przyp.red.), to nie był Aphex Twin ani Roni Size. Tutaj się pojawiło coś innego. Ktoś wykorzystał elektronikę, żeby tworzyć kompozycje otwarte. Pamiętam, kiedy jeszcze byłem młodym człowiekiem i lubiłem narkotyki (śmiech), to siedziałem wieczorami zafascynowany tym, że tam muzyka zmierza w nieskończoność. Że ona się się zaczyna i nie chce skończyć. Nie ima się z żadną elektroniką z danego czasu.

Adam: Ważne jest, jakiego instrumentu twórca używa, żeby wywalić dźwięki prosto z serducha – jakiego przekaźnika czy narzędzia. Elektronika powoli zaczyna się otwierać. Powiem szczerze, że ja już nie kumam, jak oni kurwa to robią. Do tej pory wszystko byłem w stanie przeanalizować muzycznie i technicznie i wszystko było dla mnie zrozumiałem wykonawczo, natomiast Autechry, którzy zaczynali w latach 90-tych, od samego początku pokazywali taki perfekcjonizm wolności w wykorzystaniu instrumentu, który ze swojej genezy jest skazany na repetytywność, bardzo mocne wsadzenie w jakieś konkretne ramy i duże ograniczenia, przede wszystkim rytmiczne. A oni to przełamali. To są kolesie, którzy coś zmienili w muzyce elektronicznej.

Rafał: Wracając do pytania. Nasza wrażliwość i nasza interpretacja szły w tą stronę, że każdy etap pracy z tym materiałem był inny. Tworzenie było inne, nagrywanie było inne, początek grania tego na koncertach był inny i teraz, tak jak Adam powiedział, ta klamra też ma zupełnie inny wymiar. To też może jest kompatybilne z ideą ich grania. Że to jest nieskończone i  wciąż się rozwija. Nawet w formie grania i ewoluowania na koncertach.

Wojtek: W momencie, kiedy fascynowała mnie muzyka Autechre, kiedy ich słuchałem, była ona pewnym absolutem – dziełem, które prawdziwie zachwyca samym faktem, że zaistniało. Starając się namówić zespół do tego, żebyśmy to zrobili, i kiedy zaczęliśmy się za to zabierać, nie chciałem tego naśladować. Ani muzyki, ani zagrywek czy melodii. Tylko odnaleźć ten sam klucz, który pozwoli nam w dzisiejszych czasach zrobić to samo, biorąc w zasadzie tylko jakąś ideę. I tak właśnie podeszliśmy do tego. Mimo, że my gramy w zasadzie od czasu trochę tych melodii, rytmów itd., ale my dziś potrafimy bardzo daleko od tego odchodzić, ponieważ rozumiemy poniekąd filozofię tej muzyki. Nie chodzi o to, żeby to wykonać, tylko, żeby tym grać i żeby tym być. Albo o jeszcze jeden krok dalej.

Adam: Ważne jest jeszcze to, co mnie osobiście bardzo uszczęśliwia, a mianowicie fakt, że ta muzyka, mimo tych wszystkich naszych tęsknot i zabiegów, nie traci swojej tożsamości. Dalej jest utworami duetu, którym nie jest Pink Freud.

Czy ta otwartość, o której mówiliście w kontekście Autechre, jest kluczem do ekstazy odczuwanej przez was w tym momencie?

Wojtek: Mieliśmy okazję poznać się z duetem Autechre i porozmawiać. Oni są zupełnie inni jako ludzie i jako twórcy. My też, mamy inny sposób wyrażania się i tak jak nas fascynuje ich sposób komunikacji, tak, nas wszystkich cieszy fakt, że ich fascynuje nasz tryb. Pewnie dlatego, że jest zupełnie inny. Panowie z Manchesteru są mega konceptualni i zamknięci w tym jak są prezentować. Mają takie podejście, że komunikacja z publicznością nie jest ich głównym celem. Nasza energia polega na tym, że my się chcemy skomunikować, chcemy być z Wami i tu i teraz pracować nad tym jak otworzyć siebie, Was i cały ten pierdolnik.
Karol, może ty chciałbyś się wypowiedzieć?

Karol Gola: Cały czas mam w pamięci to nasze podejście podczas rozpracowywania tego materiału, które pojawiło się i było barierą, a my staraliśmy się ją sprytnie obejść. Chodzi o taką fizyczność – w ogóle wykonanie tego materiału. W taki sposób się nie gra po prostu. Nasze instrumenty nie zostały stworzone do tego, żeby zapętlać, na przykład na dętym instrumencie, jakąś frazę i odgrywać ją praktycznie przez cały utwór. Przy czym energia musi rosnąć i musi iść w parze z tym, co dzieje się w tej fakturze.

Rafał: Nie wiadomo, kiedy oddech wziąć.

Karol: No właśnie. Ani na to, ani żeby przełknąć ślinę czy nawet się na chwilę zastanowić. Kluczowym też dla całego projektu było to, co zrobił Rafik na bębnach, bo, tak naprawdę, jego zasługa tutaj jest przeogromna i gdyby nie jego czysto zero-jedynkowe podejście w rozkminianiu tych rytmów, to nawet byśmy o tym nie rozmawiali. Dalej byśmy siedzieli i to rozgrzebywali.

Wojtek: W Pink Freud grało wielu utalentowanych bębniarzy i wszyscy byli świetni, ale kiedy dołączył do nas Rafał, to niektórzy myśleli, że nie daje nam on tego, co mógł mieć ktoś wcześniej. Myślę, że dzisiaj wszyscy oni mają odpowiedź, czemu ten facet jest na tym stanowisku. (śmiech)