“Muzykę elektroniczną zaczęłam tworzyć po maturze, w szkole nie było czasu na robienie czegoś na boku”. W pewnym momencie przyszła przeprowadzka do Berlina, otworzenie się na całą gamę artystycznych bodźców i szukanie przepisu na połączenie nieco industrialnych tanecznych produkcji z żywym wokalem. W europejskiej stolicy techno życie nie toczy się tak szybko, jak mogłoby się wydawać, nie czuć wyścigu szczurów – obszar twórczy poszerza się sam, pożerając różnorodne inspiracje, od klasyki, przez psychodeliczny jazz, po hipnotyczny neo soul.

Pytanie o pochodzenie pseudonimu zawsze wydaje się być za bardzo sztampowe – weź tu je zadaj i nie poczuj się idiotycznie. Czasem wyjaśnienie przychodzi samo, nawet jeśli po drodze zostanie dotknięte jakąś cząstką nadinterpretacji. Grunt, że pasuje – także niech MIN t będzie czymś nowym, czymś świeżym, szczególnie na polskiej scenie. Na tej, na której zauważył ją Piotr Bejnar z OTAKE Records i w “szkicach szkiców” dostrzegł album. Ten aktualnie się miksuje i czeka na jesienną premierę, częściowo pojawiając się na ekscytujących live’ach. Pełnych mrocznej tanecznej energii, efektownych wokali i – o ile określenie to jawi się jako oklepane – eklektyzmu. Trudno nazwać inaczej wirujące połączenie rapu, soulu, połamanych bitów i industrialnych naleciałości.

Poznajcie Martynę, nowy nabytek nie tylko OTAKE, ale również wrocławskiego kolektywu regime. Ma za sobą 12 lat gry na fortepianie, Turn The Lights Down EP, poszanowanie dla harmonii i świetny pomysł na samą siebie.  

znaczekJak Ci się żyje w Berlinie? Nie w kontekście społecznym czy ekonomicznym, bardziej artystycznym.

Berlin daje mi wolność. Nie martwię się, nie myślę non stop o tym całym wyścigu szczurów. To miasto jest bardzo otwarte – każdy żyje jakby w wolniejszym tempie, chociaż mogłoby się wydawać, że jest na odwrót, bo “duża europejska stolica i tak dalej”. Mam spokój artystyczny – wolną głowę do tworzenia.

W tym mieście przede wszystkim jest mnóstwo artystycznych bodźców, ten natłok bardziej blokuje czy inspiruje?

Chyba inspiruje – spójrzmy chociażby na to, jak zachowują się ludzie, to o czym mówiłam. Przede wszystkim jest cała masa darmowych eventów, można posłuchać świetnej muzyki, czy to w lokalu, czy w parku, spotkać świetnych ludzi, którzy po prostu jarają się tym, co robisz. To trochę odkleja od muzycznego środowiska w Polsce, które jest nieco hermetyczne – przynajmniej takie mam wrażenie.   

Right here, right now, nie musisz się martwić tym, że jesteś albo nie jesteś w jakimś top 10 obiecujących polskich artystów.

Z drugiej strony niby w tym Berlinie jestem, ale ciągle nieznana, więc to zupełnie coś innego. Teraz mówię z perspektywy człowieka, który dopiero się wprowadził – próbuje się zaczepić.

No tak, to jest ta sfera tworzenia – może niekoniecznie jest lepiej z promocją samej siebie, tutaj musimy już wrócić do Polski, ważne są tutejsze media i tutejsze koncerty.

Oczywiście, więc też do końca nie wiem, jak to porównać. Jeśli chodzi o samo życie, jest naprawdę świetnie – z czasem, który upływa, czuję się tam coraz lepiej, coraz bardziej jak u siebie.

W zeszłe wakacje zdarzyło Ci się nawet grać na paru niemieckich festiwalach.

To były takie mniejsze festiwale, teraz będę też grać na 48 Stunden Neukölln, na łodzi – każdy może sobie wejść, posłuchać pół godziny muzyki, potem wyjść. I tak płyniemy dalej przez rzekę, fajna sprawa.

Jaki jest odbiór tych mniejszych artystów w Berlinie? Na polskich festiwalach zawsze smuci mnie widok 5 osób pod sceną w przypadku średnio znanych projektów.

To oczywiście zależy od promocji jakiegoś wydarzenia, jak zawsze – ale tak, w Berlinie ludzie chyba bardziej szukają, chcą małych undergroundowych miejscówek, cieszą się nimi.

A przy okazji chcą też czegoś nowego, jednak to, co robisz – elektronika połączona z żywym wokalem – jest jedną z tych nowych ścieżek w muzyce tanecznej. Łączysz koncert z live actem.

Wszystko wzięło się z tego, że chciałam zacząć działać sama. Sama, sama, sama. Chciałam spełniać swoje muzyczne fantazje i wtedy zobaczyłam, jak ogromną siłą jest komputer. Mogłam stworzyć takie brzmienie, jakie chciałam. To było ze 3, 4 lata temu, przyszła zajawka na elektronikę – chciałam podążać w tanecznym kierunku, szukać tanecznych rzeczy. Zawsze odczuwałam brak wokali w muzyce elektronicznej, często po prostu podśpiewywałam do różnych kawałków. Wtedy pojawił się pomysł – dlaczego nie zrobić tego samemu? Własne piosenki, tak jak lubię, jakich ja chciałabym słuchać.

A przed elektroniką był jazz.

Była szkoła jazzowa we Wrocławiu, wcześniej klasyka. Więc ta podróż wydaje się być odwrotna.

W teorii chronologiczna, jedno wynika z drugiego.

W sumie racja, w elektronice jest mnóstwo jazzu. Nawet klasyka… teraz zaczynam tak sobie myśleć – we współczesnej muzyce klasycznej jest dużo harmonii, których dalej się używa. Często postrzegamy muzykę jako jakiś styl, ale ona ma te same elementy, które miała kiedyś – harmonie powtarzają się non stop, rytmy też. Po prostu wymyślamy nowe słowa.

Nowe melodie, nowe urządzenia.

Tak, ale jeśli chodzi o podstawy  – harmonię i rytm właśnie, to wszystko gdzieś już kiedyś było, nie? Na moim albumie znajdzie się przearanżowany utwór Karola Szymanowskiego, kompozytora XX wieku i tak myślę… kurczę, na harmonie trudno wpaść samemu, są strasznie skomplikowane, a z muzyką elektroniczną brzmią odlotowo. Fajna zabawa. Mam jakiś sentyment z tej szkoły muzycznej, przez 12 lat grałam na fortepianie te wszystkie klasyczne kompozycje. Czasami, kiedy nie umiem zainspirować się muzyką współczesną, powracam do klasyki. To bardzo ożywcze, czyste w formie, bez kombinowania.

A jak wyglądało przejście od jednego do drugiego?

Muzykę elektroniczną zaczęłam tworzyć po maturze, w szkole nie było czasu na robienie czegoś na boku. Jeśli jesteś w szkole muzycznej i masz egzamin na koniec roku, to zdarza się, że musisz spędzić nad instrumentem osiem godzin dziennie. Nie ukrywam, nie byłam jakąś super pianistką, ale żeby to w ogóle siadło, zagrało, musiałam spędzić nad ćwiczeniami sporo czasu. Te utwory to kolubryny – weź tu zagraj koncert fortepianowy z pamięci.

To też chyba trochę zabija kreatywność.

Dlatego tak bardzo czekałam, aż skończę szkołę (śmiech) – dobra, teraz mam czas, teraz kupuję rzeczy i zaczynam robić. Miałam problem z improwizacją, przez szkołę klasyczną zawsze jej się trochę bałam. Próbowałam i pojawiało się “kurczę, przecież muszę to mieć napisane, nie mogę tego robić z głowy”. Jednak im mniej się ćwiczyło, tym bardziej wracała kreatywność. Wiadomo że technika zanika, ale na niej zależy mi mniej, nie idę w kierunku bycia pianistką, ani klasyczną, ani jakąkolwiek.

To, co słyszy się u Ciebie, to nie jest easy listening, mam wrażenie, że lubisz, jak jest trochę chaosu, dużo małych industrialnych elementów.

Lubię industrial, lubię dużo rzeczy, czasem chyba za dużo. Może faktycznie warto byłoby dać tego mniej. Nigdy nie przestanę się nad tym zastanawiać. Im więcej robisz, tym więcej pojawia się wątpliwości.  

Jeżeli jesteś w tym w stu procentach szczera, to chyba wszystko git?

No i jeśli to pójdzie w fajnym kierunku i ludzie to polubią, to zajebiście! To coś, czego chcę. Jednak kiedy coś ci nie wychodzi, musisz pomyśleć.

Uważasz że coś Ci na debiutanckiej EP-ce nie wyszło?

Lubię te utwory, ale w tym momencie są dosyć podstarzałe. Jedyne, co bym zmieniła, to miks, tak, żeby te piosenki brzmiały jeszcze lepiej. Może czasem, jak coś słyszę, to w głowie pojawiają się inne potencjalne rozwiązania, ale staram się nie uciekać w tę stronę – bo po co? Jest to fajne – fajnie brzmi.

Na nowym albumie ciągle znajdziemy jakieś industrialne naleciałości?

Nooo, pojawiło się tam też trochę psychodelii. Ten album będzie żywszy, połączony z żywymi bębnami i gitarami. Nie wszędzie, ale właśnie gitary będą eksperymentalno-psychodeliczne. Chciałam żywą perkusję, bardzo jaram się bębnami. Tak sobie czasem myślę, że do tej szkoły muzycznej, to zamiast iść na fortepian, mogłam iść na bębny. Kurczę.

Nic dziwnego, obracasz się w nurcie, którym rządzi rytmika. Brakowało Ci tych żywych instrumentów?

Tak, też zawsze z takimi pracowałam, od pierwszych muzycznych kroków. Fortepian, pianino, wkoło muzycy, nie producenci, a przecież trzeba próbować różnych rzeczy.

Ostatnio spróbowałaś z tekstem po polsku.

Na razie jednorazowy wyskok, chciałam sprawdzić, jak to wyjdzie. To nie był mój utwór, ja dołożyłam tylko wokal, ale fajnie było obczaić jak brzmię. Jednak jak słucham jakiegoś swojego utworu po angielsku, to ten głos się zmienia, jego barwa. Do tego angielski jest bardzo płynnym językiem, lepiej się śpiewa, ładniej to brzmi.

Jesteś typem artystki, która woli live czy tworzenie w domowym zaciszu? A może i to, i to?

To i to lubię na tym samym poziomie. Inna forma ekspresji, tutaj sobie siedzisz, kminisz, masz czas, nie musisz się zmieścić w pięćdziesięciu minutach. Na koncercie jest publika, która reaguje, która chce cię słuchać, albo i nie (śmiech), jest różnie. Poza tym na scenie czuję się bardzo dobrze, od małego grałam w teatrze, jestem ekspresyjną osobą, fajnie jest się pokazywać nie tylko muzycznie, ale i fizycznie, scenicznie.

Jak wygląda improwizowanie w trakcie koncertów?

Sety są raczej przygotowane, z małymi elementami improwizacji – a tu dogram sobie inną melodyjkę, która akurat przyjdzie mi do głowy. Ale forma pozostaje ta sama. Jeśli miałabym dodatkowo myśleć o formie, to może i bym nie dała rady, muszę mieć wszystko wcześniej przygotowane, to też chyba pozostałość z tego klasycznego sznytu, na scenie bawię się gotowcami.

Improwizacja raczej jest wokół czegoś, wokół jakiegoś tematu, także wszystko się zgadza. A żeby ugryźć temat tworzenia jeszcze od innej strony, masz jakichś ulubionych kompozytorów?

Słuchałam bardzo dużo Billa Evansa i Johna Coltrane’a, z naciskiem na pierwszego z nich, jego instrumentem też był fortepian, pianino, a pianino do mnie przemawia. Oprócz tego oczywiście Miles Davis.

…skoro ta psychodela Ci się wkradła na album.

(śmiech) Tak, Bitches Brew – jak pierwszy raz usłyszałam ten album, to miałam reakcję “jezus maria, co to jest? ale zajebiste”. Dopiero poznawałam bardziej odjechaną muzę. Uwielbiam też Roberta Glaspera, ale to już nowsza szkoła, młodsze nazwisko. Byłam i jestem fanką, Black Radio to płyta, dzięki której zrodziła się moja wrażliwość.

Dobra, mamy jazz, mamy klasykę, 12 lat nauki na fortepianie, szkołę muzyczną, jakieś takie poukładanie, poszanowanie dla harmonii. A z drugiej strony mamy miejskość, luz, w który się wpisujesz, chociażby poprzez social media.

No właśnie, dlatego ta szkoła muzyczna… kurczę, skończyłam ją, bo kochałam muzykę, ale to, że tam pasowałam – tego bym nie powiedziała. Miałam super nauczycielkę od fortepianu, która nauczyła mnie fajnej wrażliwości. Wiedziała, że mam w sobie tę romantyczną stronę, bardziej muzykalną niż techniczną. Nie wiem, kiedy zmieni się otoczka szkoły muzycznej, fajnie by było, gdyby ludzi zaczęto bardziej otwierać. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale czasem zastanawiam się, czy niektórzy z nich mieli do tego wystarczająco dużo serca. Wiesz, to trochę wyglądało tak, że kończyli, bo zaczęli.

No bo musisz mieć zajawkę, musisz sam eksplorować, a nie tylko powtarzać. I tej zajawki jest dużo w kolektywie regime, do którego niedawno dołączyłaś.

Regime poznałam przez swojego chłopaka, Kamila, Baby Meelo – zobaczyłam fajnych, kreatywnych ludzi, którzy budują coś od zera i pną się w górę. Jest to oparte wyłącznie na zajawie, nie na jakiejś żądzy zarobku. Nasza współpraca dopiero się rozpoczyna, jestem dobrej myśli. Z wcześniejszym managementem drogi mi się rozeszły. Także będziemy działać, jest porządny plan na całą moją muzyczną podróż przed i po albumie.

Masz jakąś unikalną muzyczną kulturę, z którą się utożsamiasz?

Kurczę, zawsze jarałam się tym Berlinem. To było moje wymarzone miejsce, chciałam tam robić muzę, chodzić do tamtejszych klubów. Z czasem to wszystko nieco się zmieniło, ale jest świetnie, spełniłam swoje marzenie. Utożsamiam się z tą sceną, z rzeczami, które się tam dzieją – od znakomitego free jazzu po eksperymentalną elektronikę, to jest właśnie to, co lubię. Jak myślałam o Berlinie wcześniej, to widziałam muzykę klubową, ale jak już się przeprowadziłam, to zobaczyłam, że tam tak naprawdę jest wszystko, a te rzeczy, które dzieją się poza znanymi klubami, często są dużo ciekawsze. To też wpłynęło na moją płytę.  

Tworzenie albumu przyszło Ci łatwo i szybko czy jesteś typem perfekcjonisty, który dba o każdy szczegół?

Myślę, że chyba nie. W ciągu kilku lat powstało parę utworów, w poprzednie wakacje usiadłam i zrobiłam resztę. A ta reszta powstała w sumie w dwa tygodnie – mówię “wow, o kurde, mam piosenki, super”, później trzeba było je dopracować, stworzyć teksty. Piszą je moja siostra i mój chłopak. Nie jestem uzdolniona w tym zakresie (śmiech). Musiałam znaleźć brzmienie, formę, musiałam to nagrać i z tym chyba było najwięcej roboty – z wokalami.  

Całość od początku do końca według Twojej wizji, żadnego innego producenta?

Właśnie tak, dodatkowo mam perkusistę i gitarzystę, jak wspomniałam. Chciałam, żeby to wszystko było moje.

Na swojej drodze w pewnym momencie spotkałaś OTAKE Records.

A na jesieni płyta, która jest już gotowa, teraz się miksuje. Piotr Bejnar odezwał się do mnie, “słyszałem, że masz jakiś materiał do wydania”. “No, coś tam mam”. Na początku myślałam o EP-ce, wysłałam mu trzy utwory. “Podeślij więcej” – ale to były takie szkice szkiców, które finalnie mu się jednak spodobały, także bardzo się ucieszyłam. W końcu dogadaliśmy, że to robimy, że on słyszy album, że chce otworzyć się na nowe rzeczy w swojej wytwórni

Twój styl zdecydowanie byłby nową rzeczą dla większości wytwórni.

Może i tak. Myślę też, że moja elektronika jest… trochę inna, bardziej poszukująca, mam nadzieję, że w ambitnym kierunku. Chciałabym, żeby była tak postrzegana. Trzeba trzymać kciuki, żeby wszystko poszło dobrze.

Zamykając – czym się ostatnio zasłuchujesz?

Non stop słucham ostatniego albumu A/T/O/S. Podoba mi się ten mroczny klimat, jest duszno, jest fajny neo-soulowy wokal, który zawsze przemawia do mojego serca.