Jeśli Waszym głównym skojarzeniem z łotewską sceną alternatywnego rocka jest Brainstorm, to… dobrze, ale powinniście nieco odświeżyć playlisty. Od kilku lat do świadomości europejskich słuchaczy przebija się z północnego wschodu grupa Carnival Youth. Prowadzona przez dwójkę bliźniaków, Edgarsa i Emilsa Kaupersów kapela skutecznie podtrzymuje indie gitarowe tradycje, komponując zwiewne, a przy tym bardzo przyjemne melodie. Kilka miesięcy po wydaniu albumu krążka Propoller, podczas koncertowej wizyty w Polsce, udało nam się namówić ich na krótką rozmowę.

znaczek

Jakie są plusy i minusy pracy z bratem? Ciężko działa się razem? Wszyscy znamy przypadek braci Gallagherów z Oasis.

Plusem na pewno jest to, że możemy się sprzeczać i ze sobą w pewien sposób walczyć, a inni będą to odbierać jako zupełnie normalną rzecz, coś co jest normalne w braterskiej relacji. Często jesteśmy w stanie czytać w swoich myślach, co momentami bywa już nudne i przewidywalne. Minusy… może to, że widzisz jedną i tą samą twarz od dnia swoich narodzin, i wiesz, że będzie tak każdego dnia aż do śmierci. Ale to też jest piękne, w pewnym sensie. Zupełnie szczerze jednak, wszystko co do tej pory spotkało nas w życiu jest zupełnie cudownie, naprawdę.

Ostatnie lata nie były łatwe dla indie rocka, mainstreamem zawładnęły czarne dźwięki, na wpół z elektroniką. Czujecie, że moda na indie przeminęła?

Myślę, że nie przywiązujemy zbyt dużej wagi do tego co obecnie jest na mainstreamowym szczycie, indie rock jest tym, co w tej chwili tworzymy. To jest po prostu to, co lubimy. Nikt jednak nie powiedział, że nie możemy napisać czarnego, elektronicznego albumu w przyszłości, jeśli tylko poczujemy, że chcemy to zrobić.

Wasza muzyka niewiele się zmienia na przestrzeni lat, co w gruncie rzeczy jest fajne. Nie myśleliście jednak o eksploracji innych, nowych dźwięków? Może więcej syntezatorowego, elektronicznego brzmienia?

Dziękuję za te słowa, i tak, również intensywnie myślimy o poszerzeniu dźwięków, na których bazujemy. Chcielibyśmy poeksperymentować z większą ilością syntezatorów i sampli, ale myślę, że wciąż naszą głównym brzmieniem pozostaną żywe instrumenty, jak perkusja, gitary, pianino i tak dalej. To po prostu zawsze brzmi dobrze i możemy grać tą muzykę na żywo ze sceny, nawet jeśli nie jest to wedle głównego nurtu, jak wspomniałeś.

Muzyka, którą tworzycie brzmi bardzo beztrosko i słonecznie, świetnie wpisuje się w obraz letnich, plenerowych festiwali. Ciężko Wam utrzymać tą aurę na zimowych koncertach w klubach?

Zupełnie nie! Właściwie, to nie uważamy, żeby tak duża część naszej muzyki brzmiała zupełnie słonecznie. To prawda – kochamy grać na letnich festiwalach na świeżym powietrzu, ale klimat klubów także nam odpowiada. Czujemy w nich dużą intymność grania dla mniejszej ilości osób, w mniejszych przestrzeniach… myślę, że potrafimy dopasować swoje brzmienie do tych sytuacji. Ciężko jest natomiast nie oprzeć się wrażeniu, że im więcej ludzi pod sceną, tym gra się łatwiej, muzyka płynie swobodniej. 

Teksty na albumie „Propeller” bywają momentami mocno psychodeliczne. Gdzie znajdujecie inspiracje do tworzenia tak szalonych wersów jak w „Seagulls on Bicycles”?

„Propeller” jest tekstowo bardziej kolorowy od naszego debiutu. Inspiracje znajdujemy dosłownie wszędzie, począwszy od muzyki, której słuchamy, sztuki, filmów czy książek, które czytamy. Na przykład „1Q7/4” powstało pod wpływem noweli Haruki Murakamiego, 1Q84. Natomiast do napisania kawałka “Underneath The Water” zainspirował nas astrofizyk Carl Sagan i jego twierdzenie, że wszyscy żyjemy na „małej błękitnej kropce” we wszechświecie, na malusieńkiej planecie zwanej ziemią.  Przy “Fooling Myself” myśleliśmy o amatorskiej śpiewaczce Florence Foster Jenkins, tak popularnej ostatnio dzięki filmowi o jej życiu. “Seagulls On Bicycles” powstało po tym, jak zobaczyliśmy jedną z fantastycznych grafik Marca Johnsa, na której widnieje napis It’s amazing we’re able to get through the day. With no seagulls on bicycles, leading the way.” Czujesz to? To naprawdę niesamowite! To jednak tylko mała część naszych inspiracji, bo tak jak powiedziałem, nakręca nas wszystko dookoła. Może to być zwykły dym z komina, albo chłopiec z plastikowym pistoletem w ręku.

Jak zmienił się proces tworzenia Waszej muzyki od czasów „No Clouds Allowed”? Dojrzeliście trochę?

„No Clouds Allowed” nagrywaliśmy w naszej codziennej sali prób, więc samo wejście z „Propeller” do studia było dla nas krokiem  w przód. Doświadczenie całej magii, która wytwarza się w tym miejscu jest niesamowite. Przy pracy nad nową płytą na pewno więcej myśleliśmy, mnóstwo rozmawialiśmy ze sobą na temat utworów, analizowaliśmy je po kolei. To był bardziej skomplikowany proces, bo na pewno dojrzeliśmy też technicznie, w pełnym tego słowa znaczeniu. Praca nad tym krążkiem scaliła nas jako jeden organizm, staliśmy się sobie po prostu bliżsi.

To nie jest Wasza pierwsza wizyta w Polsce. Macie stąd dobre wspomnienia?

Najlepszą rzeczą, jaką możemy powiedzieć o Polsce jest to, że mamy wrażenie, że wszyscy są tutaj do naszej dyspozycji. Kiedyś, podczas jednego z koncertów  na backstage’u wybuchł mały pożar. Skończyło się na szczęście bez ofiar i to było naprawdę zabawne.

Jak wygląda obecnie sytuacja na Łotewskiej scenie muzycznej? Są zespoły, które chętnie wzięlibyście w trasę i pokazali całej Europie?

Nasza scena jest tak mała, podobnie zresztą jak cały nasz kraj. Mimo że mamy wielu naprawdę dobrych muzyków akademickich, świetnych dyrygentów i wspaniałe chóry, to scena rozrywkowa wygląda na naprawdę niewielką. Sprawdź sobie Ezeri, 100 Baltas Dvēseles i Instrumenti, koniecznie!