Przez wiele lat Tomasz Busławski pozostawał w cieniu innych artystów realizując się głównie jako muzyk sesyjny, przy naprawdę wielu multigatunkowych projektach. Dzisiaj, już jako Buslav jest autorem jednego z szerzej komentowanych, krajowych debiutów ubiegłego roku, skutecznie łącząc w sobie alternatywną estetykę z popową melodyjnością kompozycji. Przy okazji jego wizyty w Krakowie udało nam się uciąć z nim krótką pogawędkę, podczas której staraliśmy się odczarować wciąż tajemnicze pojęcie ‚songwritera’, przeanalizowaliśmy drogę, jaką muzyk sesyjny musi przejść do wydania solowego debiutu i posnuliśmy kilka wizji najbliższej przyszłości.

znaczek

Wiem, że zgadzasz się z tezą, że termin “songwriter” jest w dzisiejszej rzeczywistości muzycznej mocno przewartościowany. Nie masz wrażenia, że tak dzisiaj nazywa się każdego muzyka-wokalistę, którego nie da się jasno zdefiniować?

Człowiek jedzący lunch gdzieś w modnej restauracji, ubrany w garnitur z iPadem przy boku lub aktówką pod stołem najprawdopodobniej pracuje gdzieś w sektorze finansowym. Inny, ubrany w niebieskie zakurzone spodnie na szelkach kupujący bułkę i kiełbasę na śniadanie w osiedlowym sklepiku najpewniej gdzieś robi remont. Opakowania dezodorantów dla kobiet mają z reguły białe opakowanie, ale dla mężczyzn już czarne. Etykiety. Dzięki nim łatwiej jest określić z jaką zawartością mamy do czynienia, określają grupę docelową do której chcemy trafić. Pytanie, czy etykieta dobrze określa zawartość. Jeśli produkt wychodzi poza ramy ogólnie przyjęte, to albo tworzy osobny unikalny styl i sam staje się „marką”, albo staje się niezrozumiany i nie znajduje dla siebie miejsca.

Oczywiście nie jesteśmy w stanie uwolnić się od łat które są nam przyszywane, ale uważam że songwriting stał się osobnym stylem muzycznym, czym tak naprawdę nie był nigdy i nie powinien być. Prince, Paul McCartney, Sting czy Paul Simon byli songwriterami, tylko że nie mówi się o nich w tej kategorii, bo tworzyli jakość samą w sobie, a to zawsze wymaga odwagi. Reszty wykonawców, która próbowała podpiąć się pod ten wywołany nurt nie pamiętamy. Songwriter w rozumieniu, jakie stworzyły media to właśnie ten ów człowiek z gitarą, grający smutne lub wzruszające melodie. Dziś jest to określenie ‚songwriter’ – jutro będzie inne.

Jak w związku z tym odbierasz to, że ten “songwriter” nierozerwalnie łączy się z Twoim nazwiskiem, w niemal każdym szerszym przekazie medialnym? Są określenia, które lepiej pasują do tego, co robisz?

Po wydaniu płyty okazało się że nim jestem, ale znowu jest to pewna etykieta i próba klasyfikacji tego co robię, a nie jest to takie oczywiste. Mam wpływ na to co wychodzi ode mnie, ale nie mam wpływu na to, w jaki sposób ktoś mnie rozumie. Uważam, że Buslav ma w sobie dużo więcej niż sama nawa ‚songwriter’. Klasyfikowanie określa, ale również ogranicza. Karze innym ludziom patrzeć na Ciebie w określony sposób, przyzwyczaja. Jak w związku przyzwyczajasz się do drugiej osoby myśląc, że po paru latach znasz już ją na wylot i układasz sobie w głowie jej obraz. Tylko, że to nie jest ona w istocie – to jest tylko twój wizerunek który zamyka drogę do rozwoju i do zgody na to, że się zmieniamy. Czy lubisz jak ktoś wkłada Cię w jakiś schemat? Czy lubisz jak ktoś nie spodziewa się po tobie nic więcej niż do tej pory? A może ty sam nie spodziewasz się nic więcej po sobie? Tak naprawdę najważniejsze jest nie to, co śpiewam, ale o czym śpiewam. Wiec songwriter, ale również dream-chaser , truth–seeker, Buslav.

Kolejnym terminem, który z biegiem czasu coraz mocniej ucieka klasyfikacjom jest “pop”. Nie tak dawno temu dyskredytowany za miałkość, a dziś doceniany za szeroki wachlarz możliwości. Czujesz się trochę popowym piosenkarzem?

Pop, jak sama nazwa wskazuje to muzyka popularna, czyli muzyka słuchana przez większe masy ludzi. To jest naturalny cykl muzyczny. Musi być alternatywa, która jest w podziemiu, żeby była przeciwwagą do mainstreamu. Oczywiście, z biegiem dekad zmienia to swoje nazwy, teraz jest to alternatywny pop. Po jakimś czasie, ze względu na prawdziwość intencji i chęci wyrażenia – co jest największą siłą muzyki – coraz więcej ludzi zaczyna słuchać tego co „alternatywne”, wiec zaczyna być to popularne. Jak zaczyna być popowe, to po jakimś czasie znajduję się coraz więcej ludzi, którzy chcą imitować ten „styl” tylko dlatego, że staje się popularny. Alternatywne piosenki stają się popem, znowu musi powstać przeciwwaga w postaci kolejnej alternatywy. Wszystko wynika z intencji tworzenia, wiadomo – gdzie jest popularność, tam pieniądze i zawsze się znajdzie ktoś, kto będzie chciał na tym zarobić, a pieniądze nigdy nie były właściwą pobudką do tworzenia piosenek. Jeśli czasem ktoś określi moje piosenki jako trochę popularne, to dobrze. Nie jestem więźniem stylów, robię to co czuje.  

Mimo tego, że to jesteś po wydaniu pierwszego solowego LP, to ciężko Cię nazwać debiutantem, przez wiele lat byłeś instrumentalistą w większych składach. Długo w Twojej głowie kiełkował pomysł na wydanie swojej solowej płyty?

To był proces. Zacząłem pisać piosenki w dość naturalny sposób. Potem był moment w którym musiałem uwierzyć w to, że mogę i muszę zerwać mój własny wizerunek o sobie, jako muzyku sesyjnym, w którym się dość wygodnie rozsiadłem, umeblowałem i mógłbym wygodnie i szczęśliwie w nim umrzeć. Tylko chyba nie tego od życia oczekiwałem. Potem uwierzyłem że mogę to zrobić sam i nikt nie musi wskazać drogi, bo muszę to wiedzieć ja sam. Na końcu znalazły się osoby, które również w to uwierzyły… a dzisiaj marzenie ciałem się stało.

A w jaki sposób ukształtowała Cię współpraca z Cheryl Riley? Pobyt w Stanach w dużej mierze zmienił Twoje patrzenie na muzykę i rynek?

Pobyty w Stanach zmieniły moje patrzenie w ogóle. Jak popatrzysz na Ziemię z naszej perspektywy, to wszystko się wydaje bardzo ważne, ale gdy spojrzysz z perspektywy najdalej oddalonej sondy kosmicznej, to ziemia jest już tylko małą świecącą kropką nie mówiąc już o ludziach. Miałem to samo wrażenie kiedy jako nastolatek wyjechałem do Stanów pierwszy raz. Okazało się, że nie wszyscy myślą w ten sam sposób, jak w naszym kraju nad Wisłą. Pewne niemożliwe rzeczy stają się możliwe i odwrotnie. A ważne sprawy i tematy przestały być tak zajmujące. Nauczyłem się nie brać rzeczywistości jako pewnik, nauczyłem się walczyć z kompleksami, zrozumiałem, że każdy ma coś wartościowego do dania. Cieszę się że Cheryl zaprosiła mnie do współpracy, bo to było spełnienie jednego z marzeń – granie jak równy z równym z muzykami, których zawsze podziwiałem. Nauczyłem się, że najważniejsze są marzenia z dzieciństwa.

Saksofon, wszelkie dęciaki, klawisze, bas… Skąd wzięła się Twoja multiinstrumentalność? Jesteś wciąż głodny dźwięków, czy była to swoista naturalna droga muzyka sesyjnego.

Instrument jest narzędziem, którym wykonujesz dzieło. Zdaje sobie sprawę, że nie będę wirtuozem na każdym z nich, ale trzeba ćwiczyć i się rozwijać. Oczywiście najswobodniej czuję się na dęciakach, na których gram od 22 lat, a których paradoksalnie używam najmniej w swojej muzyce. Ale to może kolejne wyjście ze schematu.

Dotarłem do materiałów sprzed 7 lat, gdzie w jednym z serwisów internetowych do teraz Twoja osoba łączona jest wyłącznie z gatunkami electronic i house. Nagrywałeś z reggae składem Sedative, grałeś z wieloma jazz bandami. Buslav jest wypadkową wszystkich tych wpływów, którymi nasiąkałeś przez lata?

Absolutnie tak. Buslav jest wypadkową wszystkiego, w czym brałem udział i czego słuchałem przez lata. Reggae’owa Sedativa, Marika, cotygodniowe funkowe jamy w już nieistniejącym Monobarze, skupiające tygiel muzyczny Łąki-łan, Sistars, 15 minut project. Gospelowe TGD, klubowe grania z całą masą polskich i zagranicznych producentów, wiele sesyjnych koncertów z dużą częścią polskich artystów, jazzowe koncerty. Nauczyłem się z tego ile tylko mogłem a potem…wszystko to „zapomniałem”, żeby mógł narodzić Buslav.

Twoja muzyka jest bardzo intymna, roztaczasz wokół siebie tajemniczą, subtelną aurę. Prywatnie możesz nazwać się introwertykiem?

Jestem chyba obserwatorem. Jest dużo we mnie introwertyka, dużo analizuję, czasem za dużo. Czasem budzi się we mnie ekstrawertyk, ale muszę go bardziej „uruchamiać”. Jednak gdy już go uruchomię to działa bez zarzutu (śmiech).

Jak wobec tego radzisz sobie z odbiorem Twojej muzyki podczas żywych koncertów?

Moje koncerty są dość niesztampowe, więc teksty typu „Sopot jak się macie?” u mnie nie zadziałają. Piosenki sprawdziliśmy na wielu polach i co ciekawe w każdych warunkach działają w inny sposób i dobrze się mają. Najlepiej jest przyjść i sprawdzić.

Kilka tysięcy fanów, występy dla pełnych sal, zagraniczne festiwale. Czujesz, że osiągnąłeś ze swoim debiutem sukces? Jeśli nie, to co Twoim zdaniem definiuje sukces w polskiej muzyce?

Jeśli pomyślę kiedyś że osiągnąłem spektakularny sukces, to będzie oznaczało że jestem w niewłaściwym miejscu. Jestem bardzo ostrożny i wymagający w ocenianiu swoich osiągnięć. Rzadko daję sobie komfort pławienia się w sukcesie i staram się zachowywać zimną krew. Zawsze można coś poprawić i zawsze może być lepiej.

Jesteś w trasie promującej Buslava, za Tobą mnóstwo związanej z tym pracy, przed Tobą kolejne wyzwania. Jak planujesz przyszłość, powiedzmy rok 2017? Ciągłe granie koncertów, czy może praca w studiu?

Jesteśmy w trakcie wiosennej trasy, ale niedługo zacznie się sezon festiwalowy i już nie mogę się doczekać koncertów. Za niecały miesiąc jedziemy do Portugalii, szykują się koncerty w Polsce. Ale muszę przyznać, że zaczynam być głodny nowych piosenek.

Masz jeszcze czas na słuchanie muzyki? Co ostatnio spodobało Ci się najmocniej?

Nie jestem typem człowieka, który godzinami buszuje w poszukiwaniu muzy, ale czasem mi się zdarza. Ostatnio Bon Iver z nowym albumem, Tycho, Tame Impala.