Po kilku latach ignorowania zaproszeń na skromny białostocki festiwal, amerykański zespół znajduje wolny slot w terminarzu i przyjeżdża na wschód Polski opakowany w dwa autokary oraz tir ze sprzętem (w tym kilkudziesięcioma gitarami). Na ten widok jedyna myśl, jaka przychodzi organizatorom do głowy to “na co my się porwaliśmy?”. Brzmienie Wilco i wszystkie cechy charakteryzujące ich lidera to nie lada przykrywka dla niewyobrażalnej skali na jaką działa chicagowski zespół w przemyśle muzycznym. Obraz facetów w katanach i kapeluszach grających na banjo utwory takie jak „California Stars” nie kojarzą się z ligą światową współczesnej muzyki. A jednak. Nowego longplaya Wilco nikt nie zamierza lekceważyć.

Paradoksalnie, w parze ze skuteczną akcją promocyjną dziesiątego studyjnego krążka poszła solidna dawka spontaniczności. Niekoniecznie muszą świadczyć o tym tytuł i okładka płyty. Poprzedniczki, bezzasadnie nazwanej po filmowym klasyku (Star Wars), z białym kotem na czarnym tle, i tak nic nie przebije. Jakkolwiek dźwiękowa zawartość Schmilco to dokładnie ten sam luz.

Najnowszy album brzmi jak niespodziewany akustyczny bis wykonany w stolicy Podlasia podczas Halfway Festivalu. Jest wyciszony, pogodny i silnie zakorzeniony w muzyce country. Granie owych półgodzinnych setów na trasie promującej Star Wars musiało mieć coś wspólnego z nadchodzącą premierą Schmilco. W białostockim amfiteatrze artyści nawet nie potrzebowali mikrofonów. Obraz beztroskich, spoglądających na siebie z uśmiechem, lecz przede wszystkim wybitnie zgranych sześciu facetów w średnim wieku doskonale zlewa się z tym, co kryje w sobie najnowszy longplay.

Wieloletnie doświadczenie w tym przypadku gwarantuje jakość w przeciwieństwie do wielu wiekowych bandów, u których co płytę wtóruje jednakowa nuda. Powtarzalność pojawiająca się u Wilco polega na czerpaniu ze swojego wypracowanego stylu w zróżnicowanych proporcjach. Powróciły akustyczne, folkowe aranżacje, kojarzące się głównie z odległym już Summerteeth. Przy tym panowie domieszkowali materiał pozornie przypadkowymi, hałaśliwymi dźwiękami w podobny sposób jak na legendarnym Yankee Hotel Foxtrot, tym razem osiągając ciekawy efekt wyrafinowanej psychodelii („Common Sense”).

Aura tajemniczości wprowadzona przez dominujący na krążku spokój podąża za frasobliwymi, przyziemnymi tekstami Jeffa Tweedy’ego, których nastrój nie daje się wprost wyłapać już przy pierwszym odsłuchu. Pod uśmiechniętą maską Tweedy ukrywa smutek i zrezygnowanie. „Another houser calling/I see the world that fine/I’m sick of your affliction/But you’re as smart as you’re blind”. Wokalista coraz mocniej udręcza się wraz z miarowo przyspieszającym „Cry All Day” – najlepszym elementem płyty, rzeczywiście przypominającym skryty płacz.

Sukcesem ostatnich dwóch wydawnictw chicagowskiego składu jest po prostu ich spójność. Zeszłoroczny Star Wars szokował jednostajnym przesterem, głębokim i niskim. Teraz, gdy już przyzwyczailiśmy się, że Wilco brzmi jak „Pickled Ginger”, artyści spłycają warstwę muzyczną w dobrym tego słowa znaczeniu. Mimo, że na Schmilco jest przejrzyście, to wciąż eksperymentalnie i w konsekwencji świeżo. I chociaż Schmilco nie jest albumem genialnym, to dla gatunku zwanego dad rockiem zdaje się być tym, czym dla ambientu jest Music For Airports Briana Eno.

ocena8