Powiedzmy wprost – Toro y Moi już dawno zostawił za sobą chillwave’ową przeszłość. Będąc jednym z czołowych wykonawców tego raptem kilkuletniego i mało znaczącego gatunku, stał się zarazem jednym z tych, którzy wbili gwóźdź do jego trumny. Przyszłość chillwave’u zaczęła być poważnie kwestionowana, bez jednego z pionierów rysowała się w ciemnych barwach. Jak się później okazało – słusznie.

Chaz Bundick, nie czekając na rozwój wydarzeń, ruszył przy okazji albumu Anything in Return w kierunku indie popu wymieszanego w idealnych proporcjach z elementami r&b. Album ten, zawierający dużo więcej singlowego potencjału, ujawnił u niego skłonności do tworzenia muzyki tanecznej, co było dowodem na niezwykłą wszechstronność Amerykanina. Dowodem na taką tendencję okazało się zeszłoroczne wydawnictwo Michael, tym razem opublikowane pod pseudonimem Les Sins. W momencie pojawienia się zapowiedzi What For? naturalnie zrodziło się pytanie – Toro y Moi będzie konsekwentnie podążał tą ścieżką czy powróci do brzmienia z okresu Underneath the Pine?

Nic bardziej mylnego. Chaz wybrał najmniej oczywistą i, przynajmniej w teorii, najtrudniejszą ścieżkę. Muzyczne eksploracje zaprowadziły go do momentu, w którym jego brzmienie dryfuje między power popem w stylu wczesnego Weezera, funkiem i indie rockiem. Nie ma w tym jednak nic z kryzysu tożsamości. Zamiłowanie Bundicka do dźwięków przeszłości musiało w końcu doprowadzić do jego konfrontacji z muzyką gitarową. Podobnie jak w przypadku poprzednich albumów, tak i tym razem muzyk z Południowej Karoliny wychodzi z tego pojedynku zwycięsko – ponownie wykazał się produkcyjną maestrią, tworząc z wielogłosowych wokali, gitar i klawiszy przestrzeń, w której wszystko ma swoje miejsce. „What You Want”, nieco psych-popowe „Lilly” z rozmytymi wokalami czy pierwszy singiel „Empty Nesters” świadczą o naturalności i swobodzie z jaką Toro y Moi porusza się między gatunkami.

https://www.youtube.com/watch?v=D7e7wPJ5XbY

Problemem tego albumu jest to, że wyżej wymienione kompozycje, podobnie jak pozostałe z dziesięciu utworów, nie pozostawiają po sobie śladu. Tej retro podróży Bundicka, będącej jego hołdem dla muzyki końca XX wieku, brakuje kluczowego elementu spajającego wcześniejsze trzy albumy wydane pod jego najbardziej rozpoznawalnym pseudonimem. Każdy z nich był swego rodzaju eksperymentem, próbą rozszerzenia już znanych chwytów o pierwiastek wizjonerski, wybieganiem w przyszłość.

Odnoszę wrażenie, że na What For? Toro y Moi cofa się songwritersko i lirycznie, tym razem robiąc krok w tył, zamiast trzech do przodu. Faktem jest jednak, że w przypadku tego muzyka nawet niewielka obniżka formy oznacza dobry, spójny i świetnie wyprodukowany album. Szczególnie skutecznie wybroni się w słonecznej, letniej aurze, co każe podejrzewać, że data premiery nie została wybrana przypadkowo.