Oh, baby baby, it’s a wild world

Jeśli pamiętacie sympatyczną dwójkę ze zdjęcia, to już kumacie, o co w poniższym tekście chodzi. Sid i Cassie (ich ziomale też) to nieodłączny highlight naszych szkolnych czasów. Nauka w rozmaitych placówkach ruszyła na początku tygodnia pełną parą, ostatni rocznik gimnazjalistów (serio) ruszył do sal lekcyjnych, a my z tej okazji przypomnieliśmy sobie, co gościło w naszych słuchawkach podczas – powiedzmy – licealnego okresu. Z pewną zazdrością spojrzeliśmy na tę część redakcji, której ten epizod jest bliższy, ruszyliśmy stare kości i przygotowaliśmy dla Was przegląd tego, czym najbardziej jaraliśmy się muzycznie podczas przygotowań do egzaminu maturalnego obalania browarów na boisku jako nastolatkowie. Zasady są proste – po pięć utworów na głowę. Enjoy!

znaczek

To był fajny czas na ogarnianie muzy, bo człowiek wiedział o niej jeszcze mniej niż teraz, za tym szła cała masa nowych odkryć, zachwytów, wiadomo. Jako highlight numer jeden, klasycznie The Roots – The Seed (2.0). Od Rootsów zaczęła się moja trwająca do dziś przygoda z rapem, to był mój pierwszy ulubiony rapowy skład, a na dodatek po dwóch-trzech latach od rozpoczęcia fascynacji udało się ich dorwać na Coke Live 2012 i przez te półtorej godziny koncertu byłem najszczęśliwszym osiemnastolatkiem na świecie. Zostając przy roku 2012 i hip-hopie – A$AP Rocky – Goldie, to się musiało tu znaleźć. Odnośnie tego, co kolega robi teraz mam mocno mieszane odczucia, ale zarówno mixtape “Live.Love.A$AP”, jak i singiel zapowiadający pierwszy longplej Rocky’ego to był absolutny ogień, autentycznie nie wiedziałem wcześniej, że wolno tak nawijać. Przechodząc do gitarek, cóż, Interpol – NYC, ale mógłbym w tym miejscu wstawić dowolny numer z “Turn On the Bright Lights”, bo mało albumów w czasach szkolnych katowałem aż tak mocno. Uzasadnienie zbędne, wszak to masterpiece. Strzału czwartego wyjaśnić nie potrafię, ale przez całe liceum ten numer był non stop obecny gdzieś obok – Santigold – L.E.S Artistes. Na koniec miało być coś z polskiego rapu, bo nie ma co zakłamywać rzeczywistości – epizod na ośce zaliczony. Ale nie, bo Myslovitz – Mieć czy być. Dzięki Artur, że dołożyłeś sporą cegiełkę do kształtowania wrażliwości młodego człowieka. – W. Skoczylas

Zacznę od końca, czyli od “Jesus, etc.” Wilco. Dla mnie ta piosenka już na zawsze pozostanie taką przeinaczoną pocztówką, zagubionym gdzieś w czasie zdjęciem mnie z czasów pierwszego semestru trzeciej klasy licbazy. Stoję na szczycie jednego z tych niesamowicie wyglądających wieżowców z okładki Yankee Hotel Foxtrot i po raz pierwszy patrzę na świat z zupełnie innej niż wcześniej, wyższej i wspanialszej perspektywy. Zanim jednak tam wlazłem, musiałem do decyzji o wejściu na górę dojrzeć. W owocnych rozkminach pomagały, wierzcie lub nie, pierwsze odsłuchy Loveless My Bloody Valentine, a zwłaszcza zapętlanie rozgrzewająco eterycznego, a zarazem mocno osadzonego w szugejzowym ciężarze “Come In Alone”. To mój pierwszy ulubiony kawałek stworzony przez ludzi gapiących się na buty w czasie smutnego grania na gitarce. Przed /mu/corem do płakusiania (przy którym, jak na złość, nie chciałem ronić łez) w serduszku 24 na dobę grało mi natomiast Streetlight Manifesto, a zwłaszcza ultrasztos ich autorstwa, “Would You Be Impressed?”. Powtarzam to wszędzie i powtórzę tutaj – Streetlight Manifesto jest jednym z najlepszych zespołów, na jakie może natrafić nastolatek. Jeśli masz 14+ lat i to czytasz, to mam nadzieję, że w tym momencie bierzesz się za słuchanie albumu Somewhere in the Between, bo niewiele tak dobrych rzeczy na tej planecie można znaleźć. Mniej więcej w tym samym czasie polubiłem też odrabianie lekcji do “Monstrance Clock” szwedzkiego Ghost. Wiem, że ta grupa może odrzucać swoim do przesady “cyrkowym” podejściem do scenicznego wizerunku i promocji własnej twórczości, no ale kurde – ten utwór warto pokochać!
Tylko 5 piosenek? Ech, no nic, niech na koniec pójdzie “Maid of Orleans (The Waltz Joan of Arc)” Orchestral Manoeuvres in the Dark. Za wszystko. – P. Ćwikliński

Liceum było dla mnie okresem początków swoich poszukiwań muzycznych. Były to czasy obowiązkowej koszulki z okładką Unknown Pleasures, opasek festiwalowych noszonych na rękach przez okrągły rok i godzin spędzanych na wyszukiwaniu nowych wykonawców na Last.fm. Jest jednak kilka artystów, czy nawet ich poszczególnych utworów, które najbardziej kojarzą mi się ze szkolnymi czasami i które wzbudzają we mnie największy sentyment. Zacznę może od naszego rodzimego podwórka – „Idziemy przez las” Siekiery, otwierające kultowy album Nowa Aleksandria, uświadomiło mi, że coldwave nie kończy się na Joy Division, a co więcej – mamy w Polsce coś równie dobrego i nie należy się tego wstydzić. „Ciągle jestem sam” Cool Kids Of Death to z kolei idealny hymn dla każdego zbuntowanego i wycofanego nastolatka. Przenosząc się trochę dalej, bo aż za ocean – „Blue Orchid” The White Stripes i „Tape Song” The Kills były dla mnie przepustkami do świata garage i blues rocka, w którym siedziałem potem jeszcze przez długi czas. Ostatnim utworem o którym chciałbym wspomnieć (a może i nawet dla mnie najważniejszym) jest „A Gentle Man’s Jihad” Munly & The Lee Lewis Harlots. Nie zliczę ile razy słuchałem tej płyty, a w szczególności tego kawałka, na zapętleniu. Dzięki niemu poznałem postać Munly’ego i cały gatunek gothic country, który do dzisiaj pozostaje jednym z moich ulubionych. – Z. Słodkowski

Nasz naczelny jest zarobiony jak dzik, w związku z czym opisu jego szkolnych, muzycznych przeżyć (pamiętajmy, że było to w okolicach XVI wieku naszej ery) niestety nie przeczytamy, ale selekcję dostarczył brawurową: Cut Copy – Lights & Music, Frank Ocean – Swim Good, Deerhunter – Nothing Ever Happened, Arcade Fire – The Suburbs, The Velvet Underground – Who Loves the Sun.

znaczek