Dziesiątki tajemniczych zdjęć, oszczędne wpisy na portalach społecznościowych i wiele wzmianek związanych z produkcją nowej muzyki. Przed ekranami monitorów i smartfonów zaś, fani – stęsknieni, zniecierpliwieni i spragnieni nowej porcji brzmień. Ponad 4 lata od momentu wydania albumu Coexist i więcej niż 2 lata od czasu ostatnich koncertów, The xx w końcu przerwali milczenie i podzielili się szczegółami nowego projektu. Utworowi „On Hold” towarzyszyła wspaniała informacja o terminie wydania nowego krążka (I See You ukaże się 13 stycznia 2017) oraz wieść o króciutkiej trasie koncertowej opartej zaledwie na sześciu występach, w tym dwóch w Polsce.

Wieczór otwarcia tournée odbył się 28 listopada w Zagrzebiu, zaś dzień później Anglicy odwiedzili stolicę Czech. Miejscem praskiego koncertu była sala Forum Karlín, nowoczesna przestrzeń zdolna pomieścić 3000 osób. Oprócz ogólnego zadowolenia z bycia w tak fantastycznym obiekcie, naszła mnie też od razu refleksja, jak szybko brytyjska grupa osiągnęła wielki sukces i ma przez to okazję występować w tak dużych miejscówkach. Z drugiej zaś strony już Coexist Tour wypełniało spore hale, a nawet i debiutancki album zrobił na tyle duże zamieszanie, że np. w berlińskim klubie Astra zespół zagrał dwa koncerty z rzędu. Ten pierwszy wyprzedał się w moment, a zaraz za nim drugi. No cóż, czasy szybkich karier. Wróćmy do Forum.

Na support zaproszono Jenny Hval, norweską artystkę, której muzyka lokowana jest gdzieś pomiędzy terminami avant-garde, art-pop i electronic. Można to uznać za trafne zdefiniowanie jej twórczości. Występ był oparty na nieagresywnej elektronice, która stanowiła kontrastujące tło dla budzącego niepokój wokalu Hval. Zainspirowana motywami wampirycznymi producentka, może nie zbudowała szczególnie spektakularnego supportu przed The xx, ale na pewno dzięki konceptualnemu podejściu do swojej muzyki i występowania na żywo, zaintrygowała sporą część sali. Utwory z ostatniego, skądinąd dobrego krążka Blood Bitch zabrzmiały ciekawie, choć przez swój intymny charakter, trochę „ginęły” w tak dużej przestrzeni.

Oszczędna scenografia, która towarzyszyła Jenny, 30 minut później ustąpiła miejsca efektownemu oświetleniu, które przywitało na scenie Iksów. Dość ostrożny początek, który stanowił nowy kawałek „I Dare You”, został szybko zmieciony przez euforię jaka towarzyszyła późniejszym pozycjom w setliście. The xx zgotowali publice błyskawiczną retrospekcję i uderzyli nowymi, lecz umiarkowanie urozmaiconymi aranżacjami „VCR” i „Crystalised”. Fani brzmienia grupy z czasów debiutu nie byli raczej rozczarowani praskim zestawem utworów, bo pojawiło się z czasem jeszcze parę innych kompozycji z krążka xx. Urzekła na pewno spokojniejsza wersja „Basic Space”, oparta wyłącznie na subtelnych klawiszach i emocjonalnych wokalach. I prawdę mówiąc, był to jeden z bardzo nielicznych momentów aranżacyjnego wyciszenia starszych kawałków. Przez większość występu tendencja była zupełnie odwrócona, a zespół dodawał nowe, w większości dynamiczne, oparte na elektronice motywy. Jeśli ktoś uważnie śledzi rozwój brzmieniowy The xx, na pewno dostrzegł narastającą rolę zabawek Jamiego Smitha. Patrząc przed koncertem na zjawiskowo wyposażone stanowisko pracy tego pana, może nie myślałem od razu, będzie gruba biba, ale nie spodziewałem się też, by Jamie miał się tam nudzić. To, czy coraz większa rola elektroniki w muzyce The xx jest dobra, jest kwestią bardzo subiektywną. Okryty cudnymi gitarowymi pejzażami debiutancki album grupy uważam za ich symbol rozpoznawczy, ale też nie wyobrażam sobie brzmieniowej stagnacji przy każdej kolejnej płycie i powtarzalności jednej koncepcji. Fani melancholijnych gitar nie powinni być jednak rozczarowani nadchodzącym krążkiem, bo zagrany w Pradze utwór „Performance”, zwiastuje również spokojniejsze momenty na I See You.

To, co The xx pokazali w Czechach, to na pewno również siła kompromisu. Nietrudno wydedukować, że w przeciwieństwie do solowych projektów, praca w zespole wymaga dogadywania się i dobrej współpracy. Brytyjczycy, którzy stanowią notabene trzy wyraziste osobowości, na przełomie tych kilku intensywnych lat karier zdążyli wykształcić w sobie to, co można określić ich szczególnymi aspiracjami. Umiejętność wzajemnego przekazywania sobie scenicznej przestrzeni uważam więc za niezwykle cenne. Tyczy się to nie tyle zjawiskowych solówek Romy Madley Croft czy ekspresyjnych momentów Olivera Sima, ale przede wszystkim roli projektu Jamie xx w kontekście występów całego zespołu. Choć połączenie „Gosh” z „Shelter”, jakie miało miejsce w Pradze, uważam za nieco przekombinowane, to jednak „Loud Places” zagrane pod koniec, było strzałem w dziesiątkę. Ten jeden z najbardziej zachwycających momentów dał jasno do zrozumienia, że fanom zupełnie nie przeszkadza wplatanie pobocznych projektów członków grupy we wspólny koncept jakim jest The xx. Dodanie materiału z In Colour było więc odważnym, ale finalnie niezwykle udanym zabiegiem urozmaicenia setlisty. Londyńczycy pokazali, że ich indywidualne wizje tworzenia to tak naprawdę również ich wspólny interes. W całkowicie pozytywnym znaczeniu.

Występ został ostatecznie zamknięty przez „Intro”, które chwilę później przeszło w intymne „Angels”. Czym zaczynali karierę, tym skończyli koncert. I dało to dość wyraźny przekaz: nie martwcie się, nie zapomnimy o tym, co stanowiło nasz integralny początek. Mimo udanego utanecznienia nowych brzmień głęboko wierzę, że nie zgubią tej zanurzonej w oszczędnych gitarach melancholii. Bo kompromisy są ważne.