Najnowszy album The Dead WeatherDodge and Burn, stanowi bardzo ciekawy przypadek graniczny między dziełem wyraźnie autorskim a typowo grupową inwencją i dopełnianiem się każdego z muzyków. Osobiście waham się, czy yin – yang w postaci mocnych charakterów Jacka White’a Alison Mosshart faktycznie dominuje jako siła sprawcza (owszem, są momenty, kiedy słychać szczególnie pomysłowość i bluesa spod znaku Jacka, ale to pojedyncze niuanse). Co więcej, każdy z tych artystów działa na większości wykorzystywanych przez zespół instrumentów – nie jest więc możliwe tak naprawdę by ich muzykę utożsamiać tylko i wyłącznie z konkretną jednostką (lub z wspomnianym duo).

Już od pierwszych minut album ten wydaje się kupować słuchacza zaznajomionego z wcześniejszą twórczością TDW, bądź z dokonaniami samego White’a czy Mosshart. Album rozpoczynają bowiem singlowe “I Feel Love (Every Million Miles)” oraz “Buzzkill(er)”, które nie promowały wydawnictwa z przypadku – są to w końcu całkiem chwytliwe, pikantne i przede wszystkim udane numery, które z powodzeniem mogą zaszczycać listy przebojów średnio komercyjnych stacji. Niestety, pierwsze dwa utwory dokładnie przepowiadają brzmienie reszty materiału zawartego na tym longplayu. Próżno spodziewać się niespodzianek. W powietrzu przez cały czas wisi tylko twardy rock and roll, elementy bluesa i czasem lo – fi. Nawet gdy artyści starają się trochę spuścić z tonu, to wychodzi to nieco topornie i nienaturalnie. Nie oznacza to jednak, że nie warto słuchać dalej.

To, co na Dodge and Burn wyszło porządnie, to zdecydowanie napięcie budowane w utworach. Wykracza ono nawet poza ramy pojedynczych kawałków, tworząc fale emocji wzburzane niemal przez cały czas. Dokładnie widać to choćby na przykładzie “Three Dollar Hat”, które nieźle elektryzuje niepokojącymi  zwrotkami (z wybitnymi efektami elektronicznymi) przechodzącymi w refren wybuchający gitarowym riffem i głosem Alison. Swoją drogą, wiele z utworów zawartych na tym LP robi wrażenie tylko i wyłącznie przez sposób brzmienia gitary. Można tutaj przywołać choćby “Rough Detective”, które oprócz gitary proponuje nam nieco nużącą grę wokalu Jack’a i Alison. Nie chcę mówić, że sposób, w jaki wykorzystuje się gitarę na Dodge and Burn jest odkrywczy, ale brzmi ona zaskakująco świeżo i poważnie zarazem. Dean Fertita wykonał tu kawał dobrej roboty i jemu należą się największe brawa za uniesienie tego wydawnictwa o poziom wyżej.

Choć bardzo miło było usłyszeć pierwsze przesłanki na temat nowego albumu TDW, to odsłuch nieco przygasił mój entuzjazm wobec materiału przygotowanego przez artystów. Każdy z nich przysłużył się ogólnemu odbiorowi, dodając swój pomysł na to, czym obecnie jest rock and roll, jednak warto byłoby się zdecydować na odważniejsze zagrania, które wprawiłyby fanów albo w zachwyt, albo w najgorszym wypadku w obrzydzenie. Tak czy inaczej, nie straciliby na reputacji bezkompromisowych rebeliantów. Jeżeli Dodge and Burn można nazwać powrotem, to zdecydowanie wracali prostą, dość oczywistą trasą. I choć po drodze nie potknęli się ani razu, to z reguły milej słucha się o niebezpiecznych, odważnych wyprawach, niż o spacerze deptakiem. Otoczka tajemnicy i zmysłowości zespołu nie prysła, ale stała się bardziej przezroczysta i widać przez nią po prostu ludzki i prozaiczny, acz wciąż bardzo dobry zespół.