Annie Clark wraca do korzeni, proponując klimat umiłowany przez fanów początkowej twórczości St. Vincent. „New York” zdaje się być zapowiedzią nowego materiału, a przynajmniej do takich wniosków skłania nas fakt trzyletniej studyjnej absencji.

Ponadto to nie pierwszy tego typu znak, wcześniej pojawiła się informacja o trasie koncertowej. Sam singiel nie wykorzystuje mocnych gitarowych riffów i elektryzujących przesterów, do których ostatnimi laty przyzwyczaiła nas artystka. Czaruje za to balladowym klimatem, dla równowagi zderzonym ze stosowną dawką przekleństw, serwując klasyczną bitter sweet symphony („the only motherfucker in the city who can handle me”)

Annie, my cię znosimy i czekamy na więcej.