Podlasie potrafi w techno. Potrafi też w acid, juke, rap, drum’n’bass, electro, breakbeat czy ghetto house. Nie wiem, jak z ambientem, bo z przyczyn ode mnie niezależnych nie dane było mi odwiedzić Centralne Salony, w których gościli Noordwiijk czy Markus Guentner – i ten brak jawi się jako jedyna rzecz, której żałuję w kontekście tegorocznego Up To Date Festival. Opierając się na zasłyszanych opiniach wierzę, że było magicznie i jeśli magia ta choć w połowie dorównywała temu, co działo się na Stadionie Miejskim, żałuję podwójnie. 

Jednak przed popadnięciem w pozornie kontrolowany zachwyt muszę dopuścić się drobnych elementów krytyki, obejmujących nieco ubogą strefę gastronomiczną, papierosy w narzuconej z góry cenie 20zł i momentami doskwierające zimno. Ostatniego wprawdzie w żaden sposób przewidzieć czy też kontrolować się nie dało, ale na upartego może zostać potraktowane jako czynnik nieco zakłócający zabawę. Do Białegostoku pojechałam ze świadomością, że Up To Date porzucił wcześniejszą lokalizację na rzecz parkingów Stadionu Miejskiego, jednak z racji podlaskiego debiutu nie jestem w stanie obu miejscówek porównać. Mogę za to zapewnić, że surowa przestrzeń jak najbardziej podkreśliła undergroundową duszną atmosferę, na bieżąco wytwarzaną przez reprezentantów różnych odłamów muzyki elektronicznej – osadzenie jej w tak zimnej scenerii jest chyba jednym z najlepszych organizacyjnych zagrań w historii polskich festiwali. Trudno jest znaleźć dobre miejsce, a jeszcze trudniej jest to miejsce odpowiednio wykorzystać. Więc tak jak nie ma problemu z wyszukaniem techno, Podlasie dodatkowo udowodniło, że wie jak to techno podać (oczywiście do techno należy dodać odmiany elektroniki różnorakie, m.in. te wspomniane na początku).

Up To Date Festival

Dzień 1

Rozpocznę od ukłonu w stronę rodzimej sceny, Chino mianowicie. Jego live act idealnie wpasował się w moje wyobrażenie o tanecznym undergroundzie, w którym zawsze mimowolnie szukam acid house’owych brzmień przepuszczonych przez indywidualną interpretację artysty. I właśnie to Artur Oleś mi zagwarantował, w pewnym momencie przywołując klimat odznaczający się w twórczości chociażby Daniela Avery’ego. O ile ukłon bardzo chciałabym przedłużyć, o tyle muszę, niechętnie bo niechętnie, zakręcić nosem przy Łonie, Webberze i The Pimps, którzy dosyć brutalnie zmiażdżyli moje wcześniejsze oczekiwania nieco… festynowym ujęciem twórczości rapera – niezmiennie uważam go za znakomitego artystę i wierzę, że albo to dzień był gorszy, albo moje odnalezienie się w koncercie z różnych przyczyn, nie tylko muzycznych, nieudane. Nie odnalazłam się również w koncertowym świecie Tommy’ego Casha, choć muszę przyznać, że w tym przypadku doświadczyłam dosyć pozytywnego zaskoczenia, uwarunkowanego głównie wysokim poziomem prezentowanego show.

Tommy Cash

Tommy Cash

FaltyDL niejednokrotnie potrafił zaskoczyć mnie swoją twórczością studyjną, parując sample i gatunki niebędące oczywistymi połączeniami. Pierwiastek tego został przeniesiony za decki w Białymstoku, tam kilkakrotnie spotęgowany, żeby na końcu zaprezentować m.in. Nicka Drake’a zmiksowanego z drum’n’bassem. I był to moment nie tyle co zaskakujący, ale dziwnie poruszający; przestrzeń zdominował wszechobecny spokój, żeby w ciągu paru sekund powrócić do tak odmiennych 160bpm. Studyjnie delikatny, a koncertowo mocno jungle’owy arsenał Andrewa Lustmana nie tylko Nickiem zapracował u mnie na miano najlepszego występu dnia pierwszego – u podstaw tej opinii leży całość zjawiska precyzyjnego miksu, który pozwolił artyście na różnorodny, spójny repertuar. Przy miksowaniu warto też wspomnieć DJ Earla, wychowanka Teklife – u niego również był Drake, ale ten bardziej współczesny, razem z „Hotline Bling” w wersji juke’owej. W kontekście juke’owym występ wypadł idealnie – niezwalniający tempa od początku do końca, pozostawiający po sobie wrażenie wysłuchania jednego pofrazowanego utworu. Akcentem urozmaicającym set był footworkowiec Dre, który dosadnie zobrazował, do czego juke został stworzony.

DJ Earl + Sirr Tmo & Dre

Dre

Bez oddechu pozostawili również DJ Deeon i LTJ Bukem, reprezentanci dwóch odmiennych światów, obaj będący pinioerami swoich muzycznych obszarów. Pierwszy z nich zaserwował set surowy, ghetto house’owy, przez co niezwykle adekwatny do miejsca, drugi z momentami niepokojącą stoickością stawiał na drum’n’bass, miejscami junglujący, ale na pewno nie jazzujący w sposób do którego można przywyknąć po zapoznaniu się z jego twórczością studyjną.

Dzień 2

Najbardziej angażujący – zarówno publiczność, jak i samego artystę – set zaserwował Dominick Fernow. W Białymstoku pojawił się jako Vatican Shadow. Trudno opisać energię, która towarzyszyła temu koncertowi – było niezwykle mrocznie, duszno i pierwotnie. Fernow hipnotyzował, prowokując do dziwnej tanecznej zwierzęcości (i tym niezaprzeczalnie zdobył moje serce). Bardziej niż pobudzająca rytmiczność, wyczuwalna była pasja – pod tym względem VS jawi się jako może i nie najlepsza technicznie, ale zdecydowanie najciekawsza propozycja tegorocznego Up To Date’a. Do zwierzęcości poniekąd zmuszał też Fracture, znaczące nazwisko sceny drum’n’bassowej, w swoim secie zdecydowanie stawiając na to drugie, momentami dopuszczając się głośności wręcz ogłuszającej. Zabieg zarówno świadomy, jak i nieco napastliwy. W tym dobrym sensie, bo o miłośnikach basu nie od dziś wiadomo, że koncertowo dbają o jak największą jego ilość.

Polskie akcenty pod postacią Pezeta i Mesa pozostawiły mnie z dosyć mieszanymi odczuciami. Szmidt zdecydowanie lepiej radził sobie z live bandem, dając show i spójne, i energiczne, i dobre w aspekcie narracyjnym. Błądził Pezet, który chyba nie do końca odnajdował się w otoczeniu żywego instrumentarium.  Jednak trzeba powrócić do materii najistotniejszej w kontekście festiwalu, czyli do nietuzinkowej elektroniki. Luke’a Viberta uwielbiam za takowe sample, zamiłowanie do nie zawsze wygładzonych synthów i cholernie błyskotliwe wędrówki międzygatunkowe. Znaczna część jego twórczości studyjnej zaznaczyła swoją obecność również w Białymstoku, w warunkach setowych. Choć tego występu, z racji na jej zwieńczający festiwal charakter, doświadczyłam tylko w połowie.

Luke Vibert

Luke Vibert

Trudną rzeczą do zrobienia jest niezagubienie się w tej uptodate’owej przestrzeni – ale to dobre zagubienie, stan ciągłej, szybkiej zabawy, której nie sposób wspominać źle. Miejscami pourywana i naznaczona bieganiem od sceny Technosoul do tej sponsorowanej przez Electronic Beats – stąd nie jestem pewna, czy (z pominięciem DJ Earla i Vatican Shadow) znajdzie się set, w którym uczestniczyłam od początku do końca. Bogactwo dźwięków i wrażeń podkreśla odurzającą undergroundowa aurę parkingów Stadionu Miejskiego, które wydają się być przestrzenią stworzoną do tego typu imprez. Kameralnych i budowanych przez ludzi z pasją, a mowa zarówno o organizatorach, jak i o uczestnikach. Chapeau bas, ekipo Up To Date, widzimy się za rok.