Relacja: OFF Festival 2019

Bałem się, że wpadnę w pułapkę „pierwszego razu”, że moją drugą wizytę na Trzech Stawach będę wspominać ze znacznie mniejszym przejęciem niż pierwszą. Bałem się, że powrót na teren festiwalu będzie obfitować głównie w mniejsze lub większe rozczarowania, bo przecież raz zapamiętany obraz lubi się w wyobraźni przetwarzać i tracić stabilną formę. Rzeczywistość okazała się jednak być mniej posępna niż w moich przewidywaniach i OFF Festival 2019 mogę spokojnie nazwać bardziej udanym niż zeszłorocznym. Nawet jeśli nie udało mi się kilku zobaczyć artystów, których zobowiązałem się zobaczyć: przepraszam Daughters, przepraszam Ammar 808, przepraszam Phum Viphurit. W ogólnym rozrachunku wcale tych absencji nie żałuję (ok, może Daughters trochę), bo najcenniejszych doznań podczas wędrowania pomiędzy scenami dostarczyły mi koncerty artystów, których… nie miałem początkowo zamiaru nawet oglądać! O tym między innymi jest poniższa relacja. Krótka, bo krótka, ale z perspektywy czasu dla mnie istotna, a na dodatek przedziwnie rozczulająca.

Dobra, koniec tego wstępniakowego smęcenia. Ruszamy.




Niemoc (Piątek)

Nie mogę o Niemocy napisać niczego, czego nie można by się spodziewać. Chłopcy jak z żurnala wycięci, w dużych kwiecistych koszulach, instrumenty przywieźli i gawiedzi czas umilali. Zabawili niedługo, ale wystarczająco, a przy tym korzystnie dla standardowej, ponad pięciominutowej formuły swoich piosenek. W 40 minutach zdołali upchnąć większość najbardziej rozpoznawalnych melodii z debiutanckich Baśni i wydawnictw ościennych, nie zawalając sobie występu wypełniaczami. Było to coś w sam raz na początek.


The Body (Piątek)

Jeśli faktycznie jest coś oczyszczającego w doświadczaniu strachu, koncert The Body można przyrównać do topienia się w chrzcielnicy. Nie dość, że tamtego dnia temperatura potrafiła dać się we znaki, to muzykom z Providence trafiła się w przydziale scena na Eksperymentalnej. Czytelnicy, którzy mieli okazję tam zajrzeć, z pewnością domyślają się do czego piję – jak się zgromadzi tam wystarczająco dużo osób, jest jeszcze duszniej, a do tego robi się ciasno jak pieron. To teraz wymieszajcie wszystkie podświadome lęki związane z takimi warunkami, jakie wam przychodzą do głowy, a do powstałej mieszanki dodajcie upiorny wrzask wokalisty, trzęsące drewnianą podłogą napierniczanie na bębnach i jakieś przestery z kosmosu, podbijające brzmienie do rangi rozrywającego członki. Byłem pewien, że chociaż w małym stopniu jestem przygotowany na to co usłyszę, bo ich twórczości studyjnej coś tam liznąłem. Oczywiście, nie miałem pojęcia o niczym. The Body na żywo może i brzmią jak na płytach, ale tylko w wypadku, jeśli puszcza się te płyty na maksymalnej głośności, uciekając przed demolującym dom stadem wygłodniałych drapieżników. Cholera, było niesamowicie.


The Comet Is Coming (Piątek)

OFF

Polecałem The Comet Is Coming w poprzedzającym ten artykuł Kierunku, ale muszę się wam do czegoś przyznać – próbowałem słuchać drugiej ich drugiej płyty i poległem po kilkunastu minutach. Szanuję tych ludzi i jestem w stanie komuś ich zarekomendować, ale sam nie potrafię usiedzieć przy ich muzyce dłużej niż kwadrans. Nie potrafię i już. Obawiałem się zatem, że podobna sytuacja będzie mieć miejsce na koncercie, nawet pomimo tego, że The Comet Is Coming live figurowało na mojej liście jako must-see. A jak po przyjściu okazało się, że przestrzeń przed sceną jest zawalona ludźmi i trzeba stać przy wieżyczce, to mina zrzedła mi jeszcze bardziej. Szczęśliwie, gig okazał się fantastyczny, nawet obserwowany z takiej odległości. Ba, w ogólnym rozrachunku, jest to jeden z moich tegorocznych highlightów. Trudno jednak było się wspaniale nie bawić, skoro równo przez godzinę Hutchings i banda na nowo tłumaczyli RADOŚĆ ZE WSPÓLNEGO GRANIA. Wręcz nie do wiary, jak sprawnie materiał z płyt zespołu broni się na żywo, i to tylko dlatego, że oni naprawdę potrafią razem pracować na scenie. Podnosić na duchu to oni też niewątpliwie potrafią – w chwili, gdy poleciały pierwsze nuty „Space Carnival”, odleciałem jak Dave w końcówce Odysei kosmicznej. Gdzie? Tego sam (jeszcze) nie rozumiem.


OM (Piątek)

Nudna sztuka wcale nie musi być zła, przeciwnie, często okazuje się być znacznie bardziej wartościowa niż sztuka, która nieustannie próbuje nas czymś zaskoczyć. Spodziewacie się pewnie w tym miejscu pointy, że OM na scenie to argument zdolny obalić powyższą tezę. Otóż nic z tych rzeczy. Nieruchomy Al Cisneros ciskający slapa za slapem w towarzystwie dwóch równie nieruchomych kolegów z zespołu podołał wyzwaniu odegrania swojej kunsztownej muzyki tak, by dało się ustać na nogach i nie zasnąć po minucie. Prawda, brakowało jakiejś wizualnej uciechy, ale nawet pomimo scenograficznej nieatrakcyjności mistyczny rdzeń kompozycji OM nie uległ zniszczeniu, a to jest najważniejsze.


Jarvis Cocker introducing JARV IS… (Piątek)

OFF

Nie słuchałem ani jednej płyty Pulp, a poza niedawnym (bardzo dobrym!) singlem solowy Cocker zupełnie mnie nie obchodzi. Nie przeszkadzało mi to jednak w uniesieniu drzeć się na jego koncercie i przez godzinę patrzeć na niego jak na inkarnację jakiegoś bóstwa. Kolo ma taką charyzmę, że wierzę, iż mógłby kiwnąć palcem, a ludzie w promieniu najbliższych kilku kilometrów zlecieliby się i zaczęli nieść go na rękach. Całe szczęście jednak Jarvisowi nie w głowie wysługiwanie się tłumem (chociaż na rękach i tak go nieśliśmy), a granie koncertów, w których zgadza się absolutnie wszystko. Nawet jeśli w repertuarze znajduje się tylko jedna piosenka jego macierzystej formacji, a teatralność show miejscami razi.


The Real Gone Tones (Sobota)

Nie odkryję Ameryki pisząc, że w koncertowym wydaniu The Real Gone Tones po raz kolejny odkrywają Amerykę, a konkretnie jej ukryte pod ckliwym płaszczykiem amerykańskiego snu grzeszki… dobra, wybaczcie ten suchy wstęp, po prostu ciężko mi się w tym punkcie silić na cokolwiek. Było najzwyczajniej w świecie fajnie, i tyle. Gone Tones są świetni w graniu jednej i tej samej piosenki na kilkanaście sposobów, wokalne możliwości Marli Marvel są niebywałe, a basista… basista jest podejrzanie podobny do Jeffa Goldbluma. Niestety, nie mam zdjęcia, musicie uwierzyć mi na słowo.


Boogarins (Sobota)

Mój ulubiony koncert tej edycji. Poszedłem bez absolutnie żadnych oczekiwań (nie przesłuchałem żadnej z ich płyt do końca, zapamiętałem tylko jedną piosenkę), wyszedłem bogatszy o przeżycia, których nie zdołał mi do tej pory zapewnić żaden inny artysta grający na żywo. Tu nawet nie chodzi o to, że te kawałki grane przed publicznością zyskują jakiegoś nowego powabu, bo nie zyskują. Szkopuł w tym, że stałem blisko sceny. Gdyby to była Leśna (Boogarins grali na Eksperymentalnej), to znając życie wyrzuciłoby mnie gdzieś na brzeg, dźwięk rozpływałby się w powietrzu, a ja straciłbym zainteresowanie po drugim, góra trzecim utworze. Dobrze, że nie odbyło się na to Leśnej, a ja znalazłem się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, żeby egzotyczny psych-pop Brazylijczyków czarodziejsko (tj. za sprawą ograniczonego miejsca i głośników ustawionych w kierunku słuchaczy) zmienił się w szugejz. I to jaki – szum szło czuć każdym mięśniem, a senna atmosfera piosenek podnosiła temperaturę ciała do absurdalnie wysokich poziomów. Autentyczność zachowania scenicznego artystów rozbrajała, obraz topniał od intensywności dźwięku. Cudowna, cudowna niespodzianka.


Bamba Pana & Makaveli (Sobota)

Osoby śledzące wydarzenie z zewnątrz (tj. przez social media) pewnie zostały zasypane tysiącem zdjęć i filmów z tego koncertu. Ciężko się jednak dziwić, że ludzie tak namiętnie to rejestrowali, skoro tam naprawdę działy się rzeczy nie z tej ziemi. Tak w zasadzie to nie jestem w stanie wskazać momentu przerwy, krótkiej chwili, kiedy artysta mówi „Stop, jesteście super, ale dajcie mi chwilę odpocząć”. Od początku do końca aktywność widowni była znacznie większa niż na jakimkolwiek innym gigu tej edycji, tłum ruszał się nawet żwawiej niż na zeszłorocznej Big Freedii. Duetowi trafił się jeszcze jeden występ – w niedzielę, za Octaviana – i podobno było na nim jeszcze srożej niż w sobotę. Piszę podobno, bo zwyczajnie nie miałem sił na doświadczanie tego na własnej skórze po drugi.


Electric Wizard (Sobota)

Setlista Wizardów była gotowym materiałem na kompilację The Best Of. Zero nachalnej promocji ostatniej (niezbyt lubianej) płyty, zamiast tego przemyślany wybór przebojów: było „Witchcult Today”, było „Satanic Rites of Dragula”, było też obowiązkowe „Funeralopolis”. Szkoda tylko, że królowie stonera na żywo brzmią zupełnie inaczej niż na płytach. Wiem, że ten zarzut brzmi komicznie, ale nie rozchodzi się o techniczne specyfikacje, tylko klimat. Weźmy takie Dopethrone – wystarczy dziesięć minut słuchania, żeby zacząć zastanawiać się na temat ilości trawy, która musiała zostać spalona w czasie samego ustawiania gałek na mikserze. Kiedy stoi się przed zbudowaną ze wzmacniaczy Marshalla twierdzą puszczającą w świat ciężkie, ale w gruncie rzeczy pozbawione charakteru riffy, magia pryska szybciorem. Mimo to fani wydawali się świetnie bawić. Tyle dobrze.


Foals (Sobota)

Po pierwsze, jakimś cudem „Two Steps Twice” live jest tak samo dobre jak studyjny oryginał. Po drugie, „Black Gold ” też. Po trzecie, to, że mógłbym napisać tak jeszcze o kilku innych piosenkach wykonanych przez Foals na OFF Festivalu świadczy o imponującej kondycji scenicznej zespołu. Na żywo przecież wcale nie jest łatwo nie skiepścić nawet przeciętnego kawałka, a ci tutaj na tapetę brali najprawdziwsze HITY (cały przekrój singlowej historii grupy, tylko „Hummer” żal). I dali radę, i sprawili, że te wykonania się faktycznie zapisały w pamięci. Wierzę jednak, że koncert mógł niektórych rozczarować, bo dystans pomiędzy wykonującymi a widownią był wyraźnie wyczuwalny. Co prawda Yannis podszedł kilka razy pod barierki i dawał się smagać rozentuzjazmowanej publiczności, ale ci, którzy oczekiwali szansy na taki kontakt z artystą jak na Bamba Pana lub Jarvisie musieli czuć się konkretnie zawiedzeni. Ja się podobnego obrotu spraw nie spodziewałem, a i tak miałem wrażenie, że Foals są daleko, gdzieś poza zasięgiem.


Entropia (Niedziela)

Przykro mi to pisać, ale Entropia gdzieś mi się na tle całego festiwalu rozmyła. I jestem pewien, że to nawet nie jest ich wina, bo mimo wszystko warto było przyjść i posłuchać co mają do zagrania. To to słońce gorące nijak miało się do mrocznego, mocno progresywnego blacku granego przez Wrocławian i zabiło klimat. Zdecydowanie ciekawszy byłby ten gig po zmroku. Choć przyznaję, biorąc pod uwagę warunki pogodowe, założenie przez wokalistę ciemnych okularów i luźnego T-shirtu (look à la kultowa już okładka Sacred Son) wydawało się mądrym posunięciem i niezamierzenie ubarwiło te 45 minut.


Stereolab (Niedziela)

OFF

„Czy widzicie Księżyc?”, pyta Letycja Sadier. Tłum się odwraca, nie może jednak dojrzeć Księżyca – drzewa zasłaniają widok. Widząc konsternację ludzi, Letycja dodaje: „Jest tuż za wami”. Brzmi jak wstęp do najbardziej bajecznego muzycznego performance’u jaki mógł się odbyć, prawda? Resztę dopiszcie sobie sami.


Suede (Niedziela)

Britpop. Nie znam się na tej muzyce, ale dzięki niedzielnemu występowi Suede po części załapałem, o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego dla wielu ludzi to jest takie ważne. Przede wszystkim, piosenki. Grane na scenie czarują jeszcze bardziej niż na płytach – tutaj oczywistym przykładem jest „Beautiful Ones”, które redaktor Wojtek obwołał jednym z jego ulubionych momentów festiwalu. Nawet pomimo tego, że kawałki z wczesnego studyjnego okresu Suede niezbyt mi się podobały (poza tych ze świetnego debiutu), na żywo potrafiły niejednokrotnie ruszyć, a czasem i poruszyć. Poza piosenkami, imidż. Stylowo grzeczne koszule i fryzury kontra zdecydowanie mniej grzeczne zachowanie wokalisty to konflikt dodający prezencji muzyków charakteru. Brett Anderson jest scenicznym zwierzęciem, które intensywnie wijąc się i gnąc znajduje w sobie jeszcze więcej energii na wicie i gięcie się, umiejętnością zjednania sobie słuchaczy nie ustępując Jarvisowi. A co oprócz tego? Chyba to, że britpopowcy nie przejmują się umiarem i lubią, jak wszystkiego jest dużo. A na tym koncercie wszystkiego było dużo – dużo utworów, dużo skakania, dużo światełek, dużo Bretta Andersona. I dużo szczerej zabawy. Britpop, kochani.