Wszystkie zdjęcia zawarte w tekście są autorstwa Magdy Staniszewskiej.

Kiedyś zastanawiało mnie, jak to się dzieje, że prawie nigdy nie słyszę o ludziach, którzy nie lubią jazzu. Mogą go nie znać, nie rozumieć, nie przyswajać, może ich nudzić i nie wzbudzać jakichkolwiek emocji, jednak nigdy nie powiedzą, że go nie lubią, bo w społecznej świadomości zakorzeniło się dziwne „nie wypada”. Teraz zastanawia mnie, jak Kamasi Washington tworząc muzykę powszechnie uważaną za jazzową, potrafi dotrzeć do skrajnie różnych odbiorców, z odmiennymi upodobaniami i w niemal każdym przedziale wiekowym. Poniedziałkowy koncert w Narodowym Forum Muzyki być może naprowadził mnie na pewien trop, ale ciągle, pomimo poczucia jego trafności, zastanawiam się, czy możliwym jest przebicie się przez niezrozumiały mistycyzm oferowany wraz z albumem The Epic.

image

fot. Magda Staniszewska

Washington to artysta panujący nad każdym detalem – wie, jak jego muzyka działa na publiczność, wie, w którym momencie ta wzniesie aplauz, a w którym na chwilę wstrzyma oddech, żeby usłyszeć najcichsze dźwięki saksofonu i ostatnie brzmienie perkusji. Panuje z lekkością i miejscowym humorem, gdzie styl ten przekłada się także na rolę lidera live bandu. “Uwielbiam, kiedy moi perkusiści ucinają sobie pogawędki” – Tony Austin i Robert Miller rozpoczynają niemalże dziesięciominutową, instrumentalną konwersację, a reszta zespołu opuszcza scenę, dając konkretnej części sekcji rytmicznej nieco intymny moment prezentacji indywidualnych umiejętności. Kamasi nie wychodzi, stoi z boku, w cieniu, czasem przysiada, bez przerwy okazując wyczucie słyszanego rytmu, czy to za pomocą ruchów głowy, ramion czy stopy. Wcześniej na scenie pojawia się Rickey Washington, ojciec Kamasiego, człowiek, który “wszystkiego go nauczył”, flecista dopełniający brzmienia większości kompozycji. Miles Mosley wykonuje utwór w sporej części solowy i przypomina, że kontrabas nie musi być jedynie tłem dla sekcji dętej. Patrice Quinn, kobieta dwa razy mniejsza od saksofonisty, wbija w fotel imponująco mocnym i bezbłędnym wokalem. Jako całość robią to m.in. „Change of The Guard”, „The Next Step”, „The Rythym Changes” i encore’owy „Re Run”, który w momencie szalenie wysokiego natężenia basowych tonów powoduje samoistne drżenie mięśni. 

image

fot. Magda Staniszewska

Kamasi od momentu pierwszego zetknięcia z saksofonem musiał czuć, z jaką łatwością przychodzi mu wykonywanie muzyki. Po zebraniu kilkunastoletniego doświadczenia znajduje się w trakcie trasy promującej jego debiutancki album, trzygodzinny The Epic, który w zeszłym roku szturmem zgarnął pierwsze miejsca jazzowych rankingów. No właśnie, jazzowych. Podobno artysta nie lubi słowa jazz, co wynika z niechęci do zjawiska gatunkowania muzyki. Nie ma miejsca na podziały i sztywne ramy, skoro dźwięk potrafi w nieprzewidywalny sposób owe ramy skruszyć, rozpoczynając pełną groove’u i emocjonalności improwizację. Kiedy i artyści, i znawcy trzymają dźwięk w garści gatunku, wpływają na ograniczenie grona potencjalnych odbiorców.

A Kamasi? On pozwala muzyce żyć, w teorii trzymając się konwencji, w praktyce dając poczucie niewyznaczania żadnych granic. Zaczynają dominować emocje, których mnogość różnymi ścieżkami dociera do każdego. Nieważne kim jesteś, ile masz lat, z jakiego kraju pochodzisz i czego słuchasz na co dzień – lekkość i wibrująca energia wciągają pomimo różnic, nie zostawiając z poczuciem “ja tego nie rozumiem, bo to jest jazz”. Dobrze jest trafić na artystę, który ucieka od wyniosłości chętnie wykorzystywanej przez pokolenia jazzmanów, nieutrudniającego zrozumienia jazzu, niesugerującego odbiorcy, że ma do czynienia ze sztuką wyższą i ma tę sztukę należycie traktować. Bo jeśli muzyka zasługuje, to ten szacunek uruchomi automatycznie. 

Kamasi_nfm3

fot. Magda Staniszewska