Tę historię można było spokojnie zacząć od znamiennych „za górami, za lasami…”, ale tak się nie stało. Dlaczego? Bo Białystok jest bliżej niż się wydaje i bynajmniej nie chodzi tu o kilometry. Co więcej, jego muzyczne oblicze w postaci Halfway Festivalu jest świetną odpowiedzią na to, co obecnie trawi, jak sądzę nie tylko polskie, masowe imprezy muzyczne. Nawiązując do niewykorzystanego wstępu, już sama idea stojąca za tym wydarzeniem jest baśniowa, wręcz nierealna jak na dzisiejsze czasy. Opiera się ona w końcu na zaufaniu, czyli tym, co w dobie wysokiej samodzielności i mocnych nagłówków prasowych stało się towarem luksusowym. A szkoda, bo gdy zastosowane w takich okolicznościach, o jakich przyszło mi pisać, naprawdę daje rewelacyjne efekty. Ludzie, zdaje się, chcą więcej ciepła w ustawieniu organizator – uczestnik.

Jak każda książkowa opowieść, i ta posiada jednak tę przykrą stronę, dzięki której akcja nabiera nieco pikanterii. Ostatnio zauważyłem, że ten konkretny casus w mediach nazywa się „czarnymi chmurami nad Białymstokiem”. Coś w tym jest, choć wątpię, żeby problemy finansowe organizatorów tego festiwalu faktycznie dotknęły ogół ludności Białegostoku. To przykre, ale to jeszcze nie ten czas, kiedy z wydarzenia tego kalibru robi się symbol danego miejsca. Nie zmienia to faktu, że chciałbym, aby tak to wyglądało. W takim razie zapewne nie mówilibyśmy o żadnych „czarnych chmurach”. Niestety, dofinansowanie nie zależy ani od mieszkańców miasta, ani od twórców imprezy, stąd poczucie bezsilności, rozkładające się kolektywnie na całą populację fanów Halfwaya.


Dzień 1

Ja sam nie miałem okazji wspomnieć jeszcze o tym, że zaliczam się do tej grupy. Może nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale zapłonęła wraz z pierwszym dniem właściwego festiwalu. Halfway Fanday (swego rodzaju after-party) nie był zły – przeciwnie! Koncerty naprawdę były na poziomie – poczynając od chłopaków ze wschodzącego projektu Starsabout, którzy pokazali, że w Białymstoku gra się porządnego indie rocka, kończąca na Christine Owman – szwedzkiej artystce, która zaproponowała publiczności bardzo spójny, mocny w wyrazie i stojący na wysokim poziomie technicznym występ z pogranicza nowej fali i post-rocka.

W pełni cieszyć się występem było bardzo trudno. Przestrzeń, w której odbywały się koncerty pierwszego dnia była nienajlepsza – zamknięta sala z leżakami i pufami sprzyjała odpoczynkowi, jednak zabijała w ludziach poczucie uczestnictwa, współodczuwania z artystą, nawet mimo tego, że scena była bardzo niska, a od publiki nie odgradzały jej żadne balustrady. Ten sam zarzut tyczy się, nieco pominiętego przeze mnie występu białoruskiej grupy Shuma, której set został ulokowany we foyer Opery Podlaskiej (gospodarza całej trzydniowej imprezy), czyli niezbyt ciekawej przestrzeni, wypełnionej przez krzesła i leżaki. Sam występ naszych sąsiadów nie był dla mnie niczym wyjątkowym. Zapowiadani jako gwiazdy zmieniające oblicze białoruskiego folkloru na współczesną modłę, okazali się mocno przeciętni, przynajmniej podczas tej części koncertu, na której jeszcze miałem okazję być.

Dzień 2

Przejdźmy jednak do sobotnich koncertów. Na pierwszy ogień Agata Karczyńska, której występ był bardzo dużym wyzwaniem. Młoda singer-songwriterka dała bardzo porządny koncert, który jednak nie miał szans wybrzmieć ze względu na małe problemy techniczne i nierozgrzaną publiczność. Nie warto wieszać psów na odbiorcach – z końcem seta Agaty budzili się i dali jej mnóstwo otuchy i wsparcia. Kolejny dowód niesamowitej energii Halfwaya. Zaraz potem na scenie pojawiła się Cate Le Bon z zespołem. Wszyscy fani Mug Museum czy najnowszego Crab Day z pewnością otrzymali to, na co czekali. Walijka zagrała skromnie i ciepło. Poprzeczkę bardzo wysoko podniosła Huana Molina, której hipnotyczna energia i całkowity odlot wokalny (nie mam innego, równie dobrego słowa na jej przepełniony werwą zaśpiew) zrobiły na festiwalowej publiczności piorunujące wrażenie. Duże brawa dla zespołu towarzyszącego, chłopaki wiedzieli co robią! Wracając do poprzeczki… Niestety ani Torres, ani The Veils nie przeskoczyli jej, prezentując się niezwykle poprawnie, ale bez szczególnych fajerwerków. Tu podyktuję jednak kilka punktów dodatkowych dla frontmana tej drugiej formacji za niesamowity kontakt z publiką i teatralne przekazywanie wrażeń.

Dzień 3

To, co stało się ostatniego dnia przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Już od samego początku, czyli seta Coals, było wiadomo, że szykuje się mnóstwo wrażeń godnych zapamiętania. Śląski duet pokazał duży profesjonalizm, grając świetnie technicznie i wykonując numery z pełnym namaszczeniem. Dodatkowo zaznaczyć warto, że młody projekt wykazał się sporą pewnością siebie, prowadząc publikę przez kolejne piosenki za pomocą zabawnej i angażującej narracji. Nie inaczej było z kolejnym duetem, East Of My Youth. Dziewczyny z Islandii, choć posiadające znikomą dyskografię, porwały cały amfiteatr za sprawą niebywałej energii. Nie trudno było zauważyć, że artystki świetnie bawiły się podczas występu, nawet gdy wywołane na bis musiały powtórzyć jeden z granych już utworów, na co festiwalowy tłum zareagował z wielką radością. Nie dziwne, że szybko udało im się rozpędzić groźne deszczowe chmury.

Po bardzo intensywnym, elektryzującym koncercie East Of My Youth bardzo przyjemnie było zanurzyć się w pełnym spokoju i niedopowiedzeń świecie Nive Nielsen i jej grupy The Deer Children. Obok frontmanki, która na żywo czaruje bardzo wrażliwym głosem i kojącym spojrzeniem, uwagę zwracał także Charles Lee Shapiro, fenomenalnie grający na gitarze, ale także banjo i muzycznej pile. Jego wkład w cały występ był dla mnie równie niezbędny co samej Nive. Dzięki niemu muzyka grupy zyskiwała niespotykany, nieco dziwaczny charakter. Równie profesjonalny i charakterny okazał się Cass McCombs, którego set nieco przeniósł się w czasie ze względu na nieprzyjemne warunki pogodowe. Artysta wszedł na scenę z błyskiem w oku, jednak bez zbędnych introdukcji. Jego ciche, nieco zdawkowe usposobienie mogło początkowo razić. Jak miało się później okazać, słowa były zbędne. Niesamowite zgranie i wyczucie widoczne między członkami jego grupy broniło się samo i skutkowało od czasu do czasu jamowymi wyskokami, które właściwie mogłyby trwać w nieskończoność. Z początku w mojej głowie rodziła się myśl, że to muzyka bardzo porządna, ale mocno niedzisiejsza, jednak później zrozumiałem, że stworzona za 100 lat byłaby równie świetna.

Do końca pozostał jeden występ, wyczekiwany przez masę zebranych na festiwalu ludzi. Angel Olsen pojawiła się w amfiteatrze zaraz przed północą. Wyczekany koncert rozpoczął się niepozornie, choć od samego początku okazał się być zagrożony. W monologu scenicznym artystka przyznała się, że jej gardło nie jest w najlepszym stanie, co udowadniała pokaszlując od czasu do czasu w trakcie koncertu i robiąc sobie przerwy, by odetchnąć. Mimo to, Angel wokalnie była niesamowita. Zaprezentowała się w teatralny, uderzający prosto w serce sposób, sprawiający, że nie sposób było oderwać od niej wzrok, chłonąc każde słowo i analizując jedno po drugim. Wieczór zrobił się chłodny, a kolejne kompozycje nie zdawały się ogrzewać publiczności. Nie o to chodziło. Bywały szorstkie, pełne żalu. Nikt nie żądał śpiewania „Shut Up Kiss Me” całe półtorej godziny. Wszyscy wiedzieliśmy, że doświadczamy czegoś całkowicie osobistego. Nie do podrobienia.

W ten sposób zakończyła się tegoroczna edycja Halfway Festiwalu, nad którym, mimo świetnej atmosfery, pozostały ciemne chmury zagrażające poważnie przyszłości przedsięwzięcia. Nie mam pojęcia co się wydarzy za rok. Scenariusze są dwa: albo nie stanie się nic i Polska straci świetne miejsce, żeby przeżywać muzykę, albo znów zadzieje się magia i ci, którzy mieli okazję jej doświadczać, będą jak ja wspominać z wypiekami na twarzy te niepowtarzalne dni.