“Dobre jak na Polskę…” – bardzo nie lubię tego określenia. Od kiedy tylko interesuje się muzyką, staram się traktować tę krajową tak, jak zagraniczną – stawiam jej te same wymagania. Z drugiej strony wiem, ile polskiej muzyki w ogóle jest olewanej tylko przez to, że… jest z Polski. Staram się z tym walczyć. Chcę pokazać, że nasz rynek jest ciekawy na tle świata, ma swój własny język, który może być także doceniany, ale jestem chory na bylejakość, pseudo-alternatywę, niepotrzebny, zbyt bardzo pompowany, zachwyt nad niektórymi. W Radiu LUZ w każdy piątek, o 20:00 prowadzę audycję Polonez, w której zajmuje się tylko ojczystą muzyką. Dziś mam dla Was, w ramach debiutu na Kinkyowl, subiektywną listę 10 najlepszych krajowych singli 2016 i 10 najlepszych krajowych albumów 2016.

Single

Za nim zaczniemy, ważna rzecz. Najlepsze single w moim mniemaniu to te, które uczepią się mnie jak rzep i słucham ich po 20 razy z rzędu i nie mam dość.

10. Asia i Koty – Wiosna


Teoretycznie muzyka, która w ogóle nie powinna mi się podobać: gitara, zdublowany wokal i nic więcej, ale coś w niej przywołuje uczucie chodzenia po mokrej trawie o poranku. Chodzi o to, że Asia Bielawska jest tutaj bliżej klimatu Parallelograms Lindy Perhacs niż nudnych ogniskowych pioseneczek.

9. New People – Banana Split


The Car is on Fire już nie istnieją, a Crab Invasion chyba oddalili się rakiem ze sceny muzycznej, ale na szczęście ich członkowie nie próżnują. Na horyzoncie widać Manhattan, czyli dziwny twór składający się chyba ze wszystkich kompozytorów niezalu w Polsce, który na razie popisał się tylko dwoma piosenkami. Pokazali się też New People. Nowy projekt m.in. Jakuba Czubaka (ex. The Car is On Fire, Queer Resource Center), Jakuba Sikory (ZaStary, Crab Invasion) niby znowu jest graniem stereolabowego popu z funkowym feelingiem, ale mają w sobie tyle słońca, że przymrużam na to oko.

8. Noc muzeów – Bzy


Rycerzyki byłym nowym ciepłym tchnieniem w polską scenę pop, która do obrzydzenia zachłyśnięta jest chłodnymi brzmieniami Skandynawii. Drogę tę kontynuuje solowo Gosia Zielińska – w tej piosence jest coś cudownie naiwnego i dziewczęcego. Na szczęście pod tym anturażem znajduje się parę zagwozdek: kontrapunktacje wokalne w refrenie i osobliwy mostek-outro utworu. Poza tym przy słuchaniu czuję na twarzy ciepły, letni wiatr. 

7. Wczasy –  Warto nic nie robić


To, że kolesie grają jak Mac DeMarco to wręcz oczywiste, ale w sumie mało projektów o tak slackerskim zabarwieniu w Polsce. Tego angielskiego terminu nie użyłem bez powodu. Trzech panów z Wczasów z pewnością kochają Pavement. W tym miejscu można by im postawić wielkiego minusa za zrzynę, ale nie dość, że robią to z lekkością, to jeszcze dodali do niej polskiej nostalgii.

6. Soniamiki – Fantazi


“Lemoniada” (utwór koszący większość polskich singli w tej dekadzie) to nie jest, ale i tak wystarczająco wysoki poziom songwritingu, aby w moim rankingu zająć miejsce 4. No i jeszcze jedna sprawa – nie pierwszy to mówię, ale w refrenie naprawdę słychać Bajm. Zanim powiecie, że to w sumie dyskredytujące, to radzę posłuchać dokonań tego zespołu z przełomu lat 80 i 90. Pełna duchologia, ale poziom konfundująco wysoki.  

5. Lanberry – Piątek


Na świecie pop-house już zagościł na dobre. Reprezentanci tego stylu – tacy jak producenci Shift K3Y, MNEK – są rozchwytywani przez gwiazdy typu Beyonce czy Kylie Minogue. W Polsce nie pamiętam tak znakomitej i ujmującej lekkością próby jak “Piątek”, ale sprawa rozchodzi się o refren. Moim zdaniem wyrazistości nadaje mu przede wszystkim rozegranie rytmiczne, a dokładnie – synkopy (po konsultacji dostałem nawet informację, że są to synkopy szesnastkowe). Najpierw podcięcia na koniec pierwszej części (“zapomnisz / o mnie / piątek”), potem przyspieszenie (“spal, zmień wątek”) i na koniec już tylko błogi, bujający housowy feeling.

4. XXANAXX – Meltdown


Motyw kapci wystąpił już w polskich piosenkach: jak w utworze Ska – O`Reggano – “Kapcie Dziadka”. Jedną piosenkę nagrał zespół o wdzięcznej nazwie Łydka Grubasa, no i w końcu piękne “Czas nas uczy pogody” Grażyny Łobaszewskiej (słowa Jacek Cygan), a w tym roku pokusił się o to zespół XXANAXX na swojej płycie FWRD w utworze “Kup mi”, ale osobiście wolę gdy Klaudia Szafrańska śpiewa po angielsku. “Meltdown” wręcz rozpuszcza i rozleniwia słuchacza niczym gorące dni w lipcu, nawiązując do niespiesznych utworów Bondax, Tony Bettiesa czy Skylara Spanca. Poza tym pozytywnie bawi mnie ta nakładka wokalna w zwrotce.

3. Fair Weather Friends – Love Won`t Make It Easier


Na początku chciałem napisać o tym, że w jakiś dziwny sposób energia tej piosenki przypomina mi Tigercity (nie tak ejtisowi, oczywiście, jak twórcy “Are You Sensation?”), ale dopiero potem wpadłem na to, co mi ten utwór przypomina – euforyczność The Car Is On Fire (np. “Can’t Cook” czy “Cranks”). Przesmaczny pre-chorus, niedająca się zatrzymać druga zwrotka, wieńczący refren i mostek(!) z funkową gitarą – proszę więcej.

2. Smolasty – Game Over


Jeśli ktoś czai zachodnie trendy w muzyce R&B to jest to Smolasty. Produkcja Olka przypomina piekielnie Nightride Tinashe. Nie dość, że Polsce mało kto w ogóle nagrywa takie utwory, to jeszcze wyczarowuje nocny klimat pustego zadymionego klubu, takiego po imprezie, gdzie wszystko dzieje się jakby wolniej.

1. Natalia Nykiel – Error


Mam to szczęście, że mało oglądam telewizji. Nikt mnie nie zamęczył tym kawałkiem. Sam to  zrobiłem. Jeśli chodzi o opcję repeat to ta piosenka była u mnie w tym trybie najdłużej. Niby EDM, ale coś sprawia, że ten numer wymyka się z tej szufladki. Nie wiem, czy to smutny hook refrenu, uzależniające “pompujące” klawisze, które tworzą wcale nie takie banalne akordy czy może mostek. Moim typem jest arpeggio latające między kanałami. Wiem, że muzyka nagrana dla pieniędzy, że gwiazda tv-show, ale czy to ma naprawdę znaczenie?

 

Albumy

a0995819394_1610. Evvolves – Mosses

Wcale nie tak łatwo w Polsce o shoegaze. Dobrym punktem odniesienia niech będzie to, że na rateyourmusic, czyli portalu dla muzycznych geeków, notowane są tylko 4 zespoły tego gatunku z naszej ojczyzny! Jest to według mnie co najmniej dziwne, że w kraju, gdzie króluje black metal (pozdrawiam Mgłę), mało kto wypłynął z muzyką Kevina Shieldsa. Na szczęście w tym roku dużym echem odbiła się druga kaseta (sic!) zespołu z Warszawy – Evvolves. Album Mosses to dawka magmowego, lo-fi popu, która z jednej strony melodycznie nawiązuje do Slowdive (“13”, “Harmless Bug” – bawi mnie to nagłe olewanie melodii), z drugiej strony My Bloody Valentine (“Guns”, “Berghi”), ale tropy te są niewątpliwie proste. Z takich mniej oczywistych – ten shoegaze przywołał w mojej pamięci “Rebirth” od Yuck. [posłuchaj]

a1283251113_109. Jakub Lemiszewski – DAAAMN

Wkręciła mnie ta EP-ka, choć to w ogóle nie moja działka. Ostatnim footworkiem, którego słuchałem z taką radością był suchy i nieludzki Dark Energy JLin i legendarne Double Cup DJ Rashada. Nie, że nie lubię tego gatunku, po prostu trudno się przebić do mojego popistycznego mózgu z takim graniem, szczególnie przy dłuższych formach. Jedyne jakie mam skojarzenie poboczne przy muzyce Lemiszewskiego to PC Music. Aha, i wszyscy na około piszą, że imprezy z kolegą Jakubem na konsolecie zmiatają z powierzchni ziemi – jak będzie w pobliżu, sam się wybiorę! [posłuchaj]

smolasty8. Smolasty – Mr. Hennesy

W tym roku zauważyłem w dyskursie o hip-hopie w Polsce dwie frakcje. Jedna stoi po stronie inteligenckiego (to określenie już trochę cechuje częściową pretensjonalność) hip-hopu, a druga po stronie takich produkcji jak Radio Gruz i jemu podobnych. Sam znajduje się gdzieś po środku. Nie umiem powiedzieć niczego złego na nowy album Łony, ale Mes wyszedł kiepsko w tym roku. Kaz-Bałagane pokazuje, że gość kuma trendy (“Mordziaty, mordziaty, mordziaty…” fonetycznie pasuje idealnie do trapu), ale za to Popek jest dla mnie przegięciem i nie umiem się złapać na tę chwytliwość, o której niektórzy mówią. Przechodząc już do Smolastego – gdzieś z tej drugiej frakcji polskiej sceny hip-hopej wyłoniły się “Mr. Hennesy” – mixtape z gęstym, imprezowym R&B. Takie numery jak “Game Over”, “W planach”, “Afterparty” czy “Słodki cham” (dwuczęściowy numer – to przejście i wejście Kingi Pędziskiej rządzi) latałyby po rotacjach modnych radiostacji w USA. [posłuchaj]

pasts7. Pasts – Inner Hiss

Mimo, że koncertów na Spring Break było bez liku to przez 30 minutowe sloty i duże odległości między scenami, udało mi się zobaczyć tylko kilka, w tym występ Pawła Milewskiego w bardzo małym klubie w Poznaniu. Duszna, kameralna atmosfera idealnie nadawała się dla muzyki Pastsa (gość na początek zagrał jeszcze “Sometimes It Snows In April” Prince’a, a wtedy sprawa była świeża). EP-ka Inner Hiss jest w moim odczuciu zimna, przywodząca na myśli Junior Boys, ale też intymna niczym utwory z No World Inc. Jakby można było wskazać jeszcze jakieś porównania to chłodne, ale i bogate harmoniczne R&B Pawła ląduje blisko ostatnich dokonań Nite-Funka. [posłuchaj]

new-rome6. New Rome – Nowhere

O miejsce w tej dziesiątce jako reprezentacji takiej materii dźwiękowej bili się na równi i Baltic Beat Bartosza Kruczyńskiego, jak i znakomita kompilacja The Beginning wydana przez MOST Records. Jednakże to album Nowhere Tomasza Bednarczyka pokonał rywali swoimi ambientowymi pejzażami. New Rome w swoich zwięzłych utworach namalował (choć “zwięzły ambient” to istny oksymoron), światy nie z tej ziemi, światy nieistniejące. Przestrzenne “Tumble” oddające uczucie myślenia o miliardach pustki w kosmosie, wylewające się w otchłań niczym ekstensa u Dukaja “Cat”, hipnagogiczne, cyberiadowe, a jednocześnie przypominające mi o s/t Krzysztofa Ścierańskiego “Voyage”, czy deep-micro-housowe “Beginning” (ktoś tu lubi Vynehalla i Boards of Canada), to są tylko przykłady i dowody na różnorodności tego album. Tomek już niedługo wydaje w Instant Classic – o jego nowej płycie będzie głośno, może i nawet na całym świecie. [posłuchaj]

better5. Better Person – It’s Only You

Inner Hiss i It’s Only You mają do siebie blisko, jeśli chodzi o środki wyrazu. Jedną z różnic jest to, że Better Person jest cieplejszy w brzmieniu, ale to nadal bedroom-R&B (lecz to taka sypialnia o poranku, gdy ciepłe światło nagle wpada przez okno). Tym zdaniem mógłbym zakończyć ten wpis, ale warto wspomnieć o znakomitym refrenie “Sentiments” wspomaganym statycznym basem i lecącymi w poprzek do głównej melodii klawiszami czy “Everything Cold” mający coś ewidentnie z emocji Last Exit, czy porównywany do The Smiths “Your Smell”. Na koniec gorzka refleksja: “I Wake Up Tired” doprowadziło moje myśli do Moizmu Makowieckiego, tyle, że Tomek odniósł stosunkowo duży sukces komercyjny, a Byczkowski więcej koncertów gra u sąsiadów w Niemczech. [posłuchaj]

niechec-niechec-cover-okladka4. Niechęć – Niechęć

Kiedy podczas wywiadu z gitarzystą Niechęci Rafałem Błaszczakiem, przy okazji koncertu we Wrocławiu, zapytałem się czy nie chcieliby nagrać muzyki do filmu, to po moim rozmówcy widać było, że ten temat gdzieś w nich tkwi, że gdzieś bardzo by chcieli. Wszyscy krytycy podkreślają obrazowość ich muzyki, a ich utwory były wykorzystywane przez studentów filmówek do prac semestralnych, jednak nigdy nie mieli okazji napisać niczego na zamówienie. Mam pewien pomysł na to, skąd wynika ta soundtrackowość Niechęci. Po pierwsze – nieważne, czy grają post-rock czy free-jazz – oni to robią po coś. Każdy dźwięk jest po to, by wywołać określone emocje w słuchaczu, a nie po to, by być tylko sztuką dla sztuki. Po drugie polska muzyka instrumentalna zawsze ciągnęła w stronę obrazowania. Weźmy chociażby Komedę, Killara czy Dębskiego (myślicie, że oni nagrywali tylko muzykę do filmów? – nic bardziej mylnego), a Niechęć kontynuuje gdzieś tę drogę. Zostając jeszcze przy tej polskości. Dla mnie głównymi bohaterami płyty Niechęć są wyraziste motywy, które aż uginają się od słowiańskiej melancholii. [posłuchaj]

waclaw_zimpel_cover3. Wacław Zimpel – Lines

W roku 2016, 3 października 80. urodziny obchodził Stevie Reich, jeden z pionierów minimalizmu. Pamiętam, gdy na Open’erze 2013 odbył się specjalny koncert, na którym wykonywany był najsłynniejszy utwór Amerykanina “Music for 18 Musicians”. To było jak olśnienie – jak oparta na repetycji muzyka może wywołać u mnie takie emocje? Później zastanowiło mnie, czy w Polsce też mieliśmy minimalistów. Odpowiedź brzmi twierdząco. Dwóch najsłynniejszych, będących jednak bliżej muzyki atonalnej to: Tomasz Sikorski – używający technik Reicha, takich jak chociażby przesunięcia fazowego i Zygmunt Krauze, który stworzył nawet swoją odnogę – unizm – inspirowaną bezpośrednio, także polskim, ruchem malarskim Władysława Strzemińskiego. Ale to właśnie rok 2016 był wręcz wybuchem minimalizmu w Polsce. Możemy zaliczyć do tego grona aż 4 (a biorąc pod uwagę znikomość tego ruchu w polskiej muzyce rozrywkowej to dużo) albumy: Elite Feline grupy Lotto, Las Kristen, LAM i, wreszcie, Lines Wacława Zimpla. Facet z wykształceniem muzyka klasycznego, który przeszedł na jazz, jednocześnie gromadząc w domu ludowe instrumenty, stworzył płytę na przecięciu wszystkich linii. Każdą tę linię wykorzystał redukując środki, na chwilę stał się amerykańskim minimalistą skupiając się wyłącznie na muzyce samej w sobie. Sam zagrał na wszystkich instrumentach (3 różne klarnety, Hammond, Rhodes i khaen) i stworzył płytę, w której zanurzam się z ogromną przyjemnością. [posłuchaj]

500_500_productgfx_8bfcad1d1e7549568ab050e0522df3002. Furia – Księżyc milczy luty

Już chyba wszyscy w Polsce napisali o tej płycie – potężnej, post-metalowej, post-rockowej, ale mi najbardziej podobają się powiązania Księżyca… z math-rockiem. Już przy pierwszym, miażdżącym moje uszy, odsłuchu pomyślałem: Spiderland! Przecież te wszystkie motywy gitar mają podobny ciężar emocjonalny, co słynny opus-magnum Slinta (np. motyw z “Tam jest tu” brzmi jak niedokończona zagrywka z “Washera”). Już myśląc o tym albumie z 1991 mam gęsią skórkę. Katowiczanom udało się wykrzesać jakąś część tego samego obezwładniającego niepokoju, który cechował drugą płytę amerykanów. Oczywiście dodali od siebie grzęznące w głowie (sic!) metalowe riffy i gruby, czarny jak smoła bas. Ważne też są melorecytacje Nihila, przywodzące na myśl Świetliki (zresztą też post-rock) i perkusje Kantora oparte głównie na fantastycznym ogrywaniu ridów, high-hatów, crashów i innych talerzy posiadanych w zestawie. To wszystko razem tworzy obezwładniający słuchacza monolit, któremu nie można się oprzeć! [posłuchaj]

malgola1. Małgola, No – A/B

W 2016 moje serce rozdarły na pół dwie płyty: Emily’s D+Evolution Esperanzy Spalding i A/B Małgosi Gulczyńskiej, która na potrzeby projektu nazwała się Małgola, No. Te dwie płyty łączy jedna rzecz, szalenie dla mnie ważna – dłubanie w kompozycji utworów. Tu każda piosenka jest pokazem tego, czym powinien być songwriting. Zawsze, gdy piszę o takich rzeczach mam wyrzuty sumienia – przecież nie mam ani wykształcenia muzycznego, ani genialnego słuchu. Jednak nic nie poradzę, że to właśnie wszelkie zakręty harmoniczne i melodyczne tak na mnie wpływają. To one są dla mnie esencją emocji w muzyce – nie przypadkiem moimi ulubieńcami są The Bealtes, Prefab Sprout, Joni Mitchell czy The Beach Boys. Nie bez powodu wymieniłem tę ostatnią nazwę. Wszystkie recenzje A/B porównują Małgolę do Laury Nyro czy Charlotte Hatherley, te babki także grzebały przy kompozycjach, jednak są porównania na wyrost. Skupiłbym się na bardziej oczywistych inspiracjach. Nazwa ujawnia wszystko, jest parafrazą tytułu “Caroline, no” z Pet Sounds. Nie mówię, że Małgosia pisze tak jak Brian Wilson, tego nie robi już nikt, a i nikt nie umiał tego robić tak wspaniale jak on. Ale! nie potrafię nie wspomnieć o “’Til I Die” przy okazji “Roses” (ta perkusja też ma wymiar miażdżący). Imitowanie theremina w “Heaves Above” przywodzi na myśli pionierskie sztuczki produkcyjne Wilsona. Nawarstwianie głosów w moim ulubionym tracku “Didn’t Cry”, pogodna melancholia z “Hearshake/Handshape” – to tak bardzo The Beach Boys. A/B pełne kruchych melodii jest po prostu magiczne, a to, że takie rzeczy dzieją się w Polsce napawa dumą. Jacek Szubrycht dla Gazety Magnetofonowej pisał, że ktoś Małgosię powinien wywabić z sypialni, a ja powiem: zostań tam i twórz te intymne piosenki, które będą kruszyć takich cyników jak ja. [posłuchaj]