W całej kolorowej przeplatance gatunków, stylów, wpływów, technik, instrumentów i celów znajdziemy multum muzyki stworzonej na fundamencie szeroko pojętego feelingu. Zapożyczmy już z tego angielskiego, bo „odczuwanie” tu nie do końca brzmi – można na nie wskazać jako na nieco skomplikowany proces kolekcjonowania emocjonalnych, artystycznych i dźwiękowych bodźców. Technikę i hi-fi odsuwamy na bok, oczywiście nie po to, żeby negować czyjekolwiek producenckie umiejętności albo szkalować sympatyków wysokiej jakości dźwięku. Bardziej po to, żeby zrozumieć, o co chodzi albo o co może chodzić w lo-fi’u. Najpierw percepcja, a potem przepuszczanie ładunków i pomysłów przez Maschine’y, Abletony i inne nic nie mówiące zwykłym śmiertelnikom nazwy programów, w których nierzadko rodzi się zarówno parkietowy, jak i domowy groove.


szumi, trzaska, nie brzmi – jak nic zripowane z youtube’a


Niespodzianka, tak było, tak być miało i tak będzie. Lo-fi house, od niecałego roku (z wyraźnym naciskiem na rok miniony) zdecydowanie na topie wśród fanów śledzących bardziej undergroundowe elektroniczne zaplecze  – utwory z trzaskami, które tylko powierzchownie oferują gorszą jakość. Ta nierzadko zostaje przyćmiona przez rodzącą ją ideę – to ukłon dla house’owych początków, pierwszych tanecznych uderzeń Chicago, za które odpowiadały takie postaci jak Frankie Knuckles i Mr. Fingers, odrzucenie pogoni za zabójczymi dla portfela sound systemami i przekłucie audiofilskiego balonika. Tego popkulturowego trochę też – trend pielęgnowany jest za pomocą internetu, a, dla przykładu, serialowe ikony potraktowane jako inspiracje aliasów. Bezczelnie idąc w kolokwializmy – to brzmienie bez jakiejkolwiek spiny i sterylności, która fanów brudu może nieco odrzucać. Szorstkość odpowiada autentyczności, a niedoskonałości zostają zamienione w największy atut. Produkowana w ten sposób muzyka sprawdzi się świetnie zarówno na słuchawkach, jak i na laptopach, ale w szczególności… na winylach.


Mall Grab, DJ Seinfeld, DJ Boring, Ross From Friends, Palms Trax, TRP and many many more (thx Mixmag)


Bo lo-fi house to nie tylko internet, taniość i feeling – trzecie rozwija kolejne, mianowicie pielęgnowanie miłości do czarnej płyty, jej niepodrabialnego brzmienia i głębi, które gładko przeprowadzają słuchacza przez wszystkie okoliczności. Lo-fi, jako przedrostek jakiegokolwiek gatunku, chyba często po prostu jest czymś naznaczonym nostalgią,  świadomym powrotem do analogowych rozwiązań i ucieczką przed dynamicznym (a tym samym nieco przerażającym) rozwojem technologii. Z drugiej strony – już lo-fi house konkretnie – jako trend został osadzony w do bólu współczesnej materii internetu, z której obficie wylewają się memy, piractwo i natłok informacji. I jak to w internecie bywa – trend na absolutnym szczycie nie wytrwał zbyt długo, bo i sam nurt powoli zaczyna zjadać swój ogon, przynajmniej w świadomości wielu słuchaczy. Czy powinien być na tej podstawie negatywnie oceniany? Chyba nie, wszak ciągle chodzi nie o mainstreamowy potencjał, innowacje i pójście w nieokiełznane hybrydy, a o wspomniany feeling – tak długo jak ten ciągle nas dopada, czy to pod postacią intensywnego miękkiego basu czy zachwycających soulowych sampli, tak długo możemy bez krępacji oddawać się szorstkiemu groove’owi.


posłuchaj sobie