Najnowsze dziecko Ninja Tune – Bicep – to duet, który ma na koncie wiele lat zarówno wspólnego grania, jak i imprezowania, jednak dopiero w tym roku postanowił podzielić się z nami debiutanckim materiałem zebranym na albumie self-titled. Reprezentanci Irlandii Północnej perfekcyjnie wpisują się w dorobek londyńskiej oficyny i serwują istny elektroniczny kolaż. Bicep nie przynudza nawet na moment, a różnorodność motywów i stylistyk zaskakuje. Techno, deep house, minimalizm, dance – na wypadek gdyby komuś było potrzebne szufladkowanie, to tylko kilka z najbardziej oczywistych inspiracji chłopaków.

Po taneczno-brokatowym początku wpadamy w mroczniejsze momenty, by na finiszu wrócić na parkiet po raz ostatni przed końcem nocy krążka. Właściwie nie ma tutaj słabych punktów, a kalkbrennerowskich „Glue” czy „Opal” mógłbym słuchać w pętli. Obraz pierwszych kilkunastu minut albumu dopełniają mocno imprezowe „Orca”, „Kites”¸czy nawet „Ayaya”. Lekko ambientowe „Drift”, przełamane melodyjnymi klawiszami, oraz dziwnie niepokojące „Rain” ukazują inne – tajemnicze i intrygujące – oblicze wydawnictwa. Tę część albumu ze spokojem domyka „Ayr”, chwilę później ustępując miejsca kolejnym tanecznym zrywom pod postacią „Aura” oraz „Vale” – ostatnie brzmi niczym zupdatowany remiks Disclosure.

To album bardzo uniwersalny – nada się i na samotny wieczór, i na klubowy parkiet (co z pewnością zostanie udowodnione w trakcie jednego z tegorocznych before’ów World Wide Warsaw). Bardziej skomplikowane motywy przeplatają się z minimalistycznymi, jeżeli mowa o środkach, kompozycjami. Brawa należą się nie tylko za szeroką eksplorację różnych gatunków, ale także za znalezienie ciekawego balansu pomiędzy nimi. Godzina spędzona przy odsłuchu Bicep na pewno nie okaże się być czasem straconym. Panowie, trafiliście w klubowe sedno!