Polecamy: A Space Odyssey, 1976

Dobra i wartościowa muzyka nie tylko zawsze sama się wybroni, ale też z respektem powinna być traktowana przez mijający nieubłaganie czas, liczne zmiany trendów, aż w końcu nieunikniony bieg pokoleń. Nawet w przypadku czasowej stagnacji, chwilowego braku pomysłu na jej odkurzenie i odtworzenie, najpewniej przychodzi jednak ten moment, kiedy znów wstanie z kolan.

Prawdziwy fenomen wśród zmartwychwstałych wydawnictw zdarzył się cztery lata temu przy okazji premiery zaaranżowanego na nowo albumu Zbigniewa Wodeckiego z roku 1976. To debiutancki materiał artysty, który – ku dzisiejszemu zaskoczeniu, przez 40 lat od czasu wydania, nigdy nie osiągnął tak imponującego poruszenia wśród publiczności co dziś. Muzyk słynący przez wszystkie dekady kariery z paru osławionych i kultowych utworów (wiadomo o które kawałki chodzi), przeżył w ostatnich latach fantastycznie oprawiony renesans swojej twórczości; mniej lub bardziej paradoksalnie, ale oparty właśnie o ten najbardziej wiekowy wątek w pracy artystycznej.

Historia projektu A Space Odyssey jest niezwykle urocza. Za pomysł wyciągnięcia z szuflady starej płyty Wodeckiego odpowiada grupa Mitch & Mitch. Nieco sceptycznie nastawiony początkowo i pełny obaw o odbiór artysta, dał się ostatecznie namówić muzykom na realizację tego dość niecodziennego i z pewnością oryginalnego pomysłu. Czas oczywiście szybko zweryfikował kwestię reakcji publiczności, a Odyseja okazała się totalnym strzałem w dziesiątkę. Pan od Pszczółki Mai stał się nagle ulubieńcem już nie tylko 50- i 60-latków, ale też pokoleń kilka dekad wstecz. Podszyte nieczęsto nadarzającym się pokładem tak pozytywnej energii występy stanowiły właściwie integralną część projektu, a premierowy koncert miał miejsce nie byle gdzie, bo na OFF Festivalu w roku 2013. Ogłoszenie to, wśród fanów katowickiej imprezy wywołało wówczas lekki chichot połączony z oczywistą ciekawością, jednak podszyte ironią reakcje dość szybko przerodziły się w zachwyt, a występ w Dolinie Trzech Stawów otworzył furtkę do dalszych planów koncertowych. Zbig i Mitche podróżowali ze swoim cudeńkiem całkiem intensywnie, a projekt mniej lub bardziej regularnie, ale trwał praktycznie przez całe cztery ostatnie lata. Występowali w fantastycznych salach koncertowych, od krakowskiego Centrum Kongresowego po katowicki NOSPR (obłędne dwa wyprzedane występy w ramach Before Nowa Muzyka 2016), a nierzadko zdarzyło im się uświetnić swoją obecnością programy festiwalowe, m.in. ubiegłorocznego Open’era. Niecodzienne tournée okazało się dla słuchaczy fantastyczną wędrówką do dawnej muzyki, mimo paradoksu, że znakomita część fanów Odysei to młodzi ludzie rozkoszujący się w znacznej mierze nowymi brzmieniami (Tauron wiedział co robi)…

A Space Odyssey, który oficjalnie stanowi zapis audio i video jednego z pamiętnych koncertów, dziś staje się już nie tylko wysublimowaną rozrywką dla miłośników nieoczywistej muzyki, ale też kojącym i wywołującym nieskrępowany uśmiech wspomnieniem fantastycznego Zbigniewa Wodeckiego. Artysta zatoczył swoiste koło, tak dosłownie jak i symbolicznie. Bo jeśli młodzi nucą sobie dziś o pannach mego dziadka, to pewnie coś jest na rzeczy…

Panie Zbigniewie, dziękujemy.