Pokal: Great Expectation

Przy okazji rocznych podsumowań dużo mówi się o oczekiwaniach na ten następny – i jeśli jest coś za czym wyglądam, niczym, wcielająca się w role Cathy, Kate Bush za Heathcliffem, to jest zdecydowanie album Pokala. Apetyty zwiększył się po zeszłorocznym violensowym “Some Time”, a teraz Norweg zaszczycił nas następnym numerem.

“Great Expectation” podwoił moje zniecierpliwienie. Utwór zaczyna się od nerwowych akordów jungle-gitary – szereg skojarzeń wypłynął już po czterech akordach. Jednostajna technika uderzenia w struny przypomniała o 12 Rods – chociażby o “Red” (już nie mówiąc, że czuję podobną nerwowość i złożoność harmoniczną), po drugie Cocteau Twins – wystarczy porównanie z “Cherry Coloured Funk” – ktoś tu za dużo słuchał Heaven or Las Vegas. Monotonny bas przywodzi na myśli Diogenes Club (pojawiające się dalej w piosence synthy też). Po tym intro-refrenie, zaczyna się mostek (? nie mam pojęcia jak sklasyfikować), a dalej Pokal wraca do refrenu i powtarza go, jak mantrę, do końca utworu. Nawet nie jestem pewien czy mogę nazwać to piosenką. Normalna piosenka (zwrotka-refren-zwrotka-ref-mostek-ref) nie ma takiej struktury, ale to nie zarzut – ten zabieg sprawia, że “Great Expectation” ma wręcz hipnotyczny charakter.

Mam jeszcze jedną teorię: gość się bawi w tym kawałku słuchaczem, który ma wielkie oczekiwania przewidywania, że za chwilę, za minutę, za sekundę wybuchnie refren – nic z tego. Kończysz odtwarzanie, włączasz jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz, bo masz nadzieję, że Pokal skończy Twoją “mękę” – może dopiero na longplayu, który już niedługo…