Kariera muzyczna młodego (rocznik 1996) warszawskiego rapera przez ostatnie miesiące nabrała znaczącego rozpędu. Po dwóch „krokach milowych” – jak mówił Otsochodzi w wywiadzie z Arturem Rawiczem – w postaci wydania EPki „7” oraz udziału w ubiegłorocznej edycji „Młodych Wilków”, przyszedł czas na pełnoprawny debiut. Zawartość wydanego nakładem Asfalt Records longplaya Slam może być sporym zaskoczeniem dla osób, które kojarzą Młodego Jana wyłącznie z corocznej inicjatywy Popkillera. Na próżno szukać tu braggowego oblicza z „Wilczego sezonu”, co w żadnym wypadku nie oznacza, że nie mamy do czynienia z rasowym hip-hopem.

Otwierający płytę kawałek „Yo, Mamo!” wita nas ciepłym, samplowanym bitem i charakterystycznym, głębokim brzmieniem. Pierwsze skojarzenie? Oczywiście J Dilla, którego zresztą zarówno raper, jak i będący autorem podkładu O.S.T.R. wymieniają jako jedną ze swoich największych inspiracji. W tym klimacie zostaniemy przez całość trwającego niewiele ponad 40 minut materiału, który już w utworze nr 2 serwuje słuchaczowi prawdziwą perełkę, mającą jeszcze większy przebojowy potencjał, niż „Polepiony” z EPki „7”. Singlowy „Bon Voyage”, bo o nim mowa, można określić jako muzyczną wizytówkę stylu wypracowanego przez Otsochodzi, a follow-up do A Tribe Called Quest wskazuje, że dobór autorytetów w kwestii rapu lokuje Młodego Jana na zupełnie innym biegunie, niż ten wybrany przez większość reprezentantów młodego pokolenia polskich hip-hopowców.

No właśnie. Otsochodzi wyłamuje się z dominującego wśród nowych graczy na rodzimej scenie trendu nawijania bragga pod trapowe/cloudowe podkłady, swoim debiutanckim LP składając hołd brzmieniu lat 90-tych. Slam zarówno klimatem, jak i specyficznym, kalifornijskim vibem odrobinę przypomina wczesne dokonania ekipy Alkopoligamii, na czele z wydawnictwami sygnowanymi nazwą 2cztery7. Lirycznie warszawski MC bazuje głównie na lekkim, pozbawionym patosu storytellingu, w którym znajduje miejsce zarówno na luz i dystans („Znowu zamuliłem”), jak i niepozbawione cynizmu słowa krytyki („A&K”), gdzie Jan, określając siebie samego jako „dziwnego dzieciaka z dziwnego blokowiska” wykpiwa świat mody, pogoń za blichtrem czy hipsterstwo. Życiowe przemyślenia? Również obecne, jak choćby w „Kolejnym dniu” z gościnnym udziałem Hadesa, gdzie Otsochodzi uderza w refleksyjne tony („zobacz jak szybko czas mija, każdego dnia / od kołyski do trumny, goni bezlitosny czas / obraca się w tym tempie, mój cały świat / zostaliśmy sami, sami, ty i ja”).

Warto docenić rangę gości, jakich zaledwie dwudziestoletni raper dobrał na swój debiutancki przecież album. Poza wspomnianymi wcześniej O.S.T.R.-em za gramofonami i Hadesem na mikrofonie, Slam uświetnili swoją obecnością tak zasłużeni w środowisku fachowcy jak DJ Eprom i Spisek Jednego, a swoje zwrotki dołożyli choćby Mada i Kaietanovich z Zetenwupe Ferajny, a także Ras, który niejako odwdzięczył się za gościnny występ Młodego Jana na ostatniej płycie duetu Rasmentalism.

Bardzo obiecującym debiutem uraczył słuchaczy Otsochodzi. Znajdziemy na nim oryginalny, a zarazem mocno inspirowany klasyką styl rapowania i wysoką jakość stricte muzyczną zapewnioną przez KrisQu’a, Miroffa oraz pozostałych występujących na albumie producentów. Przede wszystkim jednak – zwłaszcza dla osób regularnie śledzących debiuty na polskiej scenie rap – zapoznanie się z omawianym wydawnictwem może stanowić powiew świeżości od zdominowanego przez szeroko pojęty newschool rynku.

ocena7