Kanye jako osoba, która łączy w sobie kontrast pomiędzy niezwykle ambitną i innowacyjną muzyką, a także gigantycznym sukcesem komercyjnym – co nie jest tak częstym zjawiskiem – wychodzi obronną ręką ze wszystkiego w co się wpakuje. Przykładem mogą być jego ostatnie tweety i wypowiedzi, chociażby dla TMZ, w których widać jak na dłoni, że Yeezy nie za bardzo wie o czym prawi. Podobnie jak huczne zapowiedzi jego nowych albumów, ciągłe zmiany tytułów, poglądów, wizji. Mimo tego, rzesza jego fanów, nie zwracając uwagi na jego medialne potknięcia, wielbi go bezgranicznie. Gdy my także puścimy w zapomnienie całą tę otoczkę i skupimy się na esencji, na polu bitwy pozostanie jedynie wyjątkowa twórczość i to właśnie jej dotyczyć będzie ten wpis.

Lato 2018 stało się wyjątkowo pracowite dla pochodzącego z Chicago piosenkarza, rapera, producenta, wizjonera i ikony muzyki. Po blisko roku ciszy oznajmia całemu światu, że w następnych tygodniach jego osoba zamieszana będzie bezpośrednio w powstanie kilku mini-albumów. Najpierw fantastyczna produkcja płyty Pushy-T (za zmianę okładki w ostatnim momencie Kanye miał podobno zapłacić 85000$ ze swojej kieszeni), później wielowymiarowe, solowe Ye, a także projekt Kids See Ghosts. Wszystkie te trzy wydawnictwa mają ze sobą wiele wspólnego – i nie mówimy tutaj jedynie o czynniku, jakim jest osoba samego Yeezy’ego. Przykładowo na trackliście Ye znajdujemy utwór o tytule Ghost Town, w którym gościnną zwrotkę zapewnia Kid Cudi, współautor Kids See Ghosts, na którym to z kolei odnajdziemy utwór Freee (Ghost Town pt.2). Jest on zresztą kolejnym dowodem na to, że Kanye dobrze czuje się w pisaniu utworów-hymnów, podniosłych kompozycji, które wywołują ambiwalentne odczucia. Albumy te łączy także długość – na każdym z nich znajdziemy po 7 utworów, a całość zamyka się w nieco ponad 20 minutach. Na temat dbałości o harmoniczną proporcjonalność oraz wykorzystania siódemki powstało już wiele teorii, na czele z nawiązaniem do biblijnego 7 dnia odpoczynku, po doprowadzeniu pracy do końca. Głębokie znaczenie tej liczby sięga jednak dużo dalej: 7 kontynentów, 7 cudów świata, 7 grzechów głównych, 7 aspektów Koranu czy wreszcie 7 wzgórz Rzymu. Siódemka jako liczba pierwsza postrzegana jest również jako niebiańska, niepodzielna – przeciwieństwo piekielnej szóstki. Wydaje się, że właśnie ten BOSKI aspekt jest tutaj najważniejszy – w końcu nie od dziś wiadomo, że Kanye cierpi na swego rodzaju kompleks boskości.

Od bardzo dawna nie słyszeliśmy go w tak surowej odsłonie, jak na ósmym długograju. Album o wiele mniej ekstrawagancki i rozbuchany niż poprzednie kilka wydawnictw Kanyego. Ye – mniej eksperymentalna, natomiast bardziej introwertyczna płyta, w trakcie której zagłębiamy się w najmroczniejsze zakątki głowy Yeezy’ego. Album otwiera spoken-word tyrada na temat miłości własnej i uczuciu kierowanym do kogoś innego, kim wydaje się być… sam Kanye, gdy weźmiemy pod uwagę bipolarny kontekst tego albumu. Jego najwspanialsze myśli są niejako zapakowane w te najmroczniejsze. Produkcja zbudowana jest bardzo podobnie jak na wypuszczonym chwilę wcześniej DAYTONA Pushy-T. Dużo w tym jakości, dużo wyraźnych wpływów i dużo innowacji. To chyba to, czego właśnie oczekujemy od artysty tego formatu. Ye to także cała grupa artystów, których Kanye zaprosił do współpracy i wmontował perfekcyjnie w swój album; większość z nich brzmi niezwykle harmonijnie, tworząc przepiękną wielowarstwową mozaikę. Album ma kilka fantastycznych momentów, na których widzimy jedną z najciekawszych odsłon tego wspaniałego artysty. Podoba mi się nowy kierunek, w którym zmierza ten nietuzinkowy muzyk. Nie tylko moją opinią jest, że album ten jest niejako terapią artysty, by muzycznie i kreatywnie się odrodzić.

Jeżeli chodzi o kolejne wydawnictwo, to moje obawy przed przesłuchaniem Kids See Ghost wynikały głównie z obecności w projekcie Kid Cudiego. Nie jestem fanem jego twórczości i byłem zdania, że od wielu lat nie stworzył niczego wartego uwagi w jakimkolwiek artystycznym aspekcie. Na szczęście moje obawy – jak miało się dopiero okazać – zupełnie nie pokryły się z rzeczywistością.

Od dłuższego już czasu ciężko nazwać twórczość Westa tworami stricte rapowymi, jak miało to miejsce chociażby na College Dropout. Etykietowanie jego ostatnich dzieł w ten sposób byłoby uproszczeniem i umniejszeniem ich wartości, może nawet ignorancją. Jego muzyka broni się sama i wymykając się szufladkowaniu leży gdzieś, na nie do końca zbadanym pograniczu, przecięciu wielu gatunków. Na tej swoistej ziemi niczyjej Kanye wbija flagę, czerpiąc inspiracje ze wszystkich stron. Na Kids See Ghosts widzimy wyraźne inspiracje alternatywnym czy też eksperymentalnym hip-hopem, rockiem, R&B, lo-fi, popem czy nawet psychodelą w stylu Flaming Lips z Yoshimi Battles Pink Robots. Wśród sampli odnajdziemy riffy Kurta Cobaina, świąteczny utwór z 1936 roku czy fragmenty wywiadu z Marcusem Garveyem – działaczem na rzecz Afroamerykanów w Stanach. Być może właśnie ta różnorodność sprawia, że pomimo jedynie 23 minut długości, album nie wydaje się zbyt krótki. Kanye pokazuje nam wszystkim w tym roku, że niekoniecznie trzymając się sztywnych koncepcji LP czy EP, można przekazać w swoim materiale zaskakująco dużo treści, nie zatracając przy tym swojego vibe’u. Ograniczona objętość stawia go w opozycji do panującego trendu, przejawiającego się chociażby u Migosów w ich blisko dwugodzinnym, męczącym i przeciągniętym wydawnictwie. Złożoność tego albumu przejawia się właściwie we wszystkich jego aspektach, także instrumentalnym oraz lirycznym. Wszystko, o czym mówiłem, nie przeszkadza w zupełności Kids See Ghost w byciu po prostu chwytliwą, wpadającą w ucho i przyjemną w odbiorze muzyką. Doceniam oczywiście wkład Cudiego w ten projekt, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w głównej mierze za ostateczne brzmienie tego fantastycznego albumu odpowiada jego mentor, który czego się nie dotknie, zamienia w złoto.

Dodajmy, że nowy album Nasa Nasir wyprodukowany w całości przez Yeeziego dostępny jest już w serwisach streamingowych. Album Teyany Taylor powinien pojawić się na dniach.