Ostatni przystanek na trasie naszych redakcyjnych podsumowań tradycyjnie przypada na zbiór najlepszych zagranicznych longplayów. W tym roku celowo uciekamy od idei rankingu i (nie kryjąc zadowolenia) stawiamy na wielobarwną paletę rekomendacji, wiernie oddających zajawki całej załogi. Efekt satysfakcjonuje, a niechęć do cyferek coraz bardziej rośnie.

Tak jak w tamtym roku prym wiodły czarne brzmienia, tak w tym gatunkowy i kulturowy blender pracował na nieco wyższych obrotach – do elitarnego grona 50 najlepszych wpuszczamy bez patrzenia na komercyjny sukces, coraz śmielej sięgając po muzykę świata i propozycje egzystujące w obrębie undergroundu. Są tańce, wzruszenia, ociężałe riffy, (nie tylko amerykański) rap i uciekające definicjom eksperymenty, a każdy z niżej zaprezentowanych albumów odpowiada twierdząco na jedno znaczące pytanie – grzało?

znaczek

sandy-alex-g-rocket(Sandy) Alex G – Rocket

Drobne odświeżenie pseudonimu okazało się zwykłą kosmetyką, bo esencja twórczości Alexa G pozostała nienaruszona. To nie jest album dla fanów spójności i konserwatywnego podejścia do konstrukcji; tutaj zasady zmieniają się kilkukrotnie i bez ostrzeżenia. Przygoda z Rocket zaczyna się od kilkunastominutowego raju dla fanów alt-country (do którego wracamy jeszcze za sprawą świetnego “Powerful Man”), by wpaść w szaloną spiralę indeksów 5-8, gdzie trafiamy na zalatujące AnCo “Witch”, hałaśliwe, industrialowe “Brick” czy żyjące w duchu post-R&B à la Blonde (co zresztą nie dziwi, zważając na współpracę Alexa i Franka) “Sportstar”. Trudno pozostać wobec tego materiału obojętnym. – M. Drohobycki / Spotify


actress-azdActress – AZD

Actress postanowił zdekonstruować parkietowe struktury, serwując coś, co w recenzji dla portalu The Guardian Alexis Petridis określił mianem introwertycznego spojrzenia na muzykę taneczną. Trudno jest i nie zgodzić się z jego słowami, i znaleźć takie, które okażą się bardziej adekwatne; AZD to podróż pełna przedziwnych zakamarków, przemyślane przeniesienie emocji z punktu A do punktu B – przez zazębiające się ze sobą afrofuturyzm i pierwotne klimatyczne techno. Cunningham nie oczekuje od słuchacza natychmiastowego zaakceptowania jego wizji, a w narracji zawiera szatański pierwiastek kusicielstwa. Najbardziej pociągającym zdaje się być samo zjawisko sukcesywnego odkrywania materiału zawartego na AZD – porozkładane po całej długości konsekwencje przeróżnych inspiracji i ciągłe oscylowanie wokół budującej niesamowitą atmosferę mizantropii. – M. Staniszewska / Spotify


aldous-harding-partyAldous Harding – Party

Drugi album w karierze Hanny odkrył przed nami jej dużo bardziej teatralną stronę, dzięki której nowych odcieni nabiera nie tylko bardzo generyczne, choć mocno przestrzenne brzmienie jakie udało jej się wypracować, ale i sam wokal. Już na debiucie dało się wyczuć, że artystka dzierży w dłoni niesamowitą broń w postaci swojego głosu. Na Party dała radę przejść przez pewne bariery i eskperymentowała z głosem. W ich wyniku jej ekspresja stała się wielowymiarowa, kryjąc w sobie nawet kilka różnych postaci. To bardzo ludzki album, na którym sama artystka wychyla się zza kurtyny, odsłaniając karty. “To ja! Moje radości i zmartwienia.” – zdaje się mówić. I ja to kupuję – M. Rypel / Spotify


algiers-the-underside-of-powerAlgiers – The Underside of Power

„We won’t be led to slaughter / This is self-genocide” – m.in. takimi słowami i samplem z Freda Hamptona, zamordowanego działacza Czarnych Panter, wita nas „March Like a Panther”. Agresywny, pełen niezgody na upadek wartości ton, funkcjonuje w pełnej harmonii z zagnieżdżoną w samym sercu albumu nadzieją. To zestawienie znajduje zresztą swoje odbicie w brzmieniu – jest piekielnie różnorodnie, ale w głównej osi spotyka się mroczny, industrialny rock, przetykany w paru miejscach elementami gospelowymi i motownowym soulem, podobnie zresztą jak na debiutanckim s/t. Na ogromny plus wypada włącznie żywej perkusji dzięki poszerzeniu składu o Matta Tonga z Bloc Party; na wyżyny wznosi się też Fisher, porywający wszechstronnością i siłą wokalu. Wzorcowe zduszenie niesławnego syndromu drugiego albumu. – M. Drohobycki / Spotify


alvvays-antisocialitesAlvvays – Antisocialites

Walka ze stagnacją i kryzysem tożsamości przerodziła się u Alvvays w pełnoprawne rozliczenie z utraconą miłością. Nie ma tu jednak mowy o jednowymiarowości, głównie za sprawą chyba jeszcze lepszych tekstów Molly Rankin, naszpikowanych błyskotliwymi spostrzeżeniami i układających się w autentyczną, pełną emocji opowieść. Zespół ruszył też w dobrym kierunku w zakresie produkcji, co zapewne ma związek z nadzorem Johna Congletona, od lat współpracującego z St. Vincent. Antisocialites nie bazuje już wyłącznie na słonecznych, jangle popowych kompozycjach, a zahacza o shoegaze, dream pop czy pop punk, absolutny szczyt osiągając na wysokości przepięknego “Dreams Tonite”. Dobrze mieć ich z powrotem. – M. Drohobycki / Spotify


arca-arcaArca – Arca

Alejandro w zasadzie można nazwać specjalistą od wprowadzania w stan dezorientacji, niepokoju i niepewności, ale dopiero s/t nabrał lepkiej organiczności. Trudno chociaż momentami nie poczuć się tak, jakby jego nieco przerysowany wokal zbliżał się do granicy komfortu. To jednak dopiero początek wyzwań, bo trzeba zmierzyć się też z niemal całkowitym brakiem wyraźnej struktury – Arca intensywnie eksploruje swoje pomysły, by za chwilę podryfować w zupełnie innym kierunku. Jest to gra warta świeczki, bo art pop z wenezuelskim rodowodem kryje sporo eksperymentów i pozwala skutecznie zatopić umysł w mrocznych odmętach wyobraźni. – M. Drohobycki / Spotify


ariel-pink-dedicated-to-bobby-jamesonAriel Pink – Dedicated to Bobby Jameson

Jeżeli istnieje album, który w tym roku zatrzymał mnie przy sobie najdłużej, to zdecydowanie Dedicated To Bobby Jameson. Zawdzięczam to zapewne złożonej osobowości samego Pinka. Jego nowy długograj działa niczym pryzmat. Rozszczepia na naszych oczach wszelkie inspiracje Rosenberga, które momentalnie widzimy jak na dłoni. Poza tym to także poruszający hołd dla Jamesona, którego duch patronuje nam za każdym razem, gdy odpalamy ten krążek. Można się domyślać, że to zwykła ekspolatacja tragicznej historii artysty, którego ominęło szczęście. Projekt ten podszyty jest jednak pewną uniwersalną przestrogą – american dream to kłamstwo. – M. Rypel / Spotify


beach-fossils-somersaultBeach Fossils – Somersault

Perfect 8/10 don’t exi…. A jednak. Rywalizacja, jaka rozegrała się w tym roku między Real Estate a Beach Fossils zakończyła się bez echa. Ten pierwszy zespół po prostu zaginął gdzieś po drodze, podczas gdy autorzy Somersault dryfowali spokojnie, do końca roku pozostając w pamięci odbiorców. Jak? Otóż wygląda na to, że nowojorczycy znaleźli równowagę między swoimi instrumentalnymi i aranżacyjnymi upodobaniami a idealną popową powściągliwością. Wyszło z tego coś na kształt dzisiejszego soft-rocka, który jak wiadomo zawsze uderza w bardzo lubiane tony. No i to outro z “Saint Ivy”… Kto w tym roku nagrałby White Album od nowa? – M. Rypel / Spotify


big-k-r-i-t-4eva-is-a-mighty-long-timeBig K.R.I.T. – 4eva Is a Mighty Long Time

Jest mi autentycznie gościa szkoda, bo w kategorii “dojrzałego rapu” musiał w 2017 oglądać plecy Jaya-Z, w czym zasługa głównie nazwiska – muzyczny prymat tym razem po stronie Scotta. Bezpiecznie skrojone 4:44 ani pomysłowością, ani rozmachem nie może się równać z monstrualnym, półtoragodzinnym 4eva Is a Mighty Long Time. Album ten można nazwać hołdem składanym południowej scenie USA, z całą jej bogatą spuścizną. Pierwsza połówka to głośna, bangerowo zorientowana przystawka przed daniem głównym – zaskakująco introspektywną, muzycznie sięgającą do soulu, jazzu i bluesa drugą. Dorzućmy do tego najlepsze flow K.R.I.T.a w karierze i konkurencja (sorry Kendrick) może tylko z zazdrością spoglądać na najbardziej imponujący rap album roku. – M. Drohobycki / Spotify


blanck-mass-world-eaterBlanck Mass – World Eater

Po cichu licząc na triumfalny powrót Fuck Buttons w 2018, z przyjemnością wracam do kolejnej solowej próby Benjamina. Miejsce udanego Dumb Flesh zajęła jego lepsza wersja – World Eater w zasadzie rozprawia się z większością problemów poprzednika, nie tylko skutecznie unikając momentów zastoju, ale i osiągając kolejne stadium w budowaniu “softowej” wersji industrialnego noise’u. Power nawet w najintensywniejszych i pozlepianych z mnóstwa warstw momentach nie zapomina o melodyjności, w zasadzie unikając na dystansie niespełna 50 minut realnego przytłoczenia czy mroku. Jeśli nie zraża Cię “industrialny poptymizm”, to pozostaje mi życzyć dobrej zabawy. – M. Drohobycki / Spotify


brand-new-science-fictionBrand New – Science Fiction

Nie można pożegnać się z oddanymi fanami lepiej, niż po ośmiu latach ciszy znienacka zaproponować im kolejną godzinę materiału, do której będą wracać latami. Trudno wyrokować czy to pozycja lepsza niż kultowy już The Devil and God Are Raging Inside Me, bo te dzieli dekada doświadczeń. (Poza drobnymi wyjątkami) brak tu rozedrganych refrenów i gitarowej furii, które ustąpiły miejsca melancholijnej autorefleksji, smutkowi i poczuciu przytłoczenia. Poszczególne kompozycje po raz pierwszy mają tyle przestrzeni i oddechu; dominuje instrumentalna oszczędność, momentami stawiająca jedynie na gitarę akustyczną i przejmujący wokal Jesse’ego Laceya. Szkoda jedynie bezbarwnego, kliszowego “No Control”, pełniącego rolę klasycznego fillera, jak i po prostu przynudzających utworów otwarcia i zamknięcia. – M. Drohobycki / Spotify

PS Mamy świadomość nagannych zachowań frontmana i bezdyskusyjnie je potępiamy, ale postanowiliśmy nie skreślać z tego powodu naprawdę dobrego albumu.


brockhampton-saturation-iiBrockhampton – Saturation II

Na zeszłoroczne dokonania Brockhampton wielu decyduje się patrzeć jak na nierozerwalny tryptyk, w którym trudno o wyraźnego faworyta. Ja bez chwili zastanowienia wybieram Saturation II – dzieło silnie eksplorujące pojęcia buntu czy agresji, pełne swobodnych gatunkowych fuzji. Jakiekolwiek ślady procesu twórczego zostają tu zniwelowane do absolutnego zera – materiał brzmi jak kosmiczny rapowy jam, szybka jazda bez trzymanki, w ostatecznym rozrachunku kontrolowana,  a lirycznie spleciona wszystkim tym, co może zaoferować queerowy rapowy boysband, stworzony z czarnoskórych millenialsów poszukujących własnej tożsamości. Ergo cennych rozważań tutaj na pęczki. “Why you always rap about bein’ gay?/ Cause not enough niggas rap and be gay”. W kontekście twórczości tej grupy trudno mówić o rapie takim, srakim czy owakim, to multum inspiracji zbieranych bez wyraźnie określonej chęci wpisania się w jakikolwiek nurt. Nowe zderza się ze starym, chwytliwe hooki gonią cenne merytorycznie wersy, breakbeat przeplata się z tym, co połamane, wycieczka roztacza się od tradycji po eksperyment – mieszanka na tyle unikalna, że szukanie większej liczby łatek pomagających zorientować się w brockhamptonowskim brzmieniu zdaje się być działaniem trochę bezsensownym. Na koniec warto zaznaczyć, że zarówno Saturation I, jak i III to materiały równie godne polecenia. – M. Staniszewska / Spotify


courtney-barnett-and-kurt-vile-lotta-sea-liceCourtney Barnett and Kurt Vile – Lotta Sea Lice

Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze. Od takiego powiedzenia mogła rozpocząć się amerykańsko – australijska współpraca między Kurtem a Courtney. Wcześniejsza (międzykontynentalna) znajomość oraz kilka spotkań pchnęło tę dwójkę do wspólnej pracy w studiu. W jej wyniku dostajemy nie album, ale laurkę. Z jednej strony jakby na dzień dziecka, bo to, co w niej się znajduje to nic więcej niż dziecięca radość z grania fajnej muzyki. Z drugiej jakby obustronne “dzięki, przyjacielu”, które wręczają sobie artyści. Innymi słowy, w tym wypadku, s e r i o, wszyscy zadowoleni. – M. Rypel / Spotify


dominowe-siyathakathaDominowe – SiyaThakatha

Elementy broken beatu z Durbanu zdają się coraz silniej przedzierać do świadomości bardziej ambitnego odbiorcy kultury klubowej  – Dominowe pokazuje namacalnie surowe spojrzenie na rytm zamknięte w ciągle niewyeksploatowanym muzycznie pojęciu gqomu. Może z mniej zauważalnym skutkiem niż DJ Lag, ale tak samo dysponujący rangą jednego z prekursorów zjawiska. Nawet jeśli nie ufacie nam, to warto zaufać Mumdance’owi, dla którego SiyaThakatha to “masterclass w groovie i minimalizmie” i trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Oszczędność w środkach wyrazu nie wpływa na wyciąganie parkietowego maksimum, silnie nakręcanego przez kontrolowaną konwersację elektryzującego basu i charakterystycznych sekwencji rytmicznych. Elektronika tak jak współczesna, tak osadzona w nieustannie egzotycznej dla zachodniego słuchacza plemienności. (PS SiyaThakatha to myląca swoją długością EP-ką, której – nawet po zorientowaniu się o pomyłce – nie wyrzucimy z tej selekcji, bo szkoda rekomendacji, o) – M. Staniszewska / Spotify


equiknoxx-colon-manEquiknoxx – Colón Man

“Wow” – to słowo chyba najlepiej oddaje moją reakcję na pierwsze minuty obcowania z zeszłorocznymi produkcjami Equiknoxx. A im dalej w las, tym więcej oszałamiającego zachwytu – metafora lasu w ogóle okazuje się niezwykle trafna, bo Colón Man to brzmienie bardzo żywe, rozrośnięte, będące wynikiem precyzyjnego kompletowania rytmicznych detali i osadzonych na głębokim basie sampli. Całość formuje się w wizjonerskie dubowe uderzenie we współczesnym wydaniu, prosto z jamajskiego Kingston, miasta przesiąkniętego wieloletnią dancehallową tradycją. Tutaj przepuszczoną przez filtr psychodelicznej i w pełni instrumentalnej konwencji. Pociągająca transowość longplaya to wynik muzycznej destylacji, w której najistotniejszymi produktami stają się naturalne dla dubu basowo-perkusyjne osie konstrukcyjne. Trudno o tym świecie pisać, niezwykle łatwo się w nim zagubić. – M. Staniszewska / Spotify


fleet-foxes-crack-upFleet Foxes – Crack-Up

Na ten powrót warto było czekać, choć póki doszło do wyczekiwanej premiery, nie jedna osoba mogła stracić apetyt. Obyło się bowiem bez takich haczyków jak “White Winter Hymnal” czy “Grown Ocean”. Nic to. W zamian na nogi stanęli Amerykanie zapatrzeni bardziej w naturę (przynajmniej jeżeli chodzi o warstwę instrumentalną). Niewiele zostało z lekko ubarwionej ludowości. Jej miejsce zajęła nieposkromiona ciekawość. To ona mogła popchnąć zespół do tego, by rozwlekać, rozciągać i miętolić kompozycje, wyciskając z nich wszystkie soki. W ten sposób, oraz poprzez piękno tekstów Pecknolda mamy dostęp do tego, co kryje się pod płaszczykiem okrucieństwa, tęsknoty i strachu. To niepowtarzalna okazja, by zapamiętać Fleet Foxes na nowo. – M. Rypel / Spotify


forest-swords-compassionForest Swords – Compassion

Matt Barnes to prawdziwy mistrz panoramicznego brzmienia – takiego, które wszystkich kart nie odsłania od razu, a w swojej formie zdaje się wymykać zawsze narzuconym na utwory czasowym limitom. To brzmienie eksperymentalne i równocześnie silnie nawiązujące do energii występującej w naturze. To w końcu brzmienie pędzące po różnych interpretacyjnych ścieżkach, wymagające wyobraźni zarówno od artysty, jak i od słuchacza. Zafascynowany szeroko rozumianym dialogiem i komunikacją reprezentant Ninja Tune postanowił odwrócić się nie tylko od kultury obrazkowej – poszedł o krok dalej, wypierając kulturę słowa. Fascynacja zrodziła Compassion, pełne niejednoznaczności miejsce wymiany emocji i znaczeń, w którym sample wokalne nie niosą za sobą ani poprawnych, ani jasnych sentencji. Na potrzeby materiału zostają przeobrażone w zdeformowane komunikaty, oparte na grze wewnętrznych rozdarć i silnych emocji – pasji, melancholii, agonii czy euforii. To konwencja tak jak niebanalna, tak uzależniająca swoją naturalnością. – M. Staniszewska / Spotify


gas-narkopopGas – Narkopop

Po długich 17 latach do gry powrócił najbardziej chyba znany projekt legendarnego Wolfganga Voigta. Przeprowadzka z Mille Plateaux do Kompaktu nie przyniosła zerwania z dotychczasową narracją, bo nowy album można rozpatrywać jako bezpośredniego spadkobiercę kultowego “leśnego” tryptyku z przełomu wieków. Narkopop można z dużą dozą pewności określić mianem godnej i bardzo przemyślanej syntezy kluczowych elementów poprzedników. Voigt odświeżył zanurzone w psychodelikach field recordings, oferując nam dzieło z założenia minimalistyczne, pełne medytacyjnych ambientowych pasaży, a jednocześnie emanujące życiową energią, przybierającą niemal namacalną formę. Ten krążek to stymulant, zmuszający wyobraźnię do nieprzeciętnej aktywności. Symboliczne „wpuszczenie światła” i rozbicie mrocznej aury w “Narkopop 10” spowodowało, że długo zbierałem szczękę z podłogi. – M. Drohobycki / Spotify


homeshake-fresh-airHomeshake – Fresh Air

Tyle samo tu zaciekłej arogancji, co laid-backowego “niech się dzieje”. Peter Sagar jest, najpewniej, naprawdę super gościem – w wywiadach robi wrażenie bystrego i ciepłego faceta. Na swoim trzecim krążku zamienił się w zwykłego chochlika. Domowego skrzata, który, gdy nie ma nas w domu, zabiera dyktafon i w wolnym czasie nagrywa z nudów leniwe numery o tym, jak chciałby w końcu spotkać idealną skrzatkę albo jak ogromną ma ochotę znów się wstawić. O dziwo, z tych prób wyszło naprawdę wiele dobrego. To lo-fi r&b, którego w tym roku nie należy omijać, bo jeszcze trochę czasu i może niebawem w podobnych klimatach odnajdą się głośniejsi, bardziej mainstreamowi gracze. – M. Rypel / Spotify


ibibio-sound-machine-uyaiIbibio Sound Machine – Uyai

Ibibio Sound Machine przed skokiem w 2017 wzięli długi kulturowy rozbieg i zwieńczyli go brzmieniowym kalejdoskopem, do którego z równą ochotą wrzucają czy to amerykański disco pop, czy afrykański jazz, czy też muzykę taneczną, reprezentowaną zarówno przez house, jak i techno. Gitar, basu, połamańców i syntezatorów też zresztą nie brakuje. Ośmioosobowy band z formowania własnego brzmienia uczynił naprawdę przekonującą zabawę, dodatkowo opowiedzianą w Ibibio, języku z południowej Nigerii. Bez znajomości otwierającego wydawnictwo “Give Me a Reason” (które brzmi niczym efekt kolaboracji z Jamesem Murphym) trudno zaczynać rozmowę o najfajniejszych i najbardziej kolorowych utworach minionego roku, a całość wydawnictwa to zamknięta w artystycznych ramach celebracja siły, bogatej kultury i wolności. – M. Staniszewska / Spotify


idles-brutalismIdles – Brutalism

Powodów do narzekania na obecną scenę punkową udałoby się znaleźć całą masę, ale po co, skoro można ten czas poświęcić takim Idles. Bristolczycy w ramach długogrającego debiutu spłodzili prawdziwą petardę i przypomnieli, że brytyjskie bandy nie zawsze brzmiały jak wycięte z szablonu, komercyjnie ugrzecznione wydmuszki. Brutalism w pełni zasługuje na swój tytuł – jest dosadnie, brudno, wulgarnie i z dużą mocą. Obrywa się brytyjskiej klasie politycznej, zżeranemu przez konformizm społeczeństwu, hermetycznym środowiskom artystycznym, a wsparty świetną sekcją rytmiczną Joe Talbot brzmi tak przekonująco, że robi się tęskno za czasami, gdy brytyjski punk był utożsamiany z liczącym się głosem. – M. Drohobycki / Spotify


iglooghost-neo-wax-bloomIglooghost – Neō Wax Bloom

Za rekomendację mogłoby w zasadzie posłużyć samo stwierdzenie, że Brainfeeder dawno nie wydał czegoś tak interesującego. Iglooghost pokusił się o popisówkę technicznych umiejętności i niebywałego zmysłu do przemyślanego rozkładania akcentów w pozornym chaosie. Ten rozpędzony basowy ekspres jest jednak do tego stopnia kompleksowy i załadowany kreatywnością, że… dzieje się wręcz za dużo. Przydałyby się momenty chociaż chwilowego wytchnienia, bo w takiej formie trudno nawet zorientować się, kiedy przeskakujemy od jednego utworu do drugiego. Warto jednak dać Seamusowi szansę i spróbować się połapać w jego pokręconym, kolorowym świecie. – M. Drohobycki / Spotify


jay-som-everybody-worksJay Som – Everybody Works

Każdy z nas słyszał przynajmniej raz w życiu slogan “wyjdź z domu. zrób coś!”. Tak jakby w domu nie dało się zrobić niczego dobrego czy godnego uwagi. Melina Duerte, która stoi za projektem Jay Som jest najlepszym przykładem, że można napisać, nagrać i wyprodukować fenomenalnie brzmiący materiał wyłącznie w swoich czterech ścianach. W tym wypadku praca młodej Amerykanki nabrała profesjonalnego sznytu. W przeciwieństwie do jej wcześniejszych nagrań, Duerte skupiła się nie na swoim gniewie, ale zgodzie na panujące warunki. I to uczucie, pewnego pojednania, towarzyszy słuchaczowi przez cały album. Nie jest łatwo przyjąć tę emocję, stąd na Everybody Works pojawiają się wyboje, a my wiemy, że ich także nam potrzeba. – M. Rypel / Spotify


jlin-black-origamiJlin – Black Origami

Jlin przekazuje artystyczną kreację, której “podstawa leży w pięknie ciemności i czerni”, kreację nawiązującą niezwykle sprawny dialog z tańcem, tym samym wypełniającą główne założenie footworku, choć sam album od footworku odbiega na tyle daleko, że możemy porzucić tę, niegdyś istniejącą, metkę. Jlin na pewno by tej myśli ochoczo przyklasnęła. Producentkę postrzegano jako złote dziecko tego gatunku – w swojej twórczości wprawdzie odnosi się do takich legend jak RP Boo czy DJ Rashad, jednak jej muzyczny świat zostaje zdominowany przez osadzony w kontrolowanej dekonstrukcji eksperyment, a próby gatunkowania tego, co się w nim dzieje, rozbijają się na twardej ścianie frustracji. Siła muzyki Jlin swoje główne źródło znajduje nie w unikalnych rozwiązaniach producenckich, a w chaotycznych szybkich emocjach, rodzących się bezpośrednio w psychice artystki. Pomimo rytmicznego zagęszczenia utwory na Black Origami to niekończąca się przestrzeń, z plemiennym klimatem, miejscami wojskową regularnością i tłamszącą eskalacją energii. – M. Staniszewska / Spotify


juana-molina-haloJuana Molina – Halo

Juana Molina powraca z siódmym solowym longplayem i po raz kolejny pokazuje, jak wielka siła leży w naturalności. Halo emanuje czymś na kształt flegmatycznej rozkoszy – to pełen wdzięku argentyński elektroniczny folk, z tym że nie ludowy, a wyraźnie ambitny, poszerzający własne granice w drodze eksperymentu i kompletowania niejednoznacznych emocji. Intymnych i nierzadko kruchych, a po przełożeniu na brzmienie prowadzących do nieprzewidywalnych rozwiązań. Sam odsłuch albumu dla odpowiedniego słuchacza będzie subtelnym opadaniem w niewymuszoną miękkość, podkreśloną przez kojący wokal, który nie boi się własnych niedoskonałości. – M. Staniszewska / Spotify

Prev1 z 2Next
Następna strona