Najlepsze albumy 2016 roku

20. Solange – A Seat at the Table

Wszystko zostaje w rodzinie… nawet talent, niespotykana kobiecość, delikatność i muzyczna pewność siebie. Z tym, że Solange wciąga w swój świat dźwięków w o wiele bardziej hipnotyczny sposób niż jej starsza siostra Beyonce. Podobną subtelność objawiała cała masa artystek tworzących na początku ubiegłej dekady i faktem jest, że to nieco zapomniany sposób narracji i kierowania swoim wokalem. Sensualny, ale nieśmiały, kobiecy, ale miejscami dziewczęcy. Z jednej strony słychać echo lat świetności R’n’B – z drugiej Solange konstruuje misterność, używając pojęć miłości i piękna w bardzo współczesnym ujęciu. Tym, co dodatkowo wzmacnia aspekt liryczny jest dodatkowa tematyczna eskorta – A Seat At The Table jest manifestem dumy i feminizmu, z tym wyjątkiem, że ten poprowadzony został w o wiele bardziej wyszukany, elegancki sposób, w wykończeniu znacznie różniącym się od Lemonade. Młodsza Knowles to prawdziwa dama i wie, jak swoją pociągającą porządnością zaprzeć dech w piersi. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


19. Skepta – Konnichiwa

Na Konnichiwę czekaliśmy tak długo, że już na parę miesięcy przed premierą w niektórych słuchaczach zaczynały budzić się małe wątpliwości co do jakości nadchodzącego materiału. Dużego zdziwienia nie wywołał fakt, że obawy nie znalazły pokrycia w rzeczywistości, a longplay już pierwszymi tytułowymi dźwiękami wciągał w świat wściekłego basu, mechanicznie sprawnego flow i broken beatowych produkcji. Wcześniej opublikowane single ciągle pozostały highlightami albumu, co nie jest równoznaczne z obecnością tzw. zapychaczy. To nie podróż od hitu do hitu, a podróż angażująca w całej swojej rozciągłości, proponująca dodatkowe smaczki pod postacią gościnnych występów Novelista, Wileyego, JME czy BBK. W Skepcie grime znalazł swojego popularyzatora, w Konnichiwie medialną wizytówkę – i nie mógł trafić lepiej. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


18. Leon Vynehall – Rojus (Designed to Dance)

Rojus, z litewskiego raj – że muzyczny, idzie się domyślić, a że przeznaczony do tańca, można przeczytać, bo tę informację przekazuje sam tytuł. Ten dźwiękowy, wydawać by się mogło iluzoryczny świat na swoim kolejnym albumie buduje Leon Vynehall, kontynuując stylistykę rozpoczętą w 2012 roku – brytyjskiemu producentowi pomaga w tym nieodzowny zestaw sampli, kubańskich bębnów, eskalacyjnych breaków i tropikalnych synthów. Sklejając pełne emocji instrumentalne warstwy zabiera w podróż przez brzmieniowy Eden, świat gęstych house’owych pejzaży objętych spójną koncepcją. Nie ma tu miejsca na negatywne uczucia – złość, nudę czy melancholię – Rojus to natężenie radości, porządne i w artystycznym sednie, i w wykończeniowych detalach. Stylistycznie Vynehall niby nie zaprezentował niczego nowego, jednak do świadomości słuchacza zaznajomionego z jego wcześniejszym dorobkiem przebija się myśl o tym, że jest gęściej, więcej, szerzej!, tym samym o wiele bardziej pociągająco i ekspansywnie. Panorama roztaczana przez siedem (począwszy od “Saxony”) utworów opiera się na multiplikacji uwielbianych przez producenta egzotycznych tekstur i motywów disco. Rojus wciąga w świat soulowego, dynamicznego house’u i wbrew pozorom nie wypuszcza z niego wraz z zakończeniem się ostatniego utworu. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


17. Parquet Courts – Human Performance

Nowojorska grupa tym razem postawiła na nieco wyraźniejszą, czystszą produkcję, co przełożyło się na najbardziej przystępny muzycznie album w ich dyskografii. Human Performance nie zaskakuje nowymi pomysłami, nie jest to rzecz chociaż przez moment aspirująca do bycia czymś więcej niż po prostu spójnym, solidnym od początku do końca zbiorem rockowych numerów. Wszystko w tej układance gra jak należy, pulsując niezaprzeczalną chemią, jaka łączy ten kwartet. Andrew Savage i Austin Brown stworzyli naprawdę interesujący duet songwriterski, który pisząc chwytliwe, art-punkowe melodie nie zapomina podszyć ich interesującą tematyką. Tym razem podejmują się rozważań na temat tego, co w gruncie rzeczy oznacza bycie człowiekiem, jak kreujemy się i gramy w relacjach z innymi ludźmi, jak pokazujemy prawdziwą twarz osobom, które kochamy, a przede wszystkim jak odnosimy to wszystko do samych siebie. Nowy Jork zawsze miał swój wiodący rockowy głos, a na horyzoncie nie widać lepszych następców The Strokes, niż właśnie Parquet Courts. – M. Drohobycki [POSŁUCHAJ]


16. Angel Olsen – My Woman

Amerykanka mogłaby śmiało skorzystać z absurdalnej popularności coachingu i zacząć udzielać wykładów pt. „Jak radzić sobie z presją?”. Oczekiwania względem niej wystrzeliły w górę po premierze świetnego Burn Your Fire for No Witness, jednak Angel Olsen nie tylko je spełniła, a jeszcze podniosła sobie poprzeczkę. Udowodniła, że posiada złożoną muzyczną osobowość i wróciła emanując pewnością siebie, a jej talent songwriterski został wyeksponowany mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Pochodząca z Ashevilla wokalistka odważnie zepchnęła na dalszy plan wizerunek smutnej folkowej artystki („Was it me you were thinking of?/ All the time when you thought of me”), w pierwszej połowie albumu proponując dużo więcej energii i różnorodności (chociażby niespodziewane synthy rodem z sci-fi w „Intern”). Coraz bardziej wyrazisty i wypełniony różnymi emocjami jest także jej wokal, będący potężnym narzędziem w rękach świadomej użytkowniczki, która nie boi się płynnie nim modulować, jak chociażby w singlowym „Shut Up Kiss Me” (jeden z najbardziej wyrazistych refrenów roku). Przyszłość Olsen zapowiada się naprawdę ekscytująco. – M. Drohobycki [POSŁUCHAJ]


15. Car Seat Headrest – Teens of Denial

Will Toledo postanowił wejść w muzyczną dorosłość (co jest dość naturalnym krokiem dla autora DWUNASTU albumów) i, o rany, zrobił to z przytupem. Porzucenie estetyki DYI, sypialnianej jakości nagrań i przejście w tryb pracy w pełnym składzie dały temu projektowi nowe, lepsze życie. Wydany także nakładem Matadora Teens of Style uporządkował i zamknął bandcampowy rozdział Car Seat Headrest, ale to właśnie teraz zaczęła się właściwa droga.

Błyskotliwy songwriting Toledo nareszcie zyskał odpowiednio dużo miejsca i dźwiękowej przestrzeni. Jak na człowieka cały czas balansującego na granicy depresji włożył on w Teens of Denial zaskakującą dawkę rockowej energii i bezwzględnie chwytliwych refrenów. No właśnie, depresja. Młody muzyk stworzył coś na kształt manifestu swojej generacji, nieco zagubionej, poszukującej własnej tożsamości i właściwej roli w dzisiejszym świecie. Niezaprzeczalna przebojowość ściera się tu z dość ponurymi motywami: lekkomyślnością, alienacją czy psychiczną niestabilnością. Wszystko to zostało rozciągnięte do siedemdziesięciu minut najlepszego indie rockowego materiału w tym roku. Ten coraz bardziej zapomniany gatunek potrzebuje nowego przewodnika, a Toledo ma wszelkie predyspozycje, żeby temu zadaniu podołać. – M. Drohobycki [POSŁUCHAJ]


14. James Blake – The Colour in Anything

Nie jest przypadkiem, że okładka tegorocznego dzieła Jamesa Blake’a przywołuje na myśl skojarzenia z Małym Księciem. Brytyjczyk swoim introwertycznym, prawie półtoragodzinnym krążkiem kreuje się, zupełnie z resztą autentycznie, na muzycznego indywidualistę, który jakby poprzez niezrozumienie dzisiejszych standardów, stara się wytyczyć własne, autorskie ścieżki. Nie dość, że skutecznie udaje mu się uciec w rejony, gdzie spokojnie może snuć swoje elektroniczne wizje to jeszcze staje się inspiracją dla bardzo wielu innych autorów. Aż siedemnaście kompozycji przepełnionych jest świetnymi pomysłami producenckimi. Na każdym kroku można natknąć się na niebanalne rozwiązania, które połączone ze sobą przenoszą w słuchacza w zupełnie inny, wyimaginowany świat, pełen subtelnych, ale jednocześnie bardzo bogatych, futurystycznych efektów. – I. Knapczyk [POSŁUCHAJ]


13. Beyonce – Lemonade

Lemonade będzie dla niektórych tylko, dla niektórych aż wydawnictwem idealnie popowym. Jego rozrywkowości wcale nie skreśla polityczno-społeczny wydźwięk poszczególnych utworów. Co więcej, taka forma jest najlepsza dla prezentowanych treści, docelowym odbiorcą staje się przeciętny użytkownik kultury popularnej. Album dla ludzi i o ludzkich sprawach traktujący, ze wszystkimi ich pozytywami, negatywami i słabościami. Lemonade jazzuje, funkuje, gospeluje, bluesuje, rapuje, grzmi – czasem melodyjnie, czasem bez większego ładu. Charakteryzuje się przebojowością rozumianą w pełnym tego słowa znaczeniu, idącą w parze z wielowarstwowością i charyzmą. To kolejny element budujący mocną pozycję Beyonce na współczesnej scenie, a także uzasadnienie dla chętnie używanego przydomku “Queen Bey”. Teraz już konkretnego i niepodważalnego, bo o ile przy poprzednio wydanym albumie wszechstronność była jedynie sygnalizowana elementami odważniejszego R’n’B, o tyle na najnowszym materiale jest wychodzącą przed szereg cechą dominującą. – M. Staniszewska


12. Kanye West – The Life of Pablo

Do czasu wydania Yeezusa, Kanye pozwalał definiować swoje płyty, każdą z osobna okraszając wyjątkowym charakterem i nakreślając po kolei niejako fabułę czy wiodący temat pojedynczego longplay-a. Przy okazji ostatniego albumu rapera mówiło się już o tym, że jest to dzieło “inne” – niepasujące do końca względem jego ogólnego wizerunku. The Life of Pablo pośród wszystkich dotychczasowych dzieł Westa brzmi jak kompilacja pomysłów, wielowątkowa mieszanka oryginalnych treści, połączona nie stylistycznie, ale włożona do jednego kosza z napisem: “to właśnie ja”. – M. Rypel [POSŁUCHAJ]


92501ad97eba0f22b05aca03d90937dc4af2735b11. Kaytranada – 99.9%

W tym roku doczekaliśmy premiery debiutu wydawniczego Kaytranady. Rzecz wyczekiwana od ponad 2 lat okazała się warta cierpliwości. Kanadyjczyk dostarczył, i to nie byle co. Pozycja obowiązkowa dla poszukujących zredefiniowanej klasyki w postaci wywiniętego na drugą stronę R&B oraz przewartościowanego tanecznego popu. Głęboka, błyskotliwa produkcja idzie w parze z ujmującym, lekkostrawnym klimatem. To LP to twarde dowody na zdolności Kaya. Płyta do schrupania na raz jako czaso-umilacz, ale i satysfakcjonująca jako rzecz do przestudiowania. Przykład dla internetowych talentów i drogowskaz dla tych, którym brak wiary. – M. Rypel [POSŁUCHAJ]


10. Romare – Love Songs: Part II

Tegoroczne propozycje oficyny Ninja Tune przeszły bez większego echa, a zasłużonym zwycięzcą Wysp został Warp Records mogący pochwalić się nowym nabytkiem pod postacią Danny’ego Browna. Jednak tutaj brak echa nie świadczy o bylejakości, wprost przeciwnie – w katalogu labelu znalazł się bardzo funkowy, miejscami swingujący w zaskakujący sposób Love Songs: Part II, kompozycje leniwie, ale nie przewidywalne, jazzujące, ale nie taneczne. Romare majsterkuje, dokładając kolejne segmenty, bębny, partie wokalne i gitarowe, dając słuchaczowi poczucie seta odgrywanego na żywo (bardzo radosnego, swoją drogą). Obecność samplera i djskiej ciekawości jest wręcz namacalna, w czym pomaga eskalacja natężenia brzmienia. Couru, chassé, przerwa, manège – absurdalnie statyczny współczesny balet, do tańca angażujący nie słuchacza, a poszczególne warstwy instrumentalne. To muzyka bogata i rytmicznie, i melodycznie, wypełniona euforią, groovem i miłością, balansująca między pionem a upadkiem, odzwierciedlająca grę przeróżnych emocji.  – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


awaken_my_love9. Childish Gambino – Awaken, My Love!

Niby nie lubimy, gdy śledzeni przez nas artyści robią widowiskowe piruety i salta, bo nie wiemy gdzie ich takie akrobacje poniosą. Miejsca, w których lądują nierzadko bywają niezadowalające, w najgorszym razie mogą skreślić twórcę w oczach szerszych grup. Donald Glover, znany jako Childish Gambino pokazywał do tej pory twarz na poły romantycznego i rozpieszczonego, młodego rapera, który bawi się formą, konwencją i swoim statusem. Bywało tak, że zachwycał pomysłowością, ale i tak, że zniechęcał brakiem wyczucia i przekombinowaniem. W oczach krytyków… średniak. Do grudnia 2016. Koniec roku, a tu taka niespodzianka, którą zamarkowały najpierw ekscytujące single “Me and Your Mama” oraz “Redbone”. Co tu dużo mówić. Mamy do czynienia z prawdziwą metamorfozą. Glover dorósł, a dowodem jest jego nowy krążek – pełen groovu, polotu, poruszających melodii i przede wszystkim odwagi. – M. Rypel [POSŁUCHAJ]


artworks-000164666747-vw6nqr-t500x5008. Chance The Rapper – Coloring Book

Trójeczka na bejsbolówce Chano nie znalazła się tam bez powodu. Po 10 Day oraz fenomenalnie przyjętym Acid Rap, w tym roku przyszła pora na trzecie podejście do tematu mixtape-ów. Chance włożył w Coloring Book tak wiele ciepła i odczuwalnej przyjemności, że od tego albumu bije wręcz pewna niedookreślona energia. Tegoroczny materiał zdolnego rapera potwierdził tylko to, czego domyślaliśmy się po Acid Rap, czyli to, że młody Amerykanin wdziera się do czołówki współczesnej sceny. Jak on to robi? Łącząc najlepsze rozwiązania i harmonie popu, mieszając je z soulowym feelingiem, oryginalnym i elastycznym flow oraz hołdem dla dorobku dziadków – autentyczną i techniczną muzyką gospel. A wszystko to bez wytwórni, bez wielkich nakładów finansowych i agresywnej promocji. Rozwijający się i świadomy artysta u bram parnasu. – M. Rypel [POSŁUCHAJ]


we_got_it_from_here_thank_you_for_your_service7. A Tribe Called Quest – We got it from here, Thank You 4 Your service…

Powiedzieć, że powrót na miarę ostatniego krążka A Tribe Called Quest był poważnym wyzwaniem, po prostu nie wypada. Po pierwsze nie mówimy tu po prostu o jednym z poważnych graczy, a o legendzie budowanej na oczach świata. Ponadto, amerykanie powracali nie po 5, a po 19 latach od wydania The Love Movement. Istotnym dla odbioru okazała się, jak to zwykle bywa, śmierć Phife Dawg’a. Trudno nie mówić o przedwczesnym odejściu, gdy jeden z twórców odchodzi pół roku przed premierą jednego z najważniejszych pożegnań kultury hip-hopowej. Na We got it from here… panowie nie tylko zdjęli kapelusze z głów przed swoimi fanami, ale i pokazali, że raperzy walczą do końca. Z czym? Z systemem, który ich tłamsi oraz z wszelkimi wrzodami trawiącymi współczesne im społeczeństwo. Jeżeli zatem sytuować ten krążek wśród tegorocznych pozycji, zajmuje on bez wątpienia miejsce szczególne – diamentu w koronie rapu. – M. Rypel [POSŁUCHAJ]


6. Danny Brown – Atrocity Exhibition

Danny Brown dopuścił się dzieła fenomenalnego, które poniekąd wychodzi naprzeciw temu, co oferuje bardziej mainstreamowa scena hip-hopowa. W tworzeniu takich kompozycji bez cienia wątpliwości musiał brać udział jakiś pierwiastek manii – spotykanej w środowiskach artystycznych jako wypadkowa pasji, osłuchania i postawienia sobie konkretnego, czasem iluzorycznego celu. Tym u Browna mogło być wyciągnięcie undergroundowego hip-hopu na piedestał. Oczywiście nie ma co liczyć na Grammy, choć ostatnie lata wymuszają na nas postrzeganie braku nominacji jako… atut danego albumu.

Sample, cholera, sample! Genialne, unikatowe, wygrzebane z odmętów muzycznej historii, przyprawiające słuchacza o ciarki swoją brutalną doskonałością. Niepodrabialny głos i zabójczo sprawne paranoiczne flow. Producenci posiadający wizję i umiejętności, szaleni na tyle, żeby stworzyć dźwięki będące nowym rozdziałem dla instrumentalnego hip-hopu. W końcu dekonstrukcja rozdziałów dotychczasowych. A gościnnie czołówka amerykańskiej czarnej sceny, Kendrick Lamar, Ab-Soul, Earl Sweatshirt i słyszalna w “Pneumonia” cząstka Schoolboya Q.

Atrocity Exhibition to punkt w pewnym sensie pionierski, umacniający znaczącą pozycję kwaśnego podziemia; propozycja nowego, śmielej przekraczającego gatunkowe granice. Wypełniona brudem, brzydotą, wariackim śmiechem i narkotycznymi pejzażami.  Brown pozwolił zrodzić się mini-erze podyktowanej przez Bruiser Brigade i jej wyznawców, dzięki czemu muzyczną kulturę USA i Europy w końcu dopadł tak długo oczekiwany renesans alternatywy. – M. Staniszewska (btw to mój numer jeden, hehe) [POSŁUCHAJ]


5. Frank Ocean – Blonde

Lata oczekiwania, masa przesłanek, wycofanie się z życia publicznego i stymulowanie ciekawości pojedynczymi postami na tumblerze. Frank Ocean zaprzeczył wszystkiemu, co dominuje obecnie w zakresie budowania wizerunku i kreowania relacji z fanami poprzez dokumentowanie niemal każdej chwili swojego życia i forsowanie internetowego ekshibicjonizmu. To jasny sygnał, że przemawiać ma muzyka, efekt jego pracy, a nie towarzysząca temu otoczka.

Blonde przemawia na wielu płaszczyznach, wcale nie odcinając się tak mocno od channel ORANGE jak niektórym zdarzało się sugerować. Faktem jest, że o ile poprzednika bez większych wątpliwości można było opatrzyć etykietą współczesnego R&B, tak pozycja z 2016 wymyka się jakiejkolwiek klasyfikacji. Ocean bawi się konwencją, wplatając w dotychczasowe brzmienie pomysły czasem lepsze (jak zmodyfikowany ton głosu w „Nikes”), czasem gorsze (absurdalna, niepotrzebna „anegdotka” SebastiAna w postaci „Facebook Story”), ale bez wątpienia poszukujące nowych sposób ekspresji i wyrażenia emocji, które targają artystą. Jego siłą zawsze była zdolność znalezienia ciekawej przestrzeni tam, gdzie innym się to nie udawało.

Frank obecnie znajduje się w dużo bardziej komfortowej pozycji jako muzyk i jako człowiek, bardziej świadomy swojej tożsamości, seksualności i spraw, które przyciągają jego uwagę. Z większą mocą powracają tu motywy znane już z channel ORANGE: wspomniana już seksualność, ludzkie pragnienia, obsesyjna obserwacja próżności klasy wyższej, jej hiperkonsumpcjonistyczna postawa wobec świata, a także rozczarowanie skłonnością ludzi do tworzenia fałszywych relacji ukierunkowanych na osiągnięcie wymiernych korzyści. Czy to miało prawo nie wypalić, skoro wyśpiewywane jest głosem tak magnetycznym, kruchym i wspaniale przenoszącym emocje, a jednocześnie coraz bardziej świadomym? Nie miało, a w dodatku zaszczepia w nas przekonanie, że to dopiero początek drogi Oceana do muzycznej wielkości. – M. Drohobycki [POSŁUCHAJ]


4. Radiohead – A Moon Shaped Pool

Promocja będąca zaprzeczeniem tego, czym w dzisiejszych czasach nazywamy agresywny marketing, przywróciła wiarę w to, że prawdziwie dobre produkty obronią się same. Enigmatyczne przecieki, właściwie brak jakichkolwiek słownych zapowiedzi (a przecież mówimy o powrocie jednej z najważniejszych współczesnych kapel świata) – niech zabrzmi muzyka. Już pierwszy wyciek pod postacią singla “Burn the Witch” uspokoił spragnionych radioheadowego brzmienia, wyznawców Thoma Yorke’a. Grupa zamiast wciąż kontynuować eksperymentalne próby z The King of Limbs zdecydowała się postawić na perfekcyjne przygotowanie tego w czym są najlepsi, czyli snucia onirycznych wizji stworzonych z nieskończonego instrumentarium w głowie być może największego wizjonera współczesnej muzyki rozrywkowej. W porównaniu do poprzednich wydawnictw Radiohead, Moon Shaped Pool imponuje czystością dźwięków, precyzyjnym, dojrzałym podejściem do bardziej klarownej produkcji. Wszelkie buntownicze elementy ‘starego’ Radiohead zostały elegancko opakowane w nowe ramy, z korzyścią zarówno dla jeszcze bardziej wymagających fanów, jak i samych muzyków. – I. Knapczyk [POSŁUCHAJ]


3. Bon Iver – 22, A Million

Dla tych, którzy spodziewali się wydawnictwa mającego skompletować subtelny indie folkowy tryptyk, 22, A Million może być ukłuciem zawodu. Album zamiast bezwarunkowo uspokajać wymusza na odbiorcy większy wysiłek w przyswajaniu proponowanych dźwięków. Taką ścieżkę wyznaczył eksperyment, którego Vernon niewątpliwie się dopuścił.

Rzeczą wysuwającą się na pierwszy plan są efekty, przez jakie artysta przepuścił swój wokal. Tutaj główną gwiazdą stał się prismizer, nowy kodek syntezujący dźwięk (działający na podobnej zasadzie co vocoder), który zadebiutował na ostatnim wydawnictwie Chance’a The Rappera, pojawiając się również na Blonde, Franka Oceana. Ten prismizerowy ślad jest chyba pierwszym argumentem używanym przez anty-fanów albumu, jednak mam dziwne wrażenie, że ci dostrzegają sam fakt pozornego przepychu, nie dopuszczając się próby umiejscowienia go w niezwykle szerokim kontekście muzycznym. Materiał wykorzystał współczesne środki wyrazu, przełamał artystyczne bariery, odrywając Vernona od dotychczasowych folkowych konwencji –  ten sam przyznał, że budowanie kompozycji z 22, A Million było ciągłym odkrywaniem. Słychać to i w neurotycznych tekstach, i w palecie trzasków, pisków czy zdublowanych wokali.

Vernon zetknął ze sobą dwa istotne elementy – brzmieniowy chaos i kompozycyjny porządek. Dzięki zaskakującym rozwiązaniom produkcyjnym przepuścił niespotykanych rozmiarów ładunek emocjonalny przez pełną technicznej surowości machinę, zawarł w nim nostalgię, miłość czy tęsknotę. Finalnie stworzył album, który pomimo oczywistej trudności odznacza się prostotą, a może raczej gładkością odbioru. To nieco szalona mieszanka dźwiękowych barw, jednak dzięki formie longplaya świetnie imituje stabilność – trochę jak człowiek, przepełniony problemami, goryczą, radością i myślami, przez większość czasu odgrywający rolę uporządkowanej jednostki. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


2. Anderson .Paak – Malibu

Anderson .Paak przebił się do mainstreamu w koncertowym stylu – swój najnowszy solowy projekt po brzegi wypełnił pasją i otwartością, rysując obraz artysty rozumiejącego założenia funkującego soulu, często stawiającego na wielogłosowe śpiewy i taneczność. Mocno personalne teksty rysują przed słuchaczem historię odmienną od tej, którą znajdziemy na debiutanckim Venice. Tamten w obliczu Malibu jawi się jako zapowiedź tego, co Anderson tak naprawdę miał do zaoferowania.

Przez listę producencką Malibu przewijają się postacie takie jak Madlib, DJ Khalil, 9th Wonder, Dem Jointz czy Hi-Tek, odpowiedzialny za singlowy “Come Down”. Ten wprowadza wspomniany wcześniej sampel izraelskiego hymnu narodowego; triumfujący wokal Andersona nasuwa silne skojarzenia z Jamesem Brownem: “If I get too high now, sugar, come on/ I might never come down”. Teksty, ogólnie rzecz biorąc, nie są ani zbyt ładne, ani delikatne – często naznaczone przekleństwami wersy unikają jakiejkolwiek pruderyjności, co jedynie zwiększa autentyczność Andersona. Trochę na przekór, a trochę trzymając się trendu – Brandon demonstruje funkcjonowanie mechanizmu jakim jest muzyczny kalejdoskop, zabiera w podróż przez R’n’B, soul, funk i hip-hop, nie zapominając o dodatkowych fusionowych, elektronicznych czy jazzowych wstawkach.

Malibu przyciąga szczerością  – ta nigdy nie będzie w stanie spowszednieć, ciągle pozostając w czołówce atrybutów, jakimi może dysponować zarówno tekściarz, jak i muzyk. Odkrywczy? Niekoniecznie. Spójny, zbudowany na autentycznej pasji, bezbłędnie wyprodukowany i chwytliwy? Jak najbardziej.  – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


1. David Bowie – Blackstar

Musiało upłynąć kilka miesięcy, abyśmy na dwudziesty ósmy krążek Bowiego mogli spojrzeć chłodnym, obiektywnym okiem. Ucieczka od nieuniknionych przecież skojarzeń z odejściem jednej z największych ikon popkultury w ogóle, okazała się po czasie nie tyle niemożliwa, co po prostu zbędna. Śmierć autora jest integralną i istotną częścią Blackstar. Osiemnaście miesięcy walki ze śmiertelną chorobą spięte klamrą Czarnej Gwiazdy – taki koniec mógł przypaść w udziale tylko tak konceptualnemu artyście jak Bowie.

Blackstar to płyta wyważona, pomimo, że pełna jest pozornie sprzecznych inspiracji. Bowie odszedł od gitar, popowych melodii czy elektronicznych smaczków, które zastąpił przenikliwą jazzową estetyką. Niepokojące są tutaj zarówno wersy, które w kontekście późniejszych wydarzeń nabrały nowego znaczenia, jak i nieoczywiste aranżacje, rzucające na każdym kroku inne światło na dzieło jako całość. Instrumentarium Blackstar ma dwójkę największych bohaterów: otwierający przestrzenie w dusznych fragmentach saksofon i rewelacyjną, nieokiełznaną sekcję perkusyjną. Ta druga momentami wydaje się być dzikim zwierzęciem, nad którym potrafi zapanować tylko Bowie, i tylko jemu jest skłonna się podporządkować. Bowie na sam koniec wydał być może swój najlepszy album w karierze. Jak żegnać się ze światem, to tylko w takim stylu. – I. Knapczyk [POSŁUCHAJ]

Prev3 z 3Next
Następna strona
Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed