35. Junior Boys – Big Black Coat

Gdy pięć lat temu Kanadyjczycy wypuścili It’s All True, dużo pisało się o tym, że Junior Boys stawiają na zgrane patenty, które jednak nie smakują jak odgrzewane kotlety, a po prostu umacniają ten duet na szczycie soft indietronicznych składów. Dzisiaj, mając już na sobie Duży Czarny Płaszcz możemy powiedzieć to samo – Juniorzy grają swoje i wciąż robią to rewelacyjnie. Z niespotykaną gracją łączą taneczny vibe z minimalistycznymi, synthowymi formami, a przy całej wierności stylistycznej płycie nie można zarzucić braku różnorodności materiału. Coś dla siebie znajdą tutaj zarówno fani popowych melodii, jak i poszukiwacze ambientowych plam. – I. Knapczyk [POSŁUCHAJ]


34. King Gizzard & The Lizard Wizard – Nonagon Infinity

Po akustycznym jam session w postaci Paper Mâché Dream Balloon płodni psychrockowcy z Australii skręcili ku albumowi koncepcyjnemu. Nonagon Infinity, cokolwiek to znaczy, to rzecz dość niestandardowa, bo w teorii… nigdy się nie kończy. King Gizzard & The Lizard Wizard nadali mu ciągłego charakteru, eliminując zarówno przerwy między poszczególnymi utworami, jak i między początkiem i końcem albumu – ostatni „Road Train” płynnie przechodzi ponownie w otwierający „Robot Stop”. Wiąże się z tym także największy zarzut, bo w trakcie niecałych 42 minut na próżno szukać szczególnych odstępstw od obranego kierunku, całość brzmi momentami do przesady spójnie. Niczego im to jednak nie ujmuje w zakresie jakości, a przepakowane pędzącymi na złamanie karku riffami, rytmicznie wypluwanymi, często repetycyjnymi wersami i mnóstwem okrzyków kompozycje dają naprawdę sporo radości. – M. Drohobycki [POSŁUCHAJ]


33. Mark Pritchard – Under the Sun

Niełatwe zadanie postawił przed sobą Pritchard. Tworząc synergiczne Under the Sun rzucił wyzwanie wszechobecnemu upraszczaniu i spłycaniu muzyki do formy łatwo przyswajalnej dla całego przekroju. Przez swój album prowadzi nas jednak niczym profesor – rzetelnie i bezbłędnie buduje skomplikowane konstrukcje, dając jednocześnie ogromne pole do wyciągania własnych wniosków i bardzo osobistego odbioru każdego dźwięku. Under the Sun jest płytą wymagającą, ale i bardzo wdzięczną. Dla tych, którzy z zaufaniem zanurzą się w instrumentalne eksperymenty artysty czekają błogie nagrody w postaci wokalnych partii (Yorke czy Perhacs) oraz nieoczywistych harmonii. Nie wyobrażam sobie swobodnego odsłuchu tego albumu bez znajomości całego wydawnictwa. – I. Knapczyk [POSŁUCHAJ]


32. Cymbals Eat Guitars – Pretty Years

Budująca jest dla mnie świadomość tego, że w dzisiejszej, mocno zelektryzowanej rzeczywistości muzycznej jest jeszcze trochę miejsca dla bandów tak jawnie inspirujących się beztroskim, indierockowym brzmieniem przełomu wieków. Nowojorczycy z Cymbals Eat Guitars konsekwentnie grają swoją gitarową muzykę garściami czerpiąc z najlepszych wzorców amerykańskich kapel tego typu, ale nie pozostają jedynie odtwórcami starych schematów. Wciąż szukają nowych rozwiązań na swojej drodze, a czwarty w karierze album można uznać za najlepszą próbkę ich grania – I. Knapczyk [POSŁUCHAJ]


31. Ty Segall – Emotional Mugger

Ty Segall i występujący u jego boku The Muggers to pozbawiona skrupułów odpowiedź na współczesność rozumianą jako czasy pozbawione bezpieczeństwa i prywatności oraz pełne obłudy i pułapek czyhających na człowieka. Zachodnia cywilizacja ugryziona ostrymi jak brzytwa zębami zostaje nam przekazana w zadziwiająco przystępnej, jak na Segalla, formie. Brzmienie jest tu, owszem, całkiem brudne, ale kompozycyjnie wszystko układa się w uszach bardzo pięknie i daje się trawić lekko, przekazując z łatwością myśli i przekonania autora. – M. Rypel


30. Christian Löffler – Mare

Podróż do serca lasu stała się dzięki niemieckiemu producentowi wyprawą do wnętrza własnego „ja”. Christian Löffler dał się już dawno poznać jako orędownik organicznych nagrań, związanych bezpośrednio z przyrodą i jej wieloma obliczami. Tym razem artysta zabrał nas do chłodniejszej części prezentowanego ekosystemu, nie rezygnując przy tym z komfortu, który daruje nam, byśmy pełnie spokoju wraz z nim kontemplowali niuanse ogromnych przestrzeni. Praca iście koronkowa, pełna świadomości i cichego, bardzo nierzucającego się w oczy rozmachu. – M. Rypel [POSŁUCHAJ]


29. Andy Stott – Too Many Voices

Pochodzący z Manchesteru Stott nie bez przyczyny nazywany jest jedną z najbardziej odkrywczych postaci szeroko rozumianej muzyki basowej. Too Many Voices to kolejna eksploracja nowych rozwiązań w palecie artysty, którą możemy bez dwóch zdań uznać za udaną. Nieco odchudzone brzmienie nie straciło na swojej głębi, a singlowy kawałek „Butterfly” zaskakuje znających starsze prace Stotta słuchaczy swoją lekkością, pewnie wkraczając w kręgi współczesnego R&B. – I. Knapczyk 


28. Pantha Du Prince – The Triad

Uduchowiony efekt studiowania muzyki tanecznej i jej ukrytego potencjału. Trudno mówić o drugim dnie parkietowego rozmachu, bo dzieło niemieckiego twórcy nie wywraca do góry nogami tej stylistyki, ale eksploruje ją w niespotykanej, pociągającej konfiguracji stawiającej na równi pole estetyki, jak i przeznaczenia rozrywkowego. Pantha stara się łączyć sytą, przekonującą rytmikę z melodyjnością przywodzącą na myśl choćby Moderat. Sentymentalne spojrzenie na ubiegłe 20 lat kultury klubowej, a jednak nie do końca pozbawione refleksji. – M. Rypel [POSŁUCHAJ]


27. The Avalanches – Wildflower

Wiadomo, że jak The Avalanches, to świetny dobór sampli i produkcja z najwyższej półki – nawet po 16 latach przerwy i w znacznie okrojonym składzie. Druga pozycja w dorobku (aktualnie) duetu z Melbourne zaczęła powstawać zaraz po premierze debiutu, którą ten naznaczył pierwsze miesiące trwającego millenium. Przez nieco ponad półtorej dekady, kierowana przez Robbiego Chatera i Tony’ego Di Blasiego zdążyła przerodzić się w muzyczny kalejdoskop, w dużej mierze oparty na psychodelicznym brzmieniu lat 60. i gęstych panoramach na modłę tych tworzonych przez Franka Zappę. To materiał dobry nie tylko “jak na powrót”, a dobry w ogóle – mamy tu dbałość o detale, po raz kolejny niebudzące zawodu sample (od beatlesowskich po Queens Of The Stone Age), radosną narrację i świetne featuringi, na czele z Dannym Brownem we “Frankie Sinatra”. Wildflower to godzinna lekcja swingu, wykraczającego poza własne stylistyczne ramy. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


26. Nick Cave & the Bad Seeds – Skeleton Tree

Emocjonalne katharsis ojca, który w tragicznych okolicznościach traci swojego nastoletniego syna, dodatkowo w wykonaniu jednego z najbardziej depresyjnych artystów dzisiejszego świata musiało skończyć się maksymalnie poruszającą płytą. Nick Cave już w pierwszym utworze tej płyty zwraca się w tekście wprost do swojego zmarłego dziecka, nie pozostawiając złudzeń odnośnie do tego, co było bodźcem do nagrania Skeleton Tree – „You fell from the sky, Crash landed in a field, Near the river Adur”. Album pełny jest smutku i goryczy zarówno przez liryczną, jak i swoją muzyczną stronę. Bardzo oszczędne aranżacje, pełne delikatnych, zaledwie lekko zaznaczonych linii oraz znaczących dla odbioru przerw stanowią wraz z posępną melorecytacją autora skończone, poruszające epitafium. – I. Knapczyk [POSŁUCHAJ]


25. Xiu Xiu – Plays The Music of Twin Peaks

Do pełnego zrozumienia magii ostatniego albumu Xiu Xiu potrzebna jest lektura uzupełniająca pod postacią znajomości Twin Peaks. W końcu to soundtrack tego właśnie kultowego serialu zostaje przepuszczony przez zachwycającą interpretację, a w procesie tym uczestniczą nie tylko dźwięki, ale i obrazy naznaczone poszczególnymi emocjami. Oczywiście nie jest to punkt, bez którego odbiór zostanie całkowicie pozbawiony sensu – Plays The Music of Twin Peaks nawet bez kontekstu jawi się jako wciągająca i nieco awangardowa rajza. Chwiejny romans elektronicznego noise’u, podniosłości i pierwszoplanowych gitar w, z jednej strony tylko, z drugiej aż cover albumie (choć i tutaj nazewnictwo nie jest tak wyraźne); swoisty eksperyment, który okazał się być strzałem w dziesiątkę. To układanka i psychodeliczna, i transowa, od początku wyznaczana przez przemyślaną abstrakcję. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


24. Jessy Lanza – Oh No

Futurystyczne brzmienie nierzadko powstaje wskutek zlepiania motywów występujących w muzyce od dziesięcioleci – sedno leży w odpowiednich proporcjach i paru momentach artystycznej improwizacji. Rozumie to kobieca twarz legendarnej wytwórni Hyperdub, Jessy Lanza, twórczyni elektroniki będącej współczesną odsłoną R’n’B, napędzaną przez nocne ulice obrzeży Londynu, taneczne dzielnice undergroundowego Chicago i muzyczną Japonię lat 80. Oh No zachwyca swoją wielowarstwością – bez ogródek wykorzystuje elementy disco, południowoafrykańskiego Shangaan electro i klasycznego electropopu. W materiale można usłyszeć, że Lanza to wielka fanka DJ Rashada, zmarłego dwa lata temu pioniera sceny juke’owej – w dźwiękowych konsultacjach przy tworzeniu Oh No uczestniczył jego długoletni kolaborator DJ Spinn, a w całości produkcji pomagała ½ duetu Junior Boys, Jeremy Greenspan. Efekt? Pozycja wyróżniająca się nie tylko w katalogu Hyperdub, ale na tle muzyki tanecznej w ogóle. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


23. Kendrick Lamar – untitled unmastered.

Czy coś złego dzieje się z hip-hopem, skoro za jeden z najlepszych albumów tego roku uznajemy odrzuty z nagrań do magnum opus Kendricka Lamara? A może to coś dobrego dzieje się z Kendrickiem Lamarem, skoro nawet jego odrzuty potrafią zachwycić krytykę i odbiorców? Chyba wszyscy chcieliby, aby każdy artysta dysponował takim “pół-materiałem”. Dowodzącym kompletności produktu właściwego, w tym przypadku wspomnianego To Pimp A Butterfly, pozbawionym kompozycji mogących zakrawać na miano tzw. zapychaczy. Jednak nie ma poczucia niepełności tracklisty TPAB – w uu. za to można wyczuć pewien proces odkrywania. Kendrick Lamar zobrazował docieranie do odpowiedniej sobie muzyki, oferując brakujące ogniwo pomiędzy pierwszym a drugim albumem w swoim dorobku. Na płynności zyskuje czas traktowany jako okres post-Good Kid, M.A.A.D City. Otrzymujemy dynamicznie rozwijającą się pewność siebie, rapera operującego kilkoma różnymi barwami wokalnymi, momenty rozdarcia, subtelne przeskoki i dążenie do instrumentalnej precyzji. “I made To Pimp A Butterfly for you”, słyszymy w “Untitled 1”. Zarówno ten, jak i pozostałe z siedmiu utworów dostarczają nam specyficznego interludium. K-Dot nie zaskoczył – on pozwolił trwać zachwycającej passie. – M. Staniszewska [POSŁUCHAJ]


nicolas-jaar-sirens22. Nicolas Jaar – Sirens

To było naprawdę długie pięć lat oczekiwania, a przecież Jaar nie próżnował, wydając w międzyczasie Psychic z Davem Harringtonem w ramach Darkside, regularnie obdarowując nas EP-kami z serii Nymphs i maczając palce w soundtrackach. Następca Space Is Only Noise pokazuje nam kolejną twarz wciąż młodego producenta – Sirens to praca naznaczona tematyką polityczną, ale w równym stopniu introspektywna. Nico balansuje na granicy dwóch etapów swojego życia, zestawiając swoje dzieciństwo w Chile (wykorzystując nawet urywki rozmów z ojcem) i wcześniejsze niepokoje społeczno-polityczne związane z rządami Pinocheta z aktualną sytuacją w Stanach Zjednoczonych, naznaczoną niepewnością. Poczucie dwuwątkowości wzmacnia przeplatanie jego dwóch ojczystych języków – angielskiego i hiszpańskiego. Od strony muzycznej imponuje przede wszystkim sprawność, z jaką Jaar łączy wszystkie puzzle i zdobywa się na zachowanie spójności, mimo tego, że każdy z utworów reprezentuje zupełnie inną stylistykę; od interpretacji doo-wopu po popowe zacięcie najlepszego w zestawie „No”. – M. Drohobycki [POSŁUCHAJ]


21. Preoccupations – Preoccupations

Nie był to rok szczególnie dobry dla nurtu post-punk revival, który podobnie jak inni gitarowi bracia nadal jest w odwrocie. Na szczęście zdarzają się chlubne wyjątki, pozwalające tlić się nadziei na chociaż nieznaczne odwrócenie trendu. Pod prąd pewnie kroczą Preoccupations (wcześniej jako Viet Cong), którzy z mocą buldożera rozprawili się z syndromem drugiego albumu. Kolejny self-titled w ich biblioteczce zawiera podobne stężenie złości i smutku, jednocześnie mocniej stawiając na melodie i bogatszą instrumentację. Dla części fanów rozczarowująca może być mniejsza surowość i chłód brzmienia, ale trudno czynić z tego zarzut, bo ta drobna zmiana została naprawdę dobrze przeprowadzona. Wszystkie utwory mają jedną cechę wspólną – są pchane do przodu z dużą intensywnością, energią i promieniują nerwową atmosferą. Mimo nieco innego podejścia i opakowania, realny zakres w jakim operuje zespół szczególnie się nie zmienił. Matt Flegel nadal toczy nierówną walkę z chowanymi głęboko złymi emocjami i strachem, tym razem obudowaną w tyle samo samplerów i synthów, co mrocznie brzmiących gitar. Zaowocowało to chociażby znakomitym „Stimulation”, który jest tak chwytliwy, że teksty w stylu „We’re all dumb inside/ All dead inside/ All gonna die” przemycane są zaskakująco gładko. – M. Drohobycki [POSŁUCHAJ]

Następna strona