Komentowanie, recenzowanie i krytyka wydawnictw, pod którymi podpisuje się Łona jest dla dziennikarza rolą tak samo wymagającą, jak niewdzięczną. Człowiek pisze te kilkaset, może nawet kilka tysięcy słów na temat płyty, do której wróci za rok czy dwa i znajdzie w niej siedemnaście innych niż wcześniej interpretacji, wyciągnie dwadzieścia osiem nowych wniosków i odkryje, powiedzmy, tuzin gierek słownych czy nawiązań, których uprzednio nie dostrzegał i nie ujął w napisanym wcześniej tekście. Taki urok artystów, którzy płyty wydają rzadko, ale jeśli już to robią, zwykle goszczą w podsumowaniach roku, jako autorzy jednego z najważniejszych wydawnictw ostatnich dwunastu miesięcy. Śmiem twierdzić, że w tym przypadku nie będzie inaczej.

W jednym z wywiadów Astek z łódzkiego składu Dwa Sławy zwrócił uwagę na fakt, że twórczość współtworzonego przezeń duetu komentowana jest wyłącznie przez pryzmat humorystyczno-ironicznej warstwy tekstowej, a krytykom zarzucił pomijanie „tego, że jesteśmy po prostu zajebistymi raperami”. Podobną tendencję zauważam od kilku lat w przypadku Łony, którego liryczna lekkość, bystre, często gorzkie obserwacje dotyczące rzeczywistości XXI wieku zbierają zasłużone brawa, jednak na dalszy plan odsuwają fakt, że Adam Zieliński jest po prostu – no właśnie – zajebistym technicznie raperem. Najlepszym dowodem na to jest singlowy „Błąd”, gdzie Łona osiąga flow, do którego wręcz nie sposób się nie bujać. Numer ten jest niejako kwintesencją stylu, jaki przez lata wyrobił sobie szczeciński MC. Storytelling oparty na prostej, codziennej historii z czytelnictwem w tle, kilka przemyśleń, a wszystko podane w takiej formie, że nie sposób się od niej uwolnić – znamy ten patent, prawda? „To nic nie znaczy” z poprzedniego LP duetu Łona i Webber opierało się na niemal identycznym schemacie.

Komentarz dotyczący kondycji społeczeństwa? Proszę bardzo. Klasyczny element w warsztacie Łony również na nowym albumie znalazł swoje miejsce. Po „Rozmowie” czy opisującym styl życia młodych, wykształconych mieszkańców miast „Nie pytaj nas” przyszedł czas na kawałek „Gdzie tak pięknie?”, w którym Zieliński skupił się na schematach myślowych charakterystycznych dla rodaków („Wprawdzie horyzonty tu nie najszersze, marne gusta / ale gdzie tak pięknie potrafią przypuszczać? / gdzie takie dzikie tłumy drogą fantazji szły by? / cały mój kraj zamknięty w gdyby”). Nawiązania do postaci znaczących dla polskiej kultury? Również są, jak zwykle, natomiast w tym przypadku podane w zupełnie nowej formie. Nie sądziłem, że ktokolwiek wymyśli kiedyś historię miłosną z udziałem Witolda Gombrowicza i Azaelii Banks, na dodatek taką, która autentycznie wzrusza. Łona to zrobił, a kawałek „Doklej plakat”, o którym mowa to jeden z najbardziej urokliwych momentów na Nawiasem mówiąc. Uderzanie w sentymentalne rejestry wychodzi zresztą na tym albumie dobrze, czego przykładem jest utwór tytułowy – są Gruzini, jest kawa, są papierosy, a właściwie tęsknota za nimi („Czuję, że bez tej formy treść ja tracę / cierpię, ale próbuję to znieść jak facet / kawa bez papierosa? jakoś się zmuszam / chociaż zniknął cały smak, cały sens oraz pół Jarmuscha”). Odpowiednia dawka ironii, wzbogacona napomknięciem aktualnych tematów politycznych – również obecna, w „Nie pogadasz” („I, żeby przestać tak bardzo być tutaj  / wyjechałeś i wyszło, że tam też można pić w trupa / nawet spoko było, tylko ci imigranci – ohyda / bo za głośno mówią i za bardzo ich widać”).

Wyliczenia poszczególnych charakterystycznych elementów nie są przypadkowe. Jedynym bowiem zarzutem, jaki mógłbym wystosować przeciwko nowemu dziełu Łony i Webbera jest powtarzalność. Wczuwając się w każdą z czternastu świetnych lirycznie i muzycznie opowieści miałem wrażenie, że gdzieś to już kiedyś słyszałem – choćby na solowych albumach Łony czy poprzednim wydawnictwie duetu zatytułowanym Cztery i pół. Po głębszym zastanowieniu trudno uznać to jednak za wadę, a raczej naturalną konsekwencję wypracowanego, oryginalnego stylu.

Warto zwrócić uwagę na wysokość poprzeczki, jaką zawiesił sobie na „Nawiasem mówiąc” Webber. Producent swobodnie porusza się pomiędzy samplowanymi bitami (kapitalny „Woodstock ’89”) a elektroniką („Błąd”), dbając jednak o muzyczną spójność całego wydawnictwa. Podkłady są oszczędne, momentami wręcz minimalistyczne, co bardzo smacznie zazębia się i współgra z bogatą lirycznie nawijką Łony. Mam wrażenie, że Andrzej Mikosz najlepiej czuje się w klasycznych produkcjach, jak choćby w „Zrozum, człowieku” i udowadnia, że w tym stylu jest jednym z lepszych rodzimych fachowców.

Tuż po premierze „Nawiasem mówiąc” jeden z moich kolegów bardzo trafnie podsumował obecność Łony na polskiej scenie hip-hop. „Lubię sobie czasami przypomnieć, że to mój ulubiony raper” – powiedział. Łonson i Łebsztyk jak zwykle stoją na uboczu sceny, pozwalają, by na moment o nich zapomniano, po czym tradycyjnie powracają z materiałem, który skomentować da się właściwie jednym słowem – klasa. Panie Adamie, panie Andrzeju – chapeau bas!

ocena8