Laurel Halo

Laurel Halo – DJ-Kicks, recenzja

Początek przygody z muzyką Laurel Halo okazał się dla mnie niefortunny. Przespałem hype na debiutancką „Quarantine” i jej następcę „Chance of Rain”, sięgnąłem zaś po „Dust” sprzed dwóch lat. Płytka wypełniona pociętymi wokalami, połamanymi bitami, w swojej naturze nieco senna, niespecjalnie przystępna i niewywołująca efektu wow po pierwszym (i co muszę przyznać) pobieżnym przesłuchaniu, spowodowała, że pannę Halo wrzuciłem do przegródki „ciekawe, ale nie porywające”. Myślę że nie byłem w swoim wrażeniu odosobniony. Ma w tym udział postawa artystyczna Amerykanki. Każdy jej album to nieco osobna historia, próba zmierzenia się z nowym wyzwaniem brzmieniowym.

Zrobiłem kolejne podejście do tego dźwiękowego krajobrazu i nie żałuję, ponieważ zachwyciła mnie avant-popowa, delikatna Quarantine, urzekła wypełniona nieregularnym techno i niepokojącymi ambientowymi kroplami Chance of Rain, i przekonała jazzującym, knajpianym klimatem Dust, będąc przy tym swoistą wypadkową dwóch poprzednich albumów. Poprzez te 3 albumy Halo przybliża się do odpowiedzi na pytanie ile intrygującego piękna może być w lynchowskim w duchu krajobrazie, gdzie atmosferę normalności kwestionuje fałszywa nuta, ale która przy tym wzbudza czujność słuchacza i wprowadza w stan analizy sprzecznych emocji, dając w efekcie naprawdę inteligentną mieszankę abstrakcji i liryzmu. Nie wspomnę już o o ambientowym minialbumie Raw Silk Under Wood, zawierającym prawdziwie filmową perłę „Nahbarkeit”. Jak więc poradziła sobie z kolejną odsłoną DJ-Kicks intrygowało mnie strasznie, bo też wyczucie specyfiki DJ-skiego mixu wcale nie musi iść w parze ze zręczną produkcją; chodzi też o dawkę energii, ekspresji i umiejętne opowiadanie DJ-setem.

Bywa hipnotycznie, kiedy Halo z początku miesza techno z electro, momentami jednak zamiast smakowicie rozkręcać, zdarza jej się nieco nużyć. Odrobinę rozczarowuje finał, pozostawiając delikatne uczucie niedosytu, ale kiedy w gro materiału tej płyty artystka zaprasza nas do tropikalnej dżungli, wypełnionej odrobinę psychodeliczną i jednocześnie pogodną atmosferą, połamanym techno, brytyjskimi bitami, i tu i ówdzie powklejanymi popowymi hookami, tworzy naprawdę wyjątkową imprezę. Co warto zaznaczyć, z krótkich numerów tworzy zręcznie w dużej mierze zmiksowane klubowe miniatury, będące znakiem charakterystycznym DJ-Kicks, i odwołuje się do tradycji serii, która zawsze skupiała się na pokazaniu różnorodnej, jakościowej sztuki didżejskiej. Są tu momenty zarażające uszy od pierwszej chwili, jak połączenie „Bodies” Ikoniki z gqomem, czy też miks jej własnego “Oneiroi” z „Pelican Dub” od Nicka Leona, będące wybitnie porywającą do tańca techno-sambą, które aż proszą się aby zachować je w pamięci na towarzyską okazję i po emisji do współziomków, kolegów, koleżanek skwitować krótkim „Booooom!”. Halo zachowuje przy tym wszystkim swój styl, co jest tym ciekawsze że jej świat dźwięków jest mimo wszystko dosyć osobliwy. Udało się Amerykance to wyjście do klubu – niekoniecznie niezapomniane, ale na pewno przyjemne, wywołujące uśmiech na twarzy i zawierające kilka genialnych momentów. Odnoszę wrażenie, że najlepsze od Laurel jeszcze przed nami, ale obserwowanie przebiegu jej artystycznej drogi jest wybornie przyjemne.

Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed Instagram Feed